Kamil Nowak: Jeszcze do niedawna temat stacjonowania w Polsce broni atomowej wydawał się czymś nierealnym, a na pewno mało obecnym w przestrzeni publicznej. Zmieniła to słynna już wypowiedź ambasador USA w Polsce na Twitterze, która napisała, że "Jeśli Niemcy nie chcą uczestniczyć w programie udostępniania broni jądrowej w ramach NATO, być może Polska przyjmie u siebie ten potencjał". Georgette Mosbacher miała na myśli NATO-wski program Nuclear Sharing. Czym jest ten program?

Justyna Gotkowska: Program ten wywodzi się z czasów zimnej wojny i jest trzonem NATO-wskiej polityki odstraszania nuklearnego. W praktyce polega na współdzieleniu części amerykańskiej broni jądrowej w ramach Sojuszu. Amerykańskie bomby B-61 są magazynowane w europejskich bazach w kilku krajach – obecnie w Niemczech, Belgii, Holandii, we Włoszech oraz prawdopodobnie w Turcji.

Prawdopodobnie?

Tak, ponieważ tego do końca nie wiemy. Amerykańskie bomby jądrowe były składowane w bazie Incirlik w Turcji, ale ze względu na amerykańsko-tureckie tarcia dotyczące m.in. Syrii, Kurdów i tureckiej polityki wewnętrznej pojawiły się spekulacje, że zostały one wycofane.

Tak czy inaczej, wszystkie te państwa, na których terenie znajduje się amerykańska broń nuklearna, zapewniają również odpowiednie samoloty do jej przenoszenia, zarówno w trakcie ćwiczeń, jak i operacji nuklearnych Sojuszu, jeśli do takich by doszło. Do tej pory takich misji nie wykonywano.

Reklama

Czy Polska ma obecnie jakikolwiek udział w NATO-wskim programie odstraszania nuklearnego?

Wszyscy sojusznicy, oprócz Francji, decydują o tym, jak ma wyglądać strategia odstraszania nuklearnego NATO. Chodzi o określenie, kiedy taka broń może zostać użyta.

Jest to realizowane w ramach tzw. Grupy Planowania Nuklearnego. To organ decyzyjny NATO, gdzie znów oprócz Francji, uczestniczą wszystkie państwa Sojuszu, w tym Polska. Ponadto Polska od 2014 roku należy do grupy krajów, które biorą udział w ćwiczeniach nuklearnych NATO. Wysyłamy na nie nasze myśliwce F-16. Eskortują one niemieckie, belgijskie czy włoskie bombowce, zdolne do przenoszenia broni jądrowej.

Biorąc pod uwagę fakt, że Nuclear Sharing to program z czasów zimnej wojny, to jakie jest jego znaczenie dziś, w zupełnie innych warunkach?

Znaczenie tego programu można rozpatrywać pod kątem dwóch aspektów. Pierwszy z nich to aspekt polityczny. Otóż składowanie amerykańskiej broni jądrowej w Europie, umożliwianie sojusznikom przenoszenia tej broni w razie wojny oraz współdecydowanie o strategii nuklearnej bardzo mocno wiąże USA z Europą w obszarze bezpieczeństwa. Jest to również bardzo wyraźny sygnał dla Rosji, że współpraca transatlantycka działa.

Drugi aspekt programu dotyczy kwestii stricte wojskowych. Zdania, czy arsenał nuklearny NATO zostałby wykorzystany w razie wojny, są podzielone. Niektórzy uznają, że USA zdecydowałyby się na użycie broni jądrowej poza ramami Sojuszu ze względu na inne środki ich przenoszenia. Niemniej amerykańskie bomby atomowe w Europie są stale modernizowane, zaś sojusznicy, który ją goszczą na swoim terytorium, modernizują również samoloty przenoszące tę broń. Belgowie, Holendrzy i Włosi zdecydowali się już na zakup samolotów F-35, które są przystosowane do przenoszenia broni atomowej. Oczekiwano, że Niemcy również zmodernizują swoją flotę w tym zakresie i kupią odpowiednie samoloty, ale jak dotąd tak się nie stało.

Dlaczego?

Niemcy z powodów wewnątrzpolitycznych długo odwlekali tę decyzję. W Berlinie trwają dziś bardzo gorące dyskusje na ten temat. Wszystko zaczęło się na początku maja, gdy szef frakcji parlamentarnej SPD w Bundestagu Rolf Muetzenich udzielił wywiadu dziennikowi „Tagesspiegel”, w którym stwierdził, że Niemcy nie powinny kupować „drogich zabawek” w postaci samolotów F/A-18 do przenoszenia broni jądrowej i powinny stopniowo wycofywać się z programu Nuclear Sharing.

Jeśli słowa takie padają z ust przewodniczącego frakcji partii, która współrządzi dziś w Niemczech, to być może jest coś na rzeczy.

Sytuacja jest złożona. Główna partia rządząca i koalicjant SPD, czyli CDU/CSU, jest za tym, aby Niemcy nadal brały udział w tym programie. Minister obrony z tej partii oraz jej przewodnicząca Annegret Kramp-Karrenbauer w kwietniu wstępnie zadecydowała, że kraj zakupi nowe samoloty, w tym maszyny do przenoszenia ładunków jądrowych. Chodzi o zakup 30 samolotów F/A-18E/F Super Hornet, 15 egzemplarzy EA-18G Growler oraz 45 Eurofighterów w ramach zastąpienia całej floty samolotów Tornado.

Decyzja ta jednak wywołała sprzeciw w części SPD, która to partia w coraz większej mierze jest nastawiona pacyfistycznie. Po ostatnich wyborach przewodniczących partii, które odbyły się w grudniu 2019 roku, SPD skręciła w lewo. Notowania tego ugrupowania wahają się na poziomie kilkunastu procent, co dla SPD, która była przez całe dekady jedną z dwóch największych partii w Niemczech, jest sytuacją dramatyczną. Dlatego socjaldemokraci szukają pomysłu na siebie, co aktualnie w polityce bezpieczeństwa oznacza coraz bardziej pacyfistyczne podeście. Temu zwrotowi w łonie SPD sprzeciwili się ci członkowie partii, którzy są ministrami w rządzie z CDU/CSU i reprezentują bardziej rozsądne i konsensualne podejście w kwestiach bezpieczeństwa.

Jak w tym kontekście należy oceniać tweeta ambasador USA w Polsce piszącej o potencjalnej możliwości przeniesienia amerykańskiej broni atomowej z Niemiec do Polski?

Tweeta ambasador Georgette Mosbacher rozpatrywałabym głównie w kontekście nacisku na Niemcy. Co więcej, ambasador USA w niedawnym wywiadzie przyznała, że życzyłaby sobie jednak pozostania Niemiec w programie Nuclear Sharing, co oznacza pewne tonowanie wcześniejszej wypowiedzi.

Warto przy tej okazji przywołać również tweeta ambasadora Niemiec w Polsce, który stwierdził, że Niemcy dotrzymują swoich zobowiązań w NATO zgodnie z zapisami umowy koalicyjnej na lata 2018-2021. A te mówią wyraźnie, iż kraj ten bierze udział w programie Nuclear Sharing. I rzeczywiście do końca rządów obecnej koalicji CDU/CSU-SPD, nie będzie to podważane – pomimo takich głosów z SPD.

Jakie stanowiska w tej sprawie zajmują inne partie, które w przyszłości być może będą tworzyć niemiecki rząd?

Jeśli chodzi o Zielonych, to są oni tak samo rozdarci, jak socjaldemokraci. Część z nich nie tylko nie czuje zagrożenia ze strony Rosji, ale nie czuje w ogóle żadnego zagrożenia militarnego - martwi się raczej o zmiany klimatu - i ma nastroje pacyfistyczne. Owszem, zdają sobie oni sprawę z tego, że ich wschodni sąsiedzi czują zagrożenie ze strony Rosji, ale uznają, że obecnie Niemcy mają inne, ważniejsze problemy i wydawanie dużych pieniędzy na nowe samoloty wydaje im się nieuzasadnione. Takie samo stanowisko reprezentuje też cała partia Lewicy.

Mamy zatem do czynienia z rozdźwiękiem w Niemczech, gdzie linia podziału biegnie w poprzek różnych partii. Po jednej stronie znajduje się CDU/CSU, część partii SPD i część Zielonych, którzy kwestie bezpieczeństwa postrzegają szerzej. Otóż dostrzegają oni, że Niemcy są częścią NATO i powinny brać odpowiedzialność za europejskie bezpieczeństwo, w tym za odstraszanie nuklearne w Sojuszu.

Z drugiej strony mamy pacyfistyczne i skoncentrowane na Niemczech spojrzenie, obecne w bardziej lewicowej części SPD i Zielonych oraz wśród posłów Lewicy. W myśl tych środowisk Niemcy powinny stawiać na politykę rozbrojeniową i wycofać się z programu Nuclear Sharing. Zamiast tego Berlin powinien posługiwać się dyplomacją, pomocą humanitarną, rozwojową i prowadzić dialog w celu rozwiązania kryzysów i konfliktów. Takie podejście zupełnie nie jest zgodne z naszym realistycznym spojrzeniem na bezpieczeństwo.

Czy oprócz tendencji pacyfistycznych istnieją jeszcze jakieś inne motywacje, które kazałyby Niemcom wycofanie się z programu Nuclear Sharing? Czasami w debacie publicznej pojawia się argument, że Berlin w dłuższej perspektywie chce się wyemancypować spod wojskowej zależności od USA.

Obecnie w Niemczech można zaobserwować trzy obozy. Pierwszy obóz reprezentowany przez chadecję, część socjaldemokratów i część Zielonych uznaje, że Niemcy powinny być częścią wspólnoty transatlantyckiej i NATO. Wśród nich rzeczywiście pojawia się coraz więcej głosów opowiadających się za wzmocnieniem europejskich zdolności do obrony i odstraszania w związku z przeniesieniem uwagi USA na region Azji i Pacyfiku. Co prawda przedstawiciele tego nurtu widzą, że realizacja takiego celu w krótkim czasie jest niemożliwa, ale trzeba stopniowo w dłuższym terminie i małymi krokami do tego dochodzić.

Drugi obóz reprezentuje wspomniany wcześniej nurt pacyfistyczny, czyli część socjaldemokratów, część Zielonych i partia Lewicy. Preferują oni podejście opierające się na polityce rozbrojeniowej, dialogu, dyplomacji, etc.

Trzeci obóz reprezentuje Alternatywa dla Niemiec (AfD). Partia ta chce „wyzwolenia” Niemiec z powinności i ograniczeń, które nakłada na nie NATO, sojusz z USA czy członkostwo w UE. Właśnie ten obóz jest jednocześnie anty-amerykański i dążący do znacznego zwiększenia współpracy z Rosją, co z punktu widzenia interesów Polski jest najbardziej niebezpieczne, ale na szczęście wciąż marginalne.

Jak w obliczu istnienia tych obozów można ocenić realne prawdopodobieństwo wyjścia Niemiec z programu Nuclear Sharing?

Ta decyzja zostanie podjęta po następnych wyborach parlamentarnych w Niemczech, które są planowane na 2021 rok i będzie ona zależała od nowej koalicji rządowej. Jeśli będzie to koalicja lewicowa, czyli Zieloni, SPD i partia Lewicy, to można spodziewać się jeśli nie decyzji o zakończeniu udziału Niemiec w programie Nuclear Sharing, to decyzji o braku zakupu nowych samolotów. Będzie to oznaczało powolne wycofywanie z użytku samolotów Tornado do 2030 roku, które obecnie biorą udział w programie. W efekcie Niemcy nie będą miały odpowiednich maszyn do przenoszenia broni atomowej, więc ich udział w programie stanie się martwym zapisem. Pojawi się wówczas pytanie, co ze stacjonowaniem amerykańskiego arsenału nuklearnego na terenie Niemiec.

Jeśli będziemy mieli do czynienia z rządem CDU/CSU-Zieloni, to sprawa udziału Niemiec w programie pozostaje otwarta. Chadecja jest nadal protransatlantycka, a Zieloni są podzieleni. Z moich rozmów z osobami z kręgów partii Zielonych wynika, że dominuje tam skrzydło realistyczne. Nie można oczywiście wykluczyć, że sceptyczne skrzydło Zielonych postawi weto, wówczas decyzja o zakupie nowych samolotów nie zostanie podjęta, ale amerykańska broń atomowa prawdopodobnie pozostanie w Niemczech.

Jaki scenariusz byłby najbardziej korzystny z punktu widzenia interesów Polski?

Dla Polski najbardziej korzystnym rozwiązaniem byłoby pozostanie Niemiec w programie Nuclear Sharing. Pamiętajmy, że Niemcy są największym europejskim sojusznikiem w NATO, a Francja ma swoje odrębne pomysły na bezpieczeństwo Europy. Dlatego to Niemcy trzymają nadal w Europie protransatlantycki konsensus. Wyjście Berlina z Nuclear Sharing mogłoby oznaczać rozluźnianie więzi amerykańsko-niemieckich a tym samym amerykańsko-europejskich, a to byłoby również ważnym sygnałem dla Rosji, że NATO jako sojusz Europy z USA się osłabia.

Co się stanie, jeśli jednak Niemcy wyjdą z tego programu?

Wtedy rysują się trzy scenariusze. Pierwszy jest taki, że otworzy się dyskusja o udziale nowych państw w tym programie, takich jak Polska. Jeśli Polska w okolicach 2025 roku będzie miała samoloty F-35, które są przystosowane do przenoszenia bomb atomowych oraz jeśli będzie wola polityczna po stronie Warszawy, to ten temat zostanie podniesiony. Tyle, że będzie to kwestia bardzo kontrowersyjna w NATO, bo część sojuszników trzyma się jednak zapisów Aktu Stanowiącego NATO-Rosja z 1997 roku. W dokumencie tym znajduje się deklaracja, że broń atomowa nie będzie rozmieszczona na terenie nowych państw członkowskich Sojuszu. Dlatego ta dyskusja może, ale niekoniecznie musi zakończyć się tym, że amerykańska broń atomowa trafi do Polski.

Drugi scenariusz, też prawdopodobny, zakłada, że wyjście Niemiec z programu Nuclear Sharing może pociągnąć za sobą wyjście innych europejskich państw, takich jak Belgia, Holandia, a nawet Włochy. To mogłoby oznaczać koniec natowskiego programu Nuclear Sharing. Byłby to bardzo negatywny dla Polski i Sojuszu scenariusz.

Istnieje też opcja pośrednia, w której amerykańska broń jądrowa pozostałaby na terenie Niemiec, ale przykładowo Polska, posiadając samoloty F-35, mogłaby zostać włączona do programu przenoszenia bomb nuklearnych B-61. Na takie rozwiązanie mogłaby być zgoda w NATO i byłby to jednocześnie korzystny dla Polski i najmniej kontrowersyjny w NATO scenariusz.

W Polsce jakiś czas temu pojawiały się głosy, że nasz kraj tak czy inaczej powinien dążyć do pozyskania broni atomowej w obliczu zmieniających się uwarunkowań geopolitycznych.

Jeżeli znalazłby się rząd, który zdecydowałby się na taką strategię, to szybko postawiłoby to Polskę poza nawias wspólnoty transatlantyckiej. Nie zapominajmy, że Polska jest sygnatariuszem traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej NPT, więc byłoby to sprzeczne z naszymi zobowiązaniami międzynarodowymi. Tymczasem w polskim interesie jest bycie częścią Zachodu, a nie samoizolacja.

Co więcej, takie działania mogłyby wystawić nas nawet na prewencyjne uderzenia ze strony Rosji, która miałaby świetny powód, aby pokazać się jako mocarstwo dbające o zapewnienie bezpieczeństwa w regionie Europy Środkowej i stojące na straży traktatu NPT. W tej sytuacji prawdopodobnie nie moglibyśmy liczyć na pomoc ze strony sojuszników, bo sami wcześniej zdecydowalibyśmy się na łamanie prawa międzynarodowego. Krótko mówiąc, kurs na „polską bombę atomową” zmniejszyłby nasze bezpieczeństwo.

Wróćmy do programu Nuclear Sharing – jak potencjalne przystąpienie do niego Polski zmieniłoby sytuację bezpieczeństwa w regionie? Czy Rosja nie miałaby w takiej sytuacji powodów do uderzenia prewencyjnego?

Stacjonowanie amerykańskiej broni jądrowej w ramach programu Nuclear Sharing na terytorium Polski byłoby zgodne z traktatem NPT. Jeśli byłoby to uzgodnione w ramach NATO, to pozycja polityczna Polski w Sojuszu wzrosłaby. Zwiększyłoby to również gwarancje wojskowe polskiego bezpieczeństwa ze strony USA i NATO, choć ze strony Rosji na pewno mielibyśmy do czynienia ze zmasowaną kampanią przeciw takim krokom.

Na początku czerwca Rosja przyjęła nową doktrynę odstraszania nuklearnego. Co to oznacza dla Polski i regionu?

Ten dekret prezydenta Putina trudno uznać za podstawę planowania obronnego Federacji Rosyjskiej - jego cel ma charakter przede wszystkim polityczny. Chodzi o zastraszanie państw NATO w kontekście tych dyskusji, które się dziś toczą, m.in. o przyszłości programu Nuclear Sharing i ewentualnym przeniesieniu broni jądrowej z Niemiec do Polski, czy o konsekwencjach końca traktatu INF i dalszych kroków NATO w odpowiedzi na rosyjskie zbrojenia.

Według tego dokumentu bowiem do zagrożeń militarnych, na które Rosja może odpowiedzieć atakiem jądrowym, zalicza się np. zgromadzenie większych sił konwencjonalnych wyposażonych w środki przenoszenia broni atomowej na terytorium państw sąsiadujących czy rozmieszczenie tam systemów rakietowych. Zatem zgodnie z nowym dekretem, modernizacja potencjału obronnego państw wschodniej flanki NATO oraz dyslokacja w Polsce wojsk sojuszniczych mogłyby wywołać atak nuklearny Rosji.

Ten dokument odczytywałabym więc przede wszystkim jako element rosyjskiej wojny psychologiczno-informacyjnej przeciw Zachodowi.

Justyna Gotkowska / Materiały prasowe

BIO: Justyna Gotkowska – koordynator programu bezpieczeństwa regionalnego Ośrodka Studiów Wschodnich, zajmuje się polityką bezpieczeństwa RFN oraz bezpieczeństwem i obronnością w wymiarze regionalnym.

>>> Czytaj też: Bartosiak: Europa będzie albo samodzielna strategicznie, albo stanie się trofeum w grze mocarstw [WYWIAD]