Uczestnicy protestów w Waszyngtonie przeciw rasizmowi i brutalności policji mogą liczyć na darmową wodę, przekąski i środki dezynfekujące. Podobnie jak same protesty, wszystko organizowane jest oddolnie. Nie ma głównego organizatora manifestacji ani sformalizowanych postulatów.

"Nie mamy jednej flagi, nie mamy za sobą żadnej instytucji. To, co mamy, to wzburzenie i potępienie dla rasizmu w policji" - wykrzykiwał przez megafon jeden z demonstrujących w środę przed Białym Domem.

Protesty w Stanach Zjednoczonych odbywają się na skalę ogólnokrajową, ale nie stoi za nimi jedna przewodnia organizacja. Oprócz potępiania brutalności policji, rasizmu oraz prezydenta USA Donalda Trumpa nie mają one sformalizowanych postulatów.

"To od nas wszystko zależy. Widzisz rasizm w pracy, na ulicy? Interweniuj, nie bądź bierny. Ameryko, obudź się!" - nawołuje przez ten sam megafon drugi z manifestantów pod prezydencką rezydencją. Każdy, kto chce powiedzieć kilka słów, może chwycić za to urządzenie i wyrazić swoje myśli.

Demonstrantów w Waszyngtonie jednoczy sprzeciw wobec Trumpa. Prezydenta oskarża się o przyzwolenie na nadmierną agresję w policji oraz o polaryzowanie społeczeństwa. Odsunięcie go od władzy protestujący uznają za kluczowe dla realizacji swoich celów.

Wśród frustracji i poczucia niesprawiedliwości w Waszyngtonie przebija się ludzka serdeczność. Mieszkańcy stolicy przyjeżdżają pod Biały Dom i Kongres, by wspomóc protestujących napojami, przekąskami i środkami do dezynfekcji rąk. Wolontariusze to w większości młodzi ludzie - studenci i lekarze.

W upalną środę największym powodzeniem cieszyła się woda. "Powoli zaczyna nam jej nam brakować. Środków dezynfekujących mamy wciąż w bród" - mówił pod Kongresem Jake, nauczyciel z Maryland, wolontariusz grupy Freedom Fighters DC.

Mężczyzna śmiechem zbywa pytanie o pomoc ze strony władz federalnych lub lokalnych. "Nic od nich nie dostaliśmy, ale właściwie na nic nawet nie liczyliśmy. To społeczna inicjatywa. Ludzie widzą nas na ulicach, informujemy o sobie w mediach społecznościowych, każdy przynosi to, co ma" - tłumaczy.

Wśród protestujących są też tacy, którzy nie zapomnieli o pandemii koronawirusa i nawołują, by podchodzić i skorzystać ze środka dezynfekującego ręce. Pod Kongresem oferowany jest on m.in. z przenośnego dozownika wmontowanego w plecak.

Tłum zgromadzony przed amerykańskim parlamentem owacjami wita senator Elizabeth Warren, nazywając ją "wiceprezydentem". Warren - według spekulacji mediów - jest jedną z faworytek, by zostać kandydatką na wiceprezydenta u pewnego prezydenckiej nominacji Demokratów w tegorocznych wyborach Joe Bidena.

W rozmowie z PAP w środę Warren oceniła, że ważne jest, by w Europie pamiętano, że w USA odbywają się "pokojowe manifestacje, w których Amerykanie chcą wyrazić swoje poglądy". Od weekendu przez Waszyngton regularnie przechodzą marsze; w środę nie odnotowano na nich poważnych incydentów. Mieszkańcy stolicy z balkonów oklaskują przechodzących.

Dystrykt Kolumbii zdominowany jest przez zwolenników Demokratów. Na ulicach nie widać kontrdemonstracji stronników prezydenta. We wtorek jeden z nich wdrapał się na ogrodzenie przed parkiem Lafayette'a. Doszło do gorących kłótni, ale obyło się bez rękoczynów.

"Na agresji jeszcze nigdy niczego nie zbudowano" - stwierdza w rozmowie z PAP Sarah, przedstawiająca się jako była prokurator. Kobieta we wtorek podchodziła do każdego z funkcjonariuszy przed Białym Domem, pochylając przed nim głowę i dziękując mu za służbę. "Nie każdy policjant jest zły i nie każdy demonstrujący dąży do zamieszek" - wyjaśniała swoje zachowanie.

Z Waszyngtonu Mateusz Obremski (PAP)

>>> Czytaj też: Polka z USA: Wieczorami na ulice wychodzą złodzieje i wandale