Duterte zaapelował do żołnierzy, by "wrócili do koszar, wyczyścili karabiny i byli gotowi do walki".

W środę partyzancka Nowa Armia Ludowa, uznawana przez USA i UE za organizację terrorystyczną, jednostronnie ogłosiła koniec zawieszenia broni. Obowiązywało ono przez pięć miesięcy. Partyzanci jako powód zakończenia rozejmu podawali odmowę władz w sprawie uwolnienia więźniów politycznych i oskarżali wojsko o wtargnięcie do ich bastionów.

Duterte podkreślił, że przywódcy rebeliantów wyszli na wolność w ramach ustępstw mających na celu umożliwienie rozmów pokojowych. Zaznaczył jednak, że żądania wysunięte przez Nową Armię Ludową są nadmierne i mogą rozgniewać armię.

Rebelianci zapowiadali, że rozejm przestanie obowiązywać 10 lutego, ale już w ostatnich dniach przeprowadzili liczne ataki, w których zginęło co najmniej siedmiu żołnierzy. Trzech zostało pojmanych.

"W ciągu zaledwie 48 godzin straciłem wielu żołnierzy. Kontynuowanie zawieszenie broni nie będzie niczemu służyć" - oświadczył Duterte. Zapowiedział, że rozejm przestanie obowiązywać w nocy z piątku na sobotę.

Prezydent zapewnił, że za życia następnego pokolenia "nie będzie pokoju z komunistami".

Według oficjalnych danych zapoczątkowana w 1969 roku komunistyczna rebelia pochłonęła co najmniej 30 tysięcy ofiar śmiertelnych.

Jednak według obserwatorów rebelia na Filipinach od lat stale słabnie; co roku dochodzi tam do sporadycznych ataków Nowej Armii Ludowej na firmy górnicze czy plantacje bananów. Według władz coraz większa zależność rebeliantów od wpływów z wymuszeń od firm czy biednych wieśniaków jest dowodem na spadek poparcia wśród miejscowej ludności.

Jeszcze przed wyborami prezydenckimi z maja 2016 roku populistyczny kandydat Duterte obiecywał rozprawienie się z plagami nękającymi filipińskie społeczeństwo - przestępczością, korupcją i biedą. Zapowiadał również, że komunistyczni rebelianci mogą odegrać pewną rolę w jego rządzie, co wywołało zaniepokojenie w siłach zbrojnych. (PAP)

jhp/ ro/