Kamil Nowak: Jakie skutki dla NATO i bezpieczeństwa w naszym regionie miałoby zmniejszenie liczby stacjonujących w Niemczech amerykańskich żołnierzy i przeniesienie części z nich do Polski?

Justyna Gotkowska: Informacje o zmniejszeniu amerykańskiej obecności wojskowej w Niemczech z 34,5 tys. do 25 tys. żołnierzy potwierdził już prezydent Donald Trump. Jednak wytyczne w tej sprawie nie zostały jeszcze skierowane do Pentagonu. Nie wiemy więc, jak ta decyzja zostanie w praktyce zrealizowana - jakie siły zostaną wycofane do USA, ilu żołnierzy zostanie przeniesionych z Niemiec do innych lokalizacji w Europie, i jak będzie to rozłożone w czasie. Ponadto w USA silne są głosy krytykujące te plany. Są to z jednej strony wojskowi, którzy zdają sobie sprawę ze znaczenia amerykańskich baz w Niemczech dla amerykańskiej projekcji siły w i poza Europą. Z drugiej strony są to elity polityczne, zarówno Demokraci jak i Republikanie, którzy widzą nie tylko negatywne konsekwencje dla Sił Zbrojnych USA, ale też dla relacji transatlantyckich. Rodzi się pytanie, na ile plany te to element kampanii wyborczej prezydenta Trumpa, który obiecywał Amerykanom zmniejszenie zaangażowania wojskowego poza granicami kraju, i na ile jest to nacisk na Niemcy w kwestiach związanych nie tylko z wydatkami na obronność, ale również z relacjami handlowymi USA-Europa. Nie należy więc wykluczać, że te zapowiedzi zostaną wdrożone tylko częściowo. Dużo też zależy od tego, kto w listopadzie br. wygra wybory prezydenckie w USA. Administracja Joe Bidena wycofa się prawdopodobnie z tych zamierzeń.

Jeśli dojdzie do znacznego zmniejszenia amerykańskiej obecności wojskowej w Niemczech, przyniesie to sporo negatywnych konsekwencji. Po pierwsze, będzie to miało wpływ na relacje transatlantyckie. Utwierdzi to cześć sojuszników w przekonaniu, że prezydent Trump jest nieprzewidywalny i nie można polegać na amerykańskiej administracji w kwestiach bezpieczeństwa Europy. Wzmocni to głosy w Niemczech i w UE opowiadające się za budową niezależnej od USA „europejskiej autonomii strategicznej”. Po drugie, jeśli większość amerykańskich żołnierzy zostanie wycofana z Niemiec do USA, osłabi to politykę odstraszania i obrony na wschodniej flance. Choć mało się o tym mówi, Niemcy grają tu dużą rolę. Chodzi przede wszystkim o pełnienie przez nich funkcji zaplecza dla amerykańskich działań na wschodniej flance. W Niemczech mieszczą się struktury dowodzenia Sił Zbrojnych USA na Europę, bazy amerykańskich sił powietrznych i wojsk lądowych, centra szkoleniowe i poligony. Przez infrastrukturę wojskową w Niemczech idzie wzmocnienie dla sił sojuszniczych na wschodniej flance - co dobrze pokazały ostatnie ćwiczenia wojskowe Defender 2020.

Z perspektywy wschodniej flanki ważne jest utrzymanie jak największej obecności amerykańskiej w Europie. Dobrze więc byłoby, gdyby wycofywani z Niemiec amerykańscy żołnierze w jak największym wymiarze zostali rozlokowani w innych państwach europejskich - w tym w Polsce i w państwach bałtyckich. Zmniejszyłoby to negatywne konsekwencje decyzji prezydenta Trumpa, wzmacniając jednocześnie obecność sojuszniczą na wschodniej flance.

Jak taka decyzja wpłynęłaby na nasze relacje z Niemcami?

Reklama

Wydaje mi się, że Niemcy zaczynają sobie zdawać sprawę z niejednoznacznych konsekwencji planów Białego Domu dla Polski. Spodziewają się, że Polska uzyska większą obecność wojskową USA na swoim terytorium. W Niemczech pojawiają się głosy mówiące o tym, że umożliwi to utrzymanie sił USA w Europie. Słychać jednak też głosy wskazujące na możliwe zaostrzenie stosunków z Rosją. Niemcom zależy na tym, aby amerykańsko-polskie ustalenia były konsultowane w NATO. Nie sądzę, żeby decyzja prezydenta Trumpa miała wpływ na dwustronne polsko-niemieckie relacje. Trzeba jednak dostrzegać negatywne konsekwencje tej decyzji w szerszym kontekście stosunków transatlantyckich.

Od jakiegoś czasu słychać w Europie, szczególnie z ust Emmanuela Macrona, nawoływania, aby państwa Starego Kontynentu tworzyły „strategiczną autonomię” i uniezależniły się od USA w obszarze bezpieczeństwa. Czy takie deklaracje to realna perspektywa?

Odpowiedź na to pytanie będzie zależała od tego, jak zdefiniujemy „strategiczną autonomię”. Pojęcie to można rozumieć na trzy różne sposoby. Po pierwsze, o europejskiej strategicznej autonomii mówi dość istotny dokument unijny - Europejska Strategia Globalna z 2016 roku („Globalna strategia na rzecz polityki zagranicznej i bezpieczeństwa UE”). W tym dokumencie strategiczna autonomia dotyczy cywilno-wojskowego reagowania kryzysowego w sąsiedztwie Unii. Chodzi o samodzielne prowadzenie przez UE operacji reagowania kryzysowego w Afryce czy na Bliskim Wschodzie. Dotyczy to także prowadzenia operacji cywilnych.

W dyskusjach funkcjonuje także szersze rozumienie „strategicznej autonomii” odnoszące się całościowo do polityki bezpieczeństwa, gdzie podkreśla się potrzebę uniezależnienia się od USA i samowystarczalności Europy w obszarze bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. Do takiej autonomii strategicznej UE często odnosi się prezydent Emmanuel Macron. Ta narracja francuska nie jest popierane przez większość państw UE. Zdają sobie one sprawę z uzależnienia Europy od USA jeśli chodzi o obronę zbiorową, choć widzą konieczność zwiększenia możliwości reagowania UE w szeroko rozumianym europejskim sąsiedztwie. Faktem bowiem jest, że USA zmniejszają swoje zaangażowanie w Afryce i na Bliskim Wschodzie, zaś kryzysy i konflikty w tych regionach mają duży wpływ na państwa europejskie, szczególnie te z południa. Niemniej większość krajów UE tej francuskiej wizji całkowitej emancypacji od USA w bezpieczeństwie nie dzieli. Co ważne, wizji tej nie popierają Niemcy, opowiadając się obecnie za wzmacnianiem europejskich zdolności, ale w taki sposób, aby nie zaszkodziło to NATO.

W kontekście pandemii pojawia się także trzecie znaczenie „strategicznej autonomii”, mniej związane z polityką bezpieczeństwa, a bliskie polityce przemysłowej. Otóż autonomia taka zakłada coraz większe uniezależnianie się od produkcji przemysłowej w Chinach i przenoszenie kluczowych zdolności produkcyjnych do Europy.

Jak Polska powinna odnosić się do francuskich pomysłów „strategicznej autonomii”?

Francuskie pomysły są niekorzystne z punktu widzenia naszych interesów. Z jednej strony bowiem Francuzi mówią o „strategicznej autonomii” UE w bezpieczeństwie, o prowadzeniu przez Europę samodzielnej od USA polityki, ale bynajmniej nie myślą o wzmacnianiu europejskiej obrony zbiorowej, koncentrując się na operacjach w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Francuskie zaangażowanie na wschodniej flance NATO jest relatywnie niewielkie. Państwa UE to widzą i dlatego w obszarze bezpieczeństwa większość z nich opowiada się za kontynuowaniem współpracy z USA w Sojuszu Północnoatlantyckim.

Pod koniec 2017 roku uruchomiono w Unii Europejskiej tzw. mechanizm stałej współpracy strukturalnej PESCO. Jak możemy go ocenić dziś, po ponad dwóch latach funkcjonowania?

Niedawno opublikowano raport podsumowujący ponad dwuletnie funkcjonowanie PESCO. Przypomnijmy, że mechanizm ten umożliwia grupie zainteresowanych państw współpracę w obszarze bezpieczeństwa i obrony. Obecnie w ramach PESCO działa 47 projektów. Są to bardzo różne projekty, od wspierania wspólnych ćwiczeń i szkoleń, po zwiększanie współpracy wojskowej oraz przemysłowej. Konkluzja raportu brzmi, że tylko jedna trzecia z tych projektów ma szanse na powodzenie, natomiast pozostałe dwie trzecie albo się nie rozwijają, albo rozwijają się bardzo wolno.

Są dwie kwestie związane z PESCO ważne z naszej perspektywy. Po pierwsze, w PESCO powinny być wspierane projekty służące zarówno operacjom reagowania kryzysowego, jak i budowie zdolności na rzecz obrony zbiorowej. Nie chodzi przy tym o zastępowanie NATO w obronie państw wschodniej flanki, ale o wykorzystanie unijnych mechanizmów do wspierania zdolności ważnych z perspektywy wzmacniania obrony zbiorowej w Sojuszu.

Po drugie, projekty przemysłowe rozwijane w ramach PESCO powinny służyć zarówno dużym dużym firmom z Europy Zachodniej, jak i średnim i mniejszym z wschodniej flanki. Te ostatnie powinny zwiększyć swoje zaangażowanie, angażując się we współpracę z partnerami zachodnimi oraz zacieśniać kooperację przemysłową między sobą. Z kolei struktury unijne współodpowiedzialne za wybór projektów powinny dbać o to, aby wszystkie państwa członkowskie były mniej lub bardziej równomiernie reprezentowane. Polska bierze obecnie udział w 10 projektach PESCO, w tym w kilku przemysłowych.

Zatem PESCO nie daje obecnie większych nadziei na tworzenie realnych alternatyw dla naszej polityki bezpieczeństwa?

Inicjatywy unijne z ostatnich lat w obszarze bezpieczeństwa, w tym też stała współpraca strukturalna PESCO, nie mają na celu tworzenia alternatywy dla NATO w obszarze obrony zbiorowej, choć często można to tak zrozumieć słuchając niektórych polityków. Rezultaty dotychczasowej współpracy wojskowej w UE są ponadto poniżej oczekiwań. Nie oznacza to, że nie warto brać w niej udziału czy nie współkierować całym procesem. Współpraca ta może zyskać na znaczeniu w przyszłości, jeśli stan relacji transatlantyckich się pogorszy. Ponadto w grę wchodzą oddzielne unijne fundusze przeznaczane na obronność i dobrze by było, aby wspierały projekty, które są w naszym interesie i płynęły również do państw naszego regionu.

Jeśli głównym filarem naszego bezpieczeństwa pozostają dziś NATO i USA, to czy można spodziewać się jakichś zmian w ramach Sojuszu wobec nowej sytuacji geopolitycznej na świecie?

Biorąc pod uwagę coraz większe zaangażowanie USA w politykę powstrzymywania Chin w regionie Azji i Pacyfiku, Amerykanie będą od nas oczekiwali więcej. USA liczą na to, że Europejczycy w większym stopniu zaangażują się w zapewnienie własnego bezpieczeństwa. Chodzi tutaj nie tylko o operacje wojskowe w Afryce czy na Bliskim Wschodzie, ale również zaangażowanie w obronę wschodniej flanki NATO.

Oczekiwanie to dotyczy zarówno zwiększania zdolności narodowych, jak i wzmocnienia współpracy wojskowej w Europie, przede wszystkim w ramach NATO. Dlatego oprócz stawiania na sojusz z USA, warto także angażować się w większym stopniu we współpracę europejską w różnych formatach i wymagać od sojuszników europejskich większego zaangażowania na wschodniej flance. Przekaz o konieczności ponoszenia większej odpowiedzialności za europejskie bezpieczeństwo powinien być kierowany przede wszystkim do Niemiec.

Część osób w Polsce zwraca uwagę na niewykorzystany potencjał współpracy obronnej Warszawy z neutralną Szwecją, która w podobny sposób definiuje zagrożenia w obszarze Morza Bałtyckiego. Czy ten potencjał rzeczywiście istnieje i może mieć dla nas znaczenie?

To prawda - Szwedzi widzą podobne zagrożenia ze strony Rosji jak państwa wschodniej flanki. Warto jednak przypomnieć, że Szwecja nie jest już krajem neutralnym, a od lat 90-tych definiuje się jako państwo bezaliansowe. Co więcej, ze względu na swoje położenie w regionie Morza Bałtyckiego, Szwecja chcąc nie chcąc będzie włączona w konflikt między NATO a Rosją, w szczególności jeśli będzie on dotyczył Litwy, Łotwy i Estonii. W przypadku operacji obronnej państw bałtyckich, NATO wykorzysta szwedzkie terytorium i przestrzeń powietrzną - inaczej zrobi to Rosja. Szwedzi to wiedzą i dlatego od kilku lat zwiększają współpracę polityczno-wojskową zarówno z USA, jak i z Sojuszem Północnoatlantyckim. W tym kontekście wzmacniana jest również współpraca polsko-szwedzka.

Jednak sojusze polsko-szwedzkie czy regionalne z udziałem Szwecji rozwijane jako alternatywa dla NATO czy UE są mrzonką. Szwedzi nie myślą o takich scenariuszach. Zdają sobie sprawę, że taki regionalny sojusz nie dość, że wikłałby ich w środkowoeuropejskie konflikty z Rosją bez wsparcia ze strony USA i Europy Zachodniej, to jeszcze miałby za mały potencjał wojskowy, żeby sprostać Rosji. Warto sobie uświadomić, że zimnowojenna potęga szwedzkiej armii skończyła się w latach 90-tych, po tym jak Szwecja radykalnie zmniejszyła swoje siły zbrojne i przystosowała je do operacji reagowania kryzysowego poza granicami kraju. Szwedzi mają obecnie niecałe dwie brygady wojsk lądowych. Dysponują wprawdzie dosyć dużymi siłami powietrznymi i marynarką wojenną, ale borykają się z problemami kadrowymi i finansowymi - mają po prostu za małą armię. Alternatywnych rozwiązań szukają raczej w zacieśnianiu dwustronnej współpracy wojskowej z również bezaliansową Finlandią.

Czy w obliczu rywalizacji amerykańsko-chińskiej, USA mogą z czasem oczekiwać od Europejczyków zaangażowania również w obszarze Azji i Pacyfiku?

W NATO trwają dyskusje na temat polityki wobec Chin, ale nie sądzę, aby tak się miało stać. Wiąże się to z odmiennym od amerykańskiego podejściem do Chin części europejskich sojuszników. Nie postrzegają oni Chin wyłącznie w kategoriach geopolitycznego rywala i polityczno-gospodarczego zagrożenia, ale widzą też szanse na współpracę w różnych obszarach.

USA naciskają obecnie, aby w kontekście rywalizacji USA-Chiny Europa przede wszystkim dbała o swoją infrastrukturę krytyczną. Chodzi o to, aby nie była zależna i podatna na presję ze strony Chin w takich obszarach, jak na przykład sieć 5G. USA może w większym stopniu oczekiwać od pojedynczych sojuszników, którzy mają odpowiednie zdolności – Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec – aby angażowały się w działania w tamtym regionie, na przykład poprzez większy udział w operacjach wspierania wolności żeglugi. W NATO trwają również dyskusje o tym, jak zwiększyć współpracę z Japonią, Koreą Południową czy Australią, czyli państwami odczuwającymi coraz większą presję ze strony Chin w regionie i będącymi tradycyjnymi partnerami państw Zachodu.

Justyna Gotkowska / Materiały prasowe

BIO: Justyna Gotkowska – koordynatorka programu bezpieczeństwa regionalnego w Ośrodku Studiów Wschodnich, zajmuje się polityką zagraniczną i bezpieczeństwa RFN oraz bezpieczeństwem i obronnością w wymiarze regionalnym.