Koniec maja 2017 r., na zamkniętej grupie dyskusyjnej na Facebooku pojawiają się kolejne wpisy. „Bardzo mi się spodobał pomysł mocniejszego rozprawienia się z oszustami. Jestem chętny”. „Tylko musi nas być kilkanaście osób, żeby wszystkich wyłapać i do jednego worka”. „Ale nie można tylko lać w mordę. Trzeba przedstawić im zaświadczenia o zgłoszeniu na policji, o skierowaniu sprawy do sądu itd.”. „Od razu wszystkich trzeba spisać z dowodów, z każdego papierka, jaki mają przy sobie, bo nie wiadomo, jaki mają prawdziwy, a jaki podrobiony. Będzie potrzeba kilku chłopa, jakby w tym opór stawiali”. „Walić w łeb to tylko na osobności, bo zrobi się chryja, jak nie ma świadków”.

Trzy kominiarki i straszak

5 czerwca 2017 r., Warszawa. Kilkanaście osób pokrzywdzonych przez firmę Exeos Cars umawia się, by wymierzyć sprawiedliwość tym, którzy ich oszukali. Na miejsce zbiórki przybywa tylko trzech mężczyzn. Pozostali się wykruszyli – jednemu podobnież zachorowało dziecko, inny spóźnił się na pociąg. Ta trójka jednak nie rezygnuje. Jadą – jak przyznają później – jedynie porozmawiać z ludźmi z Exeos. No, może trochę ich nastraszyć.

Zajeżdżają golfem pod siedzibę firmy przy ul. Smolnej. Dowiadują się od ochroniarza, że ten adres to lipa. Na grupie dyskusyjnej na FB padły jeszcze trzy inne lokalizacje. Jadą na ul. Przemysłową. Pudło. Ul. Ogrodowa. Kolejne pudło. Zrezygnowani sprawdzają ostatni adres. Sukces. Przy ul. Augustówka 22 mieści się lokal handlowy Exeos. Jest godz. 10.10.

Dalej wszystko wygląda jak w filmie akcji. W biurze są dwie osoby: mężczyzna, który rozmawia przez telefon z klientem, i kobieta. Trójka intruzów doskonale kojarzy pracownika. To on obiecywał im złote góry i to przez niego – ich zdaniem – stracili pieniądze. Mężczyzna ląduje szybko na podłodze. Jeden z napastników wyciąga pojemnik z gazem pieprzowym, drugi pistolet – dopiero później się okaże, że to atrapa – i przystawia go do głowy leżącego. Pracownicy zaczynają płakać, a klienci krzyczą o oszustwie. Zabierają karty z telefonów komórkowych oraz dyski twarde komputerów. I wychodzą.

Pracownik firmy Radosław Kozioł dzwoni na policję. Ta przyjeżdża o 10.50. Trzech napastników spokojnie czeka przed budynkiem. Cieszą się na widok funkcjonariuszy, chcą im przekazać nośniki danych. Ich radość staje się mniejsza, gdy zamiast otrzymać gratulacje zostają zatrzymani. Następne kilkadziesiąt godzin spędzają na komisariacie.

Protokoły przesłuchań i notatki urzędowe potwierdzające autentyczność historii znajdują się w komisariacie policji Warszawa-Wilanów.

666 złotych

Exeos Cars oferowała „innowacyjny” model współfinansowania zakupu auta na kredyt. Na czym polegał? Osoba poszukująca pojazdu natrafiała w internecie na ofertę Exeos lub w niektórych przypadkach na komis współpracujący z tą firmą. Cena pojazdu była zawyżona, widać to było zresztą na pierwszy rzut oka – np. skoda warta 50 tys. zł, była do nabycia za 70 tys. zł. Dlaczego znajdowali się chętni? Exeos proponował zawarcie umowy sponsorskiej – obiecywał, że będzie pokrywał 666 zł miesięcznie z raty kredytu. W zamian nabywca zobowiązywał się do przejechania autem co najmniej 400 km miesięcznie. Pojazd był też oklejany reklamami sponsorów, wśród nich dominowały firmy z listy Fortune 500. Exeos oferował również – przy pomocy zaprzyjaźnionego pośrednika – pośrednictwo kredytowe. Tak, by zainteresowany człowiek nie musiał sam załatwiać w banku pożyczki. Za zawarcie umowy firma pobierała opłatę w wysokości od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.

Czy biznes nie wydawał się podejrzany?

– Nie. Pieniądze w zamian za oklejanie samochodów to nic nowego. A kilkutysięczną opłatę tłumaczono prosto: żeby ktoś się nie wycofał w ostatniej chwili. Uwierzyłam – mówi nam jedna z pokrzywdzonych osób.

– Oferta Exeos wyglądała bardzo ciekawie i sam model biznesowy prezentował się innowacyjnie. Mieszkałem przez pięć lat we Francji i tam tego typu rozwiązania to nic nowego. Ludzie z Exeosa byli dobrze przygotowani, bardzo podobały mi się ich zapewnienia – twierdzi Andrzej Nodzyński, jeden z uczestników napaści na siedzibę spółki.

– Nie podejrzewałem, że mam do czynienia z oszustami, bo zarejestrowano na mnie samochód. Pracownik firmy chętnie odpowiadał na moje wątpliwości, miał naprawdę świetne podejście do ludzi – mówi Dariusz Różański. To właśnie jego do podpisania umowy telefonicznie zachęcał Radosław Kozioł tuż przed przystawieniem mu broni do głowy.

Chęć do odpowiadania na pytania kończyła się jednak ponoć po podpisaniu umowy i wpłaceniu opłaty początkowej. W niektórych przypadkach Exeos wywiązywał się przez 2–3 miesiące z umowy, przez co przelał od 1200 do 1800 zł. I tak się opłacało, gdyż więcej zarobił z tytułu samej opłaty początkowej. W przypadku zakupu pojazdu w zaprzyjaźnionym komisie, zysk się zwiększał o różnicę pomiędzy realną wartością auta a tą ustaloną w umowie. W części spraw właściciele samochodów nie doczekali się ani jednego przelewu. Przez co zostali z oklejonym reklamami samochodem kupionym za znacznie więcej, niż jest warty. I kredytem do spłacenia.

– Do zakupu tego konkretnego samochodu przy pomocy Exeos skusiła mnie wyłącznie umowa sponsorska, którą firma oferowała na ten pojazd – twierdzi Dariusz Różański. A kilkoro innych pokrzywdzonych, z którymi rozmawialiśmy, przytakuje. Niemal każdy przyznaje: jedynym powodem, dla którego decydowali się na wejście w biznes z Exeos, były proponowane dopłaty w zamian za zrobienie ze swojego samochodu nośnika reklamowego. – Wiedziałem, że auto było przeszacowane, ale pomyślałem, że to nie ma znaczenia, skoro firma zobowiązała się dopłacać do kredytu – potwierdza pokrzywdzony Piotr Wenta.