To oczywiście zaskoczenie z rodzaju tych przyjemnych, a przynajmniej pozytywnych. Ale bywają też negatywne. A poziom rozczarowania jest tym większy, im większe mieliście oczekiwania. Na przykład jakiś czas temu dane mi było spróbować jedzenia w restauracji szczycącej się trzema gwiazdkami Michelin. Pewnie wiecie, że trzy gwiazdki Michelin są dla knajpy tym, czym cztery dla żołnierza – szczytem marzeń i chlubą. Nie można ich kupić, trzeba na nie ciężko pracować i to przez długie lata. Szef takiej restauracji nie jest kucharzem. To artysta, dla którego sztalugą jest patelnia, płótnem talerz, a farby to produkty spożywcze, których nazw przeciętny zjadacz chleba nawet nie jest w stanie wymówić. Spodziewałem się więc, że jedzenie, które powstaje w takiej knajpie, jest wyjątkowe do tego stopnia, że jeszcze dziesięć lat po wstaniu od stołu wasze kubki smakowe będą potrafiły przypomnieć receptorom w mózgu tamtą ucztę.

Cóż... zapamiętałem jedynie, że wstałem od stołu strasznie głodny i natychmiast po opuszczeniu restauracji rozpocząłem poszukiwania fast fooda. Przez dwie godziny zdążono nam zaserwować sześć dań, ale każde miało rozmiar porcji śniadaniowej dla chomika. Żeby dodatkowo podkreślić ich mikroskopijność, umieszczono je na talerzach o średnicy pierścienia Saturna. Jeśli zaś chodzi o sam smak, to jakoś od kawałka ryby obsypanego kwiatami maku i suszoną truflą wolę męską porcję prostego średnio wysmażonego soczystego steka posypanego zwykłą solą. Po prostu wychodzę z założenia, że tak jak filmy służą do oglądania, muzyka do słuchania, a książki do czytania, tak jedzenie powinno służyć do jedzenia. Tymczasem najdroższe knajpy serwują je w taki sposób, że świetnie wygląda, ale nie jest w stanie was nasycić. Innymi słowy, płacicie 100 euro nie za jedzenie, ale za możliwość zrobienia mu zdjęcia i wrzucenia go na Facebooka.

Jako że mam okazję jeździć różnymi samochodami, to oczywiście i w tej kwestii doznaję różnych zaskoczeń. Swego czasu duże wrażenie zrobiło na mnie mitsubishi spacestar. Mówiąc „duże wrażenie”, mam na myśli to, że było skrajnie beznadziejne – po 10 minutach od ruszenia nim z miejsca miałem ochotę je spalić. A także dom człowieka, który je zaprojektował. I tego, który podjął decyzję o wypuszczeniu na ulice tej bezużytecznej kupy cienkiego jak firanka metalu i tandetnego jak jednorazowe sztućce plastiku.

Pozytywnych motoryzacyjnych zaskoczeń jest znacznie mniej. A to dlatego, że zdecydowana większość nowych samochodów prezentuje bardzo wyrównany poziom, tak technologiczny, jak i jakościowy. Producentom coraz trudniej wymyślić coś nowego, innego, budzącego podziw, a przynajmniej wyróżniającego się na tle konkurencji. Weźmy taką Toyotę: wszystkie jej auta są... w zasadzie to nikt nie wie, jakie. Gdybym was zapytał, kiedy widzieliście ostatnio nowego avensisa, nie potrafilibyście powiedzieć, czy było to pięć minut, tydzień, czy może miesiąc temu. Możliwe, że jak zamkniecie oczy, to nawet nie będziecie w stanie sobie przypomnieć, jak wygląda. Powiem więcej: niewykluczone, że nawet jeździcie avensisem, ale w tej chwili nie pamiętacie, jaki ma kolor. Bo toyota to auto dla ludzi, którzy kompletnie nie interesują się samochodami. Nie obchodzi ich wygląd, przyspieszenie, moc silnika, a tylko to, żeby mogli bezstresowo przemieszczać się między punktami A, B i raz do roku – C. I tak jest w zasadzie od zawsze. Czy pamiętacie choć jedną toyotę, na której zawiesilibyście oko dłużej niż sekundę i doszli do wniosku, że jest naprawdę ładna albo oryginalna? Ja też nie. Aż do ubiegłego tygodnia, gdy miałem okazję pojeździć zupełnie nowym modelem C-HR.

Na tle reszty gamy japońskiego C-HR producenta prezentuje się jak myśliwiec F-16 na niebie pełnym szybowców. Wygląda świetnie, oryginalnie, bojowo, odważnie, ale i radośnie. Inaczej. To samo dotyczy wnętrza: są tu łuki, obłości i inne dziwne kształty, ale wszystko jest ze sobą spójne. Do tego C-HR jest obecnie najlepiej wykonaną toyotą, z bardzo porządnymi materiałami o niespotykanej nigdzie indziej fakturze. I pierwszą, która ma przyciski na miarę XXI w., a nie przeszczepione żywcem z corolli z 1995 r. Gdybym miał jednym słowem określić jej wnętrze, powiedziałbym, że jest fajne. Wsiadałem do niej i zaczynałem się uśmiechać sam do siebie. Wyszukajcie sobie w sieci zdjęcie szczeniaka labradora, a zrozumiecie, o czym mówię.

Pod względem silnika, układu kierowniczego i zawieszenia to także zupełnie inna toyota – mimo stosunkowo niewielkiej, zaledwie 1,2-litrowej doładowanej jednostki benzynowej sprawia wrażenie żwawej i sprytnej. Przynajmniej w mieście, bo na autostradzie czuć lekkie niedostatki mocy. Być może problem ten rozwiązuje zamówienie mocniejszej wersji z napędem hybrydowym, ale nie jestem tego w 100 proc. pewien. Jestem za to przekonany, że będziecie mile zaskoczeni wyciszeniem wnętrza i komfortem. Rozczarować was za to może ilość miejsca na tylnej kanapie i w bagażniku. Ale tylko pod warunkiem, że myślicie o C-HR jako o samochodzie rodzinnym, na długie wyprawy. Bo jeżeli zdecydowaną większość czasu zamierzacie jeździć nią po mieście, transportując głównie dzieci do przedszkola i zakupy, to nie znajdziecie powodów do narzekań.

Już dawno żadne auto tak pozytywnie mnie nie zaskoczyło. Jest to pierwsza normalna toyota, która w standardzie ma coś, czego w innych modelach nie znajdziecie na liście opcji dodatkowych i nie dostaniecie nawet za dopłatą – charakter. Mam szczerą nadzieję, że nie jest to przypadek czy pomyłka i kolejne nowe auta Japończyków też takie będą. Podobnie, jak mam nadzieję, że pan prezydent już na zawsze zostanie Andrzejem...

>>> Czytaj też: Korporacje wolą przebojowych pracowników. Dlaczego poważnie się mylą?