Na murawie zespół kasuje 550 tys. Jeśli zremisuje, premia wzrasta o 400 tys., a w przypadku zwycięstwa – o kolejne 800 tys. I kolejno: 3,5 mln za ćwierćfinał, 4,2 mln za znalezienie się w najlepszej czwórce. Wreszcie 9 mln za zwycięstwo. Budżet UEFA przewidziany na Euro 2012 jest jeszcze bardziej imponujący i sięga prawie 200 mln euro. Czy po tej wyliczance sum wyposażonych w wiele zer można mieć jeszcze wątpliwości, że piłka i pieniądz to serdeczni i nierozłączni przyjaciele?

Niemcy dali przykład

Dziś trudno już jednoznacznie odpowiedzieć, czy duża kasa była w piłce od samego początku. Owszem, łatwo idealizujemy stare dobre niekomercyjne czasy, gdy sport był szlachetnym zajęciem dla amatorów. Co bardziej wnikliwi obserwatorzy rysują jednak nieco inny obraz. – Pierwszy wielki skandal z pieniędzmi w tle miał miejsce już w 1879 r. – wspomina historyk brytyjskiego futbolu David Hall.

Klub FC Darwen z hrabstwa Lancashire dotarł wtedy do ćwierćfinału Pucharu Anglii (ligi jeszcze wtedy nie było). Wyszło wówczas na jaw, że nie wszyscy piłkarze są tylko amatorami: dociekliwi reporterzy ujawnili, że dwaj Szkoci Fergie Suter i Jamie Love grają w barwach Darwen nie tylko dla sportu. Przez lata byli bowiem sekretnie wynagradzani: czasem w pieniądzach, częściej zaś w piwie i rybach. Szybko okazało się, że podobna praktyka stosowana jest również w innych klubach. W rezultacie w 1904 r. angielska federacja piłkarska musiała zalegalizować profesjonalizm.

Związek próbował tamować komercjalizację, ustalając limity płacowe. Pierwszy wynosił 4 funty tygodniowo, czyli nieco mniej niż 100 funtów w przeliczeniu na dzisiejsze stawki. Była to jednak walka z wiatrakami. Zawsze znajdował się ktoś, kto podważał istniejące ograniczenia. Np. FC Middlesbrough – w 1905 r. klubowi z północnego Yorkshire groził spadek z ligi. Władze „Boro” zdecydowały się więc wyłożyć astronomiczną kwotę tysiąca funtów (dziś byłoby to ok. 100 tys.) na wąsatego napastnika Sunderlandu Alfa Commona. Ten zaraz zaczął trafiać dla nowego klubu i uchronił drużynę przed spadkiem. I kto powiedział, że sukcesu na murawie nie można sobie kupić?

Jednak naprawdę duże pieniądze zaczęły wchodzić do gry dopiero po II wojnie światowej. Europa Zachodnia przeżywała okres gospodarczej prosperity. Bogaciła się zwłaszcza nowa – dużo szersza niż do tej pory – klasa średnia. Dotarcie do niej ze swoimi produktami było marzeniem każdego przedsiębiorcy. A gdzie najłatwiej znaleźć przekrój całego społeczeństwa – od akademika po prostego robotnika?

Oczywiście na piłkarskim stadionie. Przedsiębiorcy kupowali więc powierzchnię reklamową wokół boisk, to jednak wciąż nie było to. W czasie meczu patrzy się przecież na murawę, a konkretnie na samych piłkarzy. „O nie, wara wam od koszulek. Piłkarz to nie słup ogłoszeniowy” – argumentowała przez lata UEFA i (większość) narodowych związków piłkarskich, odrzucając wszystkie wnioski o legalizację reklam na futbolowych trykotach. Biznesmeni to jednak z zasady uparte i pomysłowe bestie. Jednym z nich był Niemiec Guenter Mast, szef firmy Jaegermeister – produkującej znane również w Polsce ziołowe likiery i nalewki. Mast wiedział, że regulamin Bundesligi stanowi wyraźnie: na koszulce może widnieć tylko klubowe logo. W zamian za 500 tys. marek czołowy wówczas niemiecki klub Eintracht Brunszwik bez oporów zmienił tradycyjnego klubowe godło, czyli czerwonego lwa, na charakterystyczną głowę jelenia oraz napis „Jaegermeister”. Taki sam jak na butelkach ziołowego likieru. I nie był to bynajmniej maleńki znaczek.

Napis zajmował całą koszulkę. Niemiecki związek szalał z wściekłości, a sędzia trzy razy sprawdzał z linijką, czy rogaty stwór na koszulce nie jest zbyt duży. Odwrotu już jednak nie było. Gdy 27 stycznia 1973 r. piłkarze Eintrachtu wybiegli na murawę z reklamami Jaegermeistera, lawina ruszyła. HSV Hamburg dobił targu z producentem likierów Campari, a Eintracht Frankfurt zaczął reklamować na koszulkach maszynki do golenia firmy Remington. – Aby uniknąć masowej zmiany tradycyjnych znaków klubowych, a może i nazw, piłkarska federacja ustąpiła. A niemiecki przykład rozlał się na resztę Europy – przypomina znawca historii niemieckiej piłki Ulli Hesse-Lichtenberger. Najdłużej przed komercjalizacją broniła się UEFA. Ale i ona musiała ustąpić, gdy Anderlecht Bruksela (mimo formalnego zakazu) wyszedł na finał Pucharu UEFA w koszulkach z wielką literą „G”. Oczywiście nikomu nie trzeba było objaśniać, że chodzi tu o sponsora klubu – bank Generale.

Sojusz z biznesem

Szef Jaegermeistera wspominał pod koniec życia, że układ sponsorski z Eintrachtem Brunszwik był najlepszym interesem, jaki zrobił w życiu. Suma, jaką zapłacił klubowi, była wielokrotnie niższa niż koszt kampanii reklamowej w prasie czy telewizji. Rezonans był za to ogromny. Również dlatego, że media, pokazując obrazki z meczów Eintrachtu, siłą rzeczy (i zupełnie za darmo) pokazywały logo Jaegermeistera.

Ta lekcja nie mogła ujść uwadze innych biznesmenów. Wielu z nich dostrzegło wręcz w piłce środek do realizacji jeszcze bardziej dalekosiężnych celów. Najbardziej znany z nich to Silvio Berlusconi. „Boski Silvio” zawsze działał z rozmachem. Gdy w latach 80. rozbudowywał medialne imperium i do listy zakupów dorzucił jeszcze lekką ręką AC Milan ze swojego rodzinnego Mediolanu, wszyscy stukali się w głowę. Berlusconi jednak doskonale wiedział, co robi. „Czerwoni-czarni” nie byli szczególnie drodzy, bo kilka lat wcześniej klub zamieszany był w skandal z ustawianiem meczów i został karnie zdegradowany z Serie A. Postępowanie upadłościowe miało rozpocząć się lada dzień. Biznesmen sypnął groszem i sprowadził na San Siro kilka absolutnych gwiazd światowego futbolu, na czele ze słynnym holenderskim magicznym trójkątem Marco van Basten – Ruud Gullit – Frank Rijkaard.

W krótkim czasie Milan stał się najlepszą drużyną świata, będąc dla kibiców podobnym obiektem nabożnego kultu, co dziś FC Barcelona. Milan miażdżył rywali nie tylko na boisku. W 1992 r. wyłożył astronomiczne 13 mln funtów (przed euro transferowe rekordy liczyło się w funtach) na początkującego napastnika Gianluigiego Lentiniego. Europa (nie tylko piłkarska) mówiła o tym przez wiele miesięcy. W dyskusję włączył się nawet Watykan. Berlusconiemu bycie na ustach wszystkich bardzo odpowiadało. Szykował się właśnie do wielkiego wejścia na polityczną scenę. W 1994 r. został po raz pierwszy premierem Italii. Włoskie życie publiczne dominował jak nikt inny aż do ubiegłej jesieni. Czy osiągnąłby tę pozycję bez Milanu? Bardzo wątpliwe.

Od tamtej pory w ślady Berlusconiego poszło wielu bogaczy. Jego ścieżkę próbował skopiować we Francji kontrowersyjny specjalista od restrukturyzacji upadających firm Bernard Tapie. Początki były obiecujące. Jego Olimpique Marsylia szybko stał się francuskim Milanem, a sam Tapie dostał nawet na początku lat 90. intratną tekę ministra w rządzie socjalisty Pierre’a Beregovoya. I pewnie byłby do dziś pierwszoplanową postacią francuskiej polityki, gdyby nie wyszło na jaw, że nie szczędził grosza na przekupywanie sędziów i rywali, byleby tylko przyspieszyć awans Marsylii na sam szczyt.

Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy miliarderzy inwestujący w piłkę widzą w niej drogę do najważniejszych rządowych gabinetów. Motywacje są najróżniejsze. Dla rosyjskiego oligarchy Romana Abramowicza inwestycja w Chelsea Londyn była sposobem na spokojne i ciekawe (choć nietanie) ulokowanie części pieniędzy wywiezionych z politycznie ryzykownej Rosji. Rodzina królewska Abu Zabi kupiła Manchester City, by poszerzyć swój obfity portfel rentierskich inwestycji. Ukraińskim oligarchom piłka – prócz prestiżu – przyniosła również wiele profitów związanych z zamówieniami publicznymi na przebudowę stadionów i lotnisk przed Euro 2012.

Moda na bliskie związki piłki i biznesu nie ominęła również Polski. Na kolejnych listach najbogatszych aż roiło się od postaci, które inwestowały w futbol. Żadnego z tych mariaży nie można jednak uznać za w pełni udany. Właściciel Telefoniki Bogusław Cupiał od czternastu lat pompuje pieniądze w Wisłę Kraków, licząc, że Biała Gwiazda zgarnie wreszcie trochę gotówki wchodząc do Ligi Mistrzów (na razie się to nie udało). Podobne plany miał wobec warszawskiej Legii szef ITI Mariusz Walter, ale teraz jest ponoć piłką rozgoryczony i chce klub odsprzedać.

W futbol wszedł również Zygmunt Solorz-Żak, kupując trzy lata temu większościowy pakiet w Śląsku Wrocław. Interesował go nie tyle sam klub, co zyski z galerii handlowej przy nowym zbudowanym specjalnie na Euro stadionie. Jednak w międzyczasie zaczął robić interes swojego życia wokół Polkomtelu i na futbol, znajdujący się wśród priorytetów Grupy Polsat na szarym końcu, zabrakło po prostu pieniędzy. A to – delikatnie mówiąc – nie zjednało mu sympatii kibiców piłkarskich. Zwłaszcza że niedoinwestowany Śląsk, jak na ironię, został właśnie mistrzem Polski.