Rok 1998 był ostatnim, w którym wskaźnik dzietności przekroczył 1,4 – później spadał. Teraz znów wzrósł powyżej tego poziomu. Wstępne szacunki Głównego Urzędu Statystycznego mówią, że wyniósł on w zeszłym roku 1,45, ostateczne dane będą dostępne na przełomie maja i kwietnia.

– Według moich wyliczeń wskaźnik wyniósł 1,42. Którakolwiek z tych liczb okaże się trafna, będzie oznaczać istotny wzrost w porównaniu do poprzedniego roku, choć nadal to nie jest wielkość prowadząca do zastępowalności pokoleń. Pokazuje jednak, że wychodzimy powoli z okresu totalnego dołu urodzeniowego – mówi prof. Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego.

Wskaźnik dzietności to liczba urodzonych dzieci przypadających na statystyczną kobietę w wieku rozrodczym. Jeśli wynosi więcej niż dwa, można mówić o zastępowalności pokoleń. Poniżej dwóch oznacza, że dzieci rodzi się mniej niż w pokoleniu rodziców, czyli długofalowo populacja maleje. Dane GUS pokazują, że obecnie wskaźnik dzietności przesuwa się więc z rejonów nazywanych przez demografów najniższą dzietnością (1,3) w okolice niskiej dzietności (1,5). Choć sytuacja jest daleka od pożądanej, należy się cieszyć, bo tendencja jest pozytywna.

Komu to zawdzięczamy? – Ośmiuset tysiącom osób, które w zeszłym roku stały się rodzicami – podkreśla Piotr Szukalski.

Dalsza część odpowiedzi nie jest już tak oczywista. Wzrost współczynnika, jak i liczby urodzeń na pewno można łączyć z polepszającą się od lat sytuacją gospodarczą i na rynku pracy. Rosnące zarobki i mniejsza obawa przed utratą pracy powodują, że łatwiej jest podejmować zasadnicze decyzje życiowe, takie jak te o posiadaniu dziecka. Kolejny powód to rozbudowywana od lat, jeszcze od rządów PO-PSL, polityka rodzinna ze zmianą systemu ulg na dzieci, zmianami w urlopach rodzicielskich i jej flagowym programem, dołożonym przez PiS, czyli „Rodzina 500 plus”.

Profesor Janusz Czapiński, psycholog społeczny, współautor „Diagnozy Społecznej”, choć nie był zwolennikiem „Rodziny 500 plus”, czyli bezpośredniego przekazywania przez państwo pieniędzy na dzieci, uważa, że udało się „przekupić” Polaków. Wystarczyła poprawa sytuacji finansowej, by zdecydowali się na potomstwo. – Kiedy parę lat temu pytaliśmy badanych w „Diagnozie Społecznej” o powody, dla których nie powiększają rodziny, wymieniali strach przed pogorszeniem warunków materialnych oraz obawę przed stratą pracy – wylicza prof. Czapiński. – Obecna sytuacja potwierdza, że diagnoza była trafna – dodaje. Jego zdaniem sprytnym rozwiązaniem było danie pieniędzy nie na pierwsze dziecko, tylko na kolejne, co miało być motywacją nie tyle do zakładania rodziny, bo większość osób i tak decyduje się na jedno dziecko, tylko jej powiększania. – Teraz jednak trzeba będzie szukać rozwiązań, które zachęcą do posiadania pierwszego dziecka – dodaje.

U naszych sąsiadów w Czechach i na Słowacji też widać pozytywne zmiany. Słowacy, którzy zazwyczaj znajdowali się na szarym końcu, jeżeli chodzi o dzietność, co prawda też nie mogą mówić o zastępowalności pokoleń, ale sytuacja u nich wyraźnie się poprawiła (w 2013 r. wskaźnik ten wynosił 1,37, w 2014 r. już 1,4, potem 1,48, a w 2017 r. już 1,52).

W Czechach wskaźnik jest jeszcze wyższy i sięga 1,67 dziecka na kobietę. Czesi chwalą się, że w ubiegłym roku udało im się osiągnąć najlepszy wynik od drugiej wojny światowej – liczba ich obywateli przekroczyła 10,6 mln.

Tymczasem w państwach, które do tej pory uchodziły za wzorcowe, przynajmniej jak na europejskie standardy, czyli we Francji i Szwecji, dzietność spada. Na początku stycznia francuscy demografowie alarmowali, że w 2017 r. urodziło się 767 tys. dzieci, o 17 tys. mniej niż rok wcześniej. W efekcie wskaźnik dzietności wyniósł 1,88, czyli znów nie zapewnia zastępowalności pokoleń.

Podobnie jest w Szwecji, w której od 2010 r., gdy niemal osiągnięto magiczne dwoje dzieci na kobietę, wskaźnik ten sukcesywnie spada. W 2016 r. wynosił już 1,85, rok temu tylko 1,79. Eksperci wskazują, że kraje Europy Środkowej spadły poniżej krytycznego wskaźnika 1,5, a niektóre nawet 1,3 – dlatego mają teraz od czego się odbijać.

Wokół wskaźnika dzietności toczy się od dawna dyskusja metodologiczna. Ponieważ w Polsce GUS przy jego obliczaniu bierze pod uwagę także Polki, które wyjechały za granicę, ale już nie ich dzieci, to zdaniem prof. Piotra Szukalskiego faktycznie wskaźnik ten jest wyższy i wynosi 1,6–1,7.

Zapytaliśmy o te liczby urząd statystyczny. Odpowiedział, że dane z uwzględnieniem Polaków, którzy są rezydentami w innych państwach, są podawane i są wyższe, ale o 0,03, a nie 0,3, jak szacuje prof. Szukalski.

>>> Czytaj też: Liczba pielęgniarek będzie zależała od liczby łóżek

Rośnie liczba rodzin wielodzietnych i kobiet bezdzietnych

Klara Klinger: W 2017 r. urodziło się więcej dzieci.

Prof. Irena Kotowska, demograf, Szkoła Główna Handlowa: To prawda, w zeszłym roku przekroczone zostało magiczne 400 tys. urodzeń. Urodziło się o 20 tys. dzieci więcej niż rok wcześniej. Ale ciekawe jest to, kto się na dzieci decyduje. Choć to dopiero wstępne dane GUS, już widać pewne tendencje. Nie wszystkie są optymistyczne.

Co panią niepokoi?

Widzę pewne oznaki polaryzacji zachowań prokreacyjnych – spada liczba urodzeń pierwszych i ich udział w ogólnej liczbie urodzeń, a wyraźnie rośnie liczba kobiet decydujących się na trzecie dziecko, a także – choć nieco słabiej – na kolejne dzieci. Urodziło się o ponad 3 tys. mniej tzw. dzieci pierwszych. Czyli o wiele mniej kobiet, które nie miały potomstwa, zdecydowało się na nie. To duży spadek – co widać również w udziale procentowym. W 2013 r. niemal połowę urodzeń (49 proc.) stanowili pierworodni. W 2016 r. było ich 46 proc., a w 2017 – tylko 43 proc. Wygląda na to, że tendencja spadkowa obserwowana wcześniej nasiliła się – kobiety coraz rzadziej decydują się na zostanie matkami.

To skąd tak duży wzrost liczby urodzeń?

To dzięki decyzjom o drugim i trzecim dziecku. W 2017 r. urodziło się o 14,3 tys. dzieci więcej jako drugich w rodzinie – stanowiły 40 proc. wszystkich urodzeń. Rośnie również liczba rodzin z trójką dzieci – liczba urodzeń trzeciego dziecka rok do roku wzrosła z 42,5 tys. do niemal 50 tys. Rośnie też liczba dzieci, które urodziły się jako czwarte.

To źle?

To oznacza, że będzie zwiększała się w społeczeństwie liczba osób bezdzietnych, co zresztą potwierdzają nasze badania. Z różnych przyczyn – niektóre kobiety po prostu podejmują świadomą decyzję, że nie chcą mieć dzieci, niektóre nie mogą – rośnie liczba kobiet borykających się z niepłodnością, a niektóre nie mają partnera czy też warunków, by zdecydować się na dziecko. Z drugiej strony będzie coraz więcej rodzin wielodzietnych „3 plus”. Utrzymywanie się spadku pierwszych urodzeń nie wróży jednak dobrze na przyszłość. Nie można temu przeciwdziałać przez wzrost liczby urodzeń kolejnych dzieci. Stąd – między innymi – moje obawy, że wzrost liczby urodzeń nie będzie trwały.

>>> Czytaj też: Ukraina potrzebuje nowego planu Marshalla