Pierwsze konkretne z obiecanych Amerykanom działań prezydent Trump podjął w styczniu – nałożył cła na pralki i panele słoneczne. Pralki to produkt eksportowy koreańskich potentatów – Samsung Electronics i LG Electronics, panele pochodzą głównie z Chin. Zyskać ma amerykańska korporacja Whirlpool.

Stal i aluminium

Kolejne działania to znacznie mocniejszy kaliber. 1 marca 2018 r. Trump ogłosił zamiar wprowadzenia 25-procentowej taryfy na stal i 10-procentowej taryfy na import aluminium. Podstawą prawną jest sekcja 232 ustawy o rozwoju handlu z 1962 r., która w pewnych okolicznościach pozwala prezydentowi na nałożenie ceł na podstawie zalecenia sekretarza handlu USA, jeżeli „do Stanów Zjednoczonych importowany jest artykuł w takich ilościach lub w takich okolicznościach, które zagrażają lub osłabiają bezpieczeństwo narodowe”.

8 marca Trump podpisał rozporządzenie o nałożeniu taryf, które miały obowiązywać od 23 marca.

W przeddzień wejścia w życie rozporządzenia okazało się, że z ceł zwolniona będzie Unia Europejska i czterech innych sojuszników USA – Australia, Argentyna, Brazylia i Korea Południowa. Wcześniej prezydent ogłosił, że z ceł zwolnione będą Kanada i Meksyk, ale zwolnienie to zależeć będzie od renegocjacji układu NAFTA.

USA mają też negocjować z Koreą Południową i Unią Europejską. Przywódcy unijni wyrazili nadzieję, że zasady handlu między USA i Unią nie zmienią się i decyzja o nienakładaniu ceł jest bezwarunkowa.

Nadziei takiej nie mają nienależące do Unii: Norwegia i Szwajcaria, a także kilkanaście innych krajów, będących znacznymi eksporterami stali lub aluminium do USA, w tym Japonia, Rosja, Turcja, Ukraina, a przede wszystkim Chiny. Te ostatnie nie są zresztą znaczącym sprzedawcą stali do USA, choć 25 proc. swej produkcji sprzedają za granicę.

Decyzja prezydenta o nałożeniu ceł na stal i aluminium podjęta była pod naciskiem związkowców i pracodawców, reprezentujących te branże.

Rząd amerykański tłumaczy wprowadzenie ceł na import stali nieuczciwą konkurencją ze strony krajów, mających nadwyżki mocy produkcyjnych. Ale restrykcje wobec importu aluminium są zupełnie niezrozumiałe. Produkcja własna w USA w niewielkim stopniu pokrywa zapotrzebowanie na metal, którego zużycie szybko rośnie.

W 2017 roku Stany Zjednoczone importowały 6,3 mln ton aluminium, głównie z Kanady, Rosji, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Chin. Producentami są huty w krajach, gdzie z różnych powodów tania jest energia. Podniesienie ceny aluminium o 10 proc. (czyli tyle, ile wyniosą cła) w niewielkim tylko stopniu poprawi rentowność hut amerykańskich.

Na granicy handlowej wojny

22 marca Trump podpisał memorandum, zgodnie z sekcją 301 ustawy o handlu z 1974 roku, polecając obłożenie towarów chińskich cłami w wysokości od 50 do 60 mld dol. USA złożyły skargę przeciwko Chinom w Światowej Organizacji Handlu (WTO). Prezydent Trump tłumaczył, że ma to być restrykcja z powodu kradzieży przez chińskie firmy amerykańskiej własności intelektualnej.

W 2017 roku import z Chin do USA wyniósł 505,5 mld dolarów, co oznacza, że średnio cła będą miały poziom 10 proc. To podniesie ceny towarów.

Cła nie będą równe. Biały Dom powiedział, że ma listę ponad 1000 produktów, które mogą być obłożone cłami w wysokości 25 proc. Firmy będą miały możliwość skomentowania decyzji nim lista końcowa wejdzie w życie.

Chiny nie pozostały dłużne. 2 kwietnia Pekin ogłosił nałożenie ceł (do 25 proc.) na ponad setkę towarów z USA, w tym wieprzowiny, wina, orzechów, soi, ale też bezszwowych rur stalowych czy przetworzonego aluminium. W 2017 roku wartość chińskiego importu towarów z listy chińskiego resortu handlu wyniosła ok. 3 mld dolarów. To mniej niż 2 proc. całkowitego importu z USA do Chin, który w zeszłym roku przekroczył kwotę 153,9 mld dolarów.

Wiele wskazuje na to, że w amerykańskich działaniach nie tyle chodzi o ochronę własnych producentów, co o wymuszenie ustępstw i podjęcie negocjacji z krajami, z którymi USA mają deficyt w obrotach handlowych. Silny nacisk, a potem negocjacje to ulubiony sposób prowadzenia „interesów” przez Trumpa-biznesmena.

Możliwy jest jednak także scenariusz groźniejszy – eskalacja wojny handlowej o skali nienotowanej od 1945 roku. Tego obawiają się rynki finansowe, które na decyzje prezydenta zareagowały dużymi spadkami. Japoński indeks Nikkei 225 spadł wówczas o 4,5 proc., a Shanghai Composite spadł o 3,6 proc. Straty indeksy giełdowe zanotowały także po decyzji odwetowej Pekinu. Przecena dotknęła niemiecki DAX, francuski CAC, także warszawski WIG20. S&P 500 stracił prawie 1,5 proc.

Stany Zjednoczone miały po II wojnie światowej znaczną nadwyżkę w handlu towarami. Stopniowo malała, a w 1971 roku po raz pierwszy pojawił się deficyt, co było jedną z przesłanek odejścia od wymiany dolarów na złoto po stałym kursie (15 sierpnia 1971 roku).

W roku 2017 USA zanotowały deficyt w obrocie towarami prawie ze wszystkimi najważniejszymi partnerami handlowymi:

– Chinami – 375,2 mld dolarów,

– Unią Europejską – 151,4 mld dolarów, w tym z Niemcami – 64,3 mld dolarów,

– Meksykiem – 71,0 mld dolarów,

– Japonią – 68,8 mld dolarów,

– Kanadą – 17,6 mld dolarów.

Nadwyżkę miały w handlu z:

– Wielką Brytanią – 3,3 mld dol.,

– Holandią – 24,5 mld dol.,

– Brazylią -7,6 mld dol. 

Według United States Census Bureau, obroty Polski ze Stanami Zjednoczonymi zamknęły się nadwyżką po stronie polskiej w wysokości 2,6 mld dolarów. Według GUS nadwyżkę 0,5 mld dolarów miały Stany Zjednoczone.

Deficyt w handlu Stanów Zjednoczonych z Chinami pojawił się w końcu lat 80. XX wieku, wraz z otwarciem chińskiej gospodarki na rynki światowe. Początkowo niewielki, sięgnął w roku 2000 83 mld dolarów, dziesięć lat później 273 mld dolarów. Ubiegłoroczny deficyt był rekordowy, co mogło świadczyć o fiasku polityki gospodarczej, którą prezydent zapowiadał w kampanii wyborczej.

Wówczas Trump obiecał, że z problemem deficytu handlowego poradzi sobie, zmuszając partnerów do większych zakupów, lub też wprowadzając cła na import. Zapowiedział, że firmy przenoszące zakłady do Meksyku, zostaną obciążone specjalnymi cłami.

Rozpoczynając wojnę handlową, Trump jakby zapomniał o skutkach poprzedniej. 20 marca 2002 roku Stany Zjednoczone wprowadziły stawki celne na importowane produkty stalowe z krajów stosujących rzekomo praktyki dumpingowe. Karne taryfy sięgały nawet 30 proc. Najbardziej poszkodowane kraje zaskarżyły decyzję USA do WTO. Ta w 2003 roku uznała, że cła były nielegalne i przyznała Unii Europejskiej prawo do nałożenia ceł na towary amerykańskie w łącznej wysokości 2,2 mld dolarów, a Japonii 458 mln dolarów. W grudniu 2003 roku prezydent Bush wycofał decyzję o cłach.

Restrykcje wobec amerykańskiego handlu nie były największą karą. Według analiz ekonomicznych cła na stal podniosły koszty w przemyśle amerykańskim i spowodowały utratę 200 tys. miejsc pracy.

Kto ucierpi

Urzędnicy z otoczenia prezydenta Trumpa zdają sobie sprawę z tego, że azjatycki gigant podejmie kroki odwetowe, ale są zdania, że Chiny mają więcej do stracenia, z uwagi na nierównowagę w handlu zagranicznym. Eksport amerykańskich firm do Państwa Środka wyniósł w roku 2017 130,4 mld dolarów, czyli czterokrotnie mniej niż import.

Według oceny agencji Moody’s, skutki ceł nałożonych przez USA na chińskie firmy nie będą przesadnie duże, ponieważ większość chińskich przedsiębiorstw sprzedaje na rynku wewnętrznym. Wbrew popularnym poglądom o uzależnieniu chińskiej gospodarki od rynków zagranicznych, chiński eksport był w roku 2016 równy 19,6 proc. chińskiego PKB (według Banku Światowego) i był o kilkanaście punktów procentowych niższy niż w roku 2006, gdy osiągnął maksymalny poziom.

W dodatku, udział Stanów Zjednoczonych w eksporcie Chin, choć największy, nie jest dominujący. Chińskie firmy będą mogły częściowo zrekompensować spadki sprzedaży na rynku amerykańskim, zwiększając eksport do innych krajów.

Dla amerykańskich konsumentów zmniejszenie importu z Chin oznaczać będzie wzrost cen niektórych towarów. Wątpliwe, by w znaczącym stopniu zmniejszył się deficyt handlowy, którego główną przyczyną jest niska stopa oszczędności w USA.

Ewentualne sankcje chińskie mogą być bolesne dla amerykańskiego rolnictwa. Chiny są jednym z największych nabywców amerykańskiej soi (około 1/3 plonów amerykańskiej soi jest konsumowana w Chinach), a także jednym z największych nabywców amerykańskiej kukurydzy, wieprzowiny i samolotów. Amerykańskie rolnictwo zatrudnia tylko kilka procent wszystkich pracowników, ale ma znaczną siłę jako grupa politycznego nacisku.

W najgorszym scenariuszu, gdyby doszło do eskalacji konfliktu i rozszerzenia go na inne kraje i towary mogłoby dojść do spowolnienia światowego handlu, a tym samym światowego wzrostu gospodarczego.

Stosunki handlowe Polska-USA

Nawet jeśli USA zdecydują się obłożyć cłami import stali z Unii Europejskiej, w tym z Polski, nie będzie to miało większego wpływu na naszą gospodarkę. Polska sprzedaje do USA wyroby z żeliwa lub stali za niewiele ponad 100 mln dol. rocznie (dane GUS za 2016 r.).

Nasz handel ze Stanami Zjednoczonymi jest relatywnie niewielki. Według GUS w roku 2017 Polska wyeksportowała do USA towary za 6,1 mld dolarów, a importowała za 6,6 mld euro. Dane US Census Bureau podają inne wielkości: 7110,5 mln dolarów eksportu i 4527,5 mln dolarów importu.

Pozostańmy przy danych GUS. Stany Zjednoczone są dziesiątym największym odbiorcą polskich towarów i ósmym dostarczycielem towarów na polski rynek. Dokładniejsze dane, co kupujemy, a co sprzedajemy dostępne są za rok 2016, ale struktura handlu jest stabilna. Grupy towarów, których najwięcej sprzedajemy na rynek USA to:

*kotły, maszyny i urządzenia mechaniczne i elektryczne, w tym: silniki turboodrzutowe, turbośmigłowe, turbiny gazowe i części do nich,
*meble i akcesoria, jak materace czy pościel,
*pojazdy oraz ich części i akcesoria,
*statki powietrzne,
*aparatura optyczna,
*biżuteria, kamienie szlachetne,
*wyroby z żeliwa lub stali.

Ponadto ważnym produktem eksportowym są mięsa i podroby, przetwory z mięsa, ryb i skorupiaków, kakao i przetwory z kakao, napoje bezalkoholowe i alkoholowe, tworzywa sztuczne i artykuły z nich robione, kauczuk i wyroby z kauczuku, drewno i artykuły z drewna, szkło i wyroby ze szkła.

Z powyższej listy widać, że najważniejsze produkty eksportowe do USA wytwarzane są przez amerykańskie firmy w Polsce. Wyroby z żeliwa i stali są istotnym towarem eksportowym, ale w skali całej gospodarki, a nawet całego eksportu do USA, ich waga jest niewielka. Jeszcze mniejsza jest waga aluminium i wyrobów aluminiowych.

O dziwo, główne grupy towarów eksportowych pokrywają się z grupami towarów, sprowadzanych z USA, co wynika z kooperacji zakładów po obu stronach Atlantyku. Importujemy też sporo wyrobów farmaceutycznych i chemicznych, artykuły z tworzyw sztucznych, wyroby kosmetyczne.

Wyrobów stalowych i żeliwnych importowaliśmy z USA za 100 mln dolarów, a surowej stali i żeliwa za 33 mln dolarów. Mamy więc mniej więcej równowagę w imporcie i eksporcie w tej branży. Podobnie jest z aluminium i wyrobami aluminiowymi, których w 2016 roku kupiliśmy za 22 mln dolarów.

Handel się opłaca

Cła Trumpa nie wyrządzą więc naszej gospodarce większych kłopotów, chyba że przekształcą się w globalną wojnę handlową, która zaciąży na gospodarce europejskiej i światowej, co oczywiście odbije się także na gospodarce polskiej. Polska jako kraj relatywnie mały jest znacznie bardziej zależna od handlu zagranicznego niż Stany Zjednoczone, czy Chiny. Według GUS w roku 2017 eksport stanowił 53,4 proc. PKB, a import 49,4 proc. W ciągu ostatnich 28 lat eksport, wyrażony w bieżących dolarach USA rósł średniorocznie o 10,6 proc. proc., zwiększając się w tym czasie 17-krotnie. Także w cenach stałych wzrost eksportu (i importu) był szybszy niż wzrost PKB, co świadczyło o otwieraniu się naszej gospodarki na rynki zagraniczne. Towarzyszyło temu: wzrost konkurencyjności, napływ innowacji, poprawa produktywności. Szybka dynamika eksportu miała związek z napływem kapitału zagranicznego.

Dane GUS pokazują, że przedsiębiorstwa z kapitałem zagranicznym zatrudniają 1/3 pracujących (w firmach mających co najmniej 10 pracowników), a jednocześnie odpowiadają za 2/3 wartości sprzedaży na eksport. Konkurencja ze strony firm zagranicznych wymusza wzrost wydajności na krajowych przedsiębiorstwach. Globalna wojna handlowa mogłaby zakłócić funkcjonowanie łańcucha kooperacji, w którym polskie firmy, często firmy z kapitałem zagranicznym, odgrywają istotną rolę.

Choć Polska nie należy do strefy euro, nasz cykl koniunkturalny pokrywa się coraz ściślej z cyklem u naszych zachodnich partnerów, zwłaszcza w Niemczech. Schłodzenie koniunktury w Unii Europejskiej, które już jest zauważalne, odbiłoby się na dynamice naszej gospodarki. Same tylko informacje o możliwym konflikcie między USA i Chinami źle wpływają na nastroje inwestorów, powodując odpływ kapitału z krajów uznawanych, nie zawsze słusznie, za miejsca podwyższonego ryzyka. Łączna ocena skutków globalnej wojny handlowej na polską gospodarkę jest niemożliwa do przeprowadzenia, ale jest oczywiste, że w naszym interesie jest utrzymanie stabilnych reguł, wypracowanych przez Światową Organizację Handlu.

Autor:  Witold Gadomski