W ostatnich latach o Unii Europejskiej mówi się przede wszystkim w kontekście kryzysów. Najpierw finansowego, który miał kulminację w Grecji, potem zawirowań związanych z brexitem i narastaniem nastrojów antyeuropejskich w części krajów Wspólnoty, a niedawno w związku z tym, co dzieje w Katalonii i niezdolnością Brukseli do podjęcia działań mogących pomóc w rozwiązaniu tamtejszego konfliktu.

Nie dziwi zatem, że w głowach wielu ludzi utrwaliło się skojarzenie, że bycie we Wspólnocie oznacza kłopoty. Łatwo w tej sytuacji zapomnieć, że UE powstała jako byt polityczny mający stanowić przeciwwagę dla innych potężnych graczy: USA, Rosji czy Chin. Unia wciąż może przejść do politycznej ofensywy, ale pod warunkiem że dokona niezbędnych wewnętrznych reform.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

W tym momencie trzeba zrobić dwa ważne zastrzeżenia. Po pierwsze – choć w ciągu kilku lat możliwe są zmiany udoskonalające funkcjonowanie Unii, to nie ma co liczyć na rewolucję, która odmieni jej działanie. Do fundamentalnych zmian trzeba będzie dojść metodą małych kroków. Tak więc w najbliższym czasie Unia nie przekształci się w federację. Nie powoła urzędu prezydenta z prawdziwego zdarzenia, który miałby władzę porównywalną z tą, jaką dysponują przywódcy państw. Nie pójdzie na otwartą wojnę z korporacyjnym kapitalizmem, który przyczynia się do coraz większej koncentracji władzy i wpływów w rękach bogaczy. Po drugie – reformy, gdy już do nich dojdzie, zostaną wypracowane i przeprowadzone w państwach mających wspólną walutę. Najważniejsi rozgrywający w UE, Niemcy i Francja, należą do strefy euro, więc będą skupiały się przede wszystkim na jej uporządkowaniu.

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej