Jego zdaniem istotne będzie utrzymanie spójności i jedności NATO, tak by presja, jaką USA wywierają na europejskich sojuszników w sprawie zwiększenia nakładów na obronność, nie doprowadziła do podziału, który mogłaby wykorzystywać Rosja.

"Od aneksji Krymu działania są podejmowane przede wszystkim w trzech głównych obszarach – dostosowywania struktury dowodzenia do wypełniania misji nie tylko reagowania kryzysowego, ale i kolektywnej obrony" - powiedział PAP Lorenz, analityk ds. bezpieczeństwa międzynarodowego w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych.

"Chodzi o dostosowywanie struktury sił tak, by sojusz miał realną zdolność do jednoczesnego prowadzenia misji reagowania kryzysowego i kolektywnej obrony w tym samym czasie i prowadzenia działań w taki sposób, by zapewniona była spójność NATO, dlatego że po rozpadzie ZSRR i zakończeniu zimnej wojny państwa członkowskie mają inną percepcję zagrożeń niż w czasie zimnej wojny" – dodał.

Zaznaczył, że spójność Sojuszu opiera się przede wszystkim na tym, by był on zdolny reagować na różne zagrożenia i dawał państwom członkowskim poczucie, że wspiera ich interesy bezpieczeństwa. "Nawet jeżeli Polska i państwa bałtyckie słusznie argumentują, że Sojusz w pewnym sensie zaniedbywał zdolność do prowadzenia misji kolektywnej obrony, to niezależnie od tego realia są takie, że polityczna wola wspierania adaptacji NATO na wschodniej flance zależy od tego, czy wzmacnia poczucie bezpieczeństwa innych krajów, jeśli chodzi o zagrożenia z Południa" – podkreślił.

Według Lorenza na szczycie, który odbędzie się 11-12 lipca w Brukseli, można się spodziewać zatwierdzenia wcześniej podejmowanych decyzji dotyczących zmian w strukturze sił i strukturze dowodzenia. "Chodzi o utworzenie centrum dowództwa logistycznego w Ulm w Niemczech, które będzie odpowiadało przede wszystkim za to, żeby państwa NATO mogły sprawnie i szybko przerzucać siły na terenie Europy. To absolutnie fundamentalna sprawa, dlatego że pozimnowojenna strategia NATO opiera się na zdolności do szybkiego przerzutu wojsk do zagrożonego regionu, a nie na utrzymywaniu kilkuset tysięcy wojsk amerykańskich, brytyjskich przy wschodniej granicy, skąd można było się spodziewać zmasowanej ofensywy" – powiedział.

Zaznaczył, że "mimo pewnych korekt w tej strategii raczej nie należy się spodziewać, że będziemy w Europie mieli kilkaset tysięcy amerykańskich żołnierzy". "Dlatego – dodał - zdolność do szybkiego przerzutu wojsk, przede wszystkim z głównych państw Sojuszu, które dysponują znaczącym potencjałem militarnym w Europie, jak Wielka Brytania, Francja i Niemcy, w mniejszym stopniu Włochy, na wschodnią flankę jest absolutnie kluczowa".

"Ważny jest także przerzut wielonarodowych sił NATO, które już są tworzone przez zdecydowaną większość państw członkowskich, także tych dysponujących nieznacznym potencjałem militarnym, a więc sił odpowiedzi NATO – NRF - z ich najbardziej mobilnym elementem, który jest zdolny do przerzutu nawet w ciągu kilku dni od podjęcia decyzji politycznej, czyli VJTF, tzw. szpicy. To wszystko wymaga zdecydowanego uproszczenia procedur, ale też pewnych rozwiązań logistycznych" – zaznaczył.

Jak powiedział Lorenz, na szczycie zostanie także zatwierdzona decyzja o odtworzeniu dowództwa w Norfolk, które zostało zlikwidowane na początku stulecia, a ma odpowiadać za zdolność do prowadzenia misji przede wszystkim na północnym Atlantyku i zapewnienia kontroli nad morskimi szlakami komunikacyjnymi.

"Zdolność do przerzutu sił ze Stanów Zjednoczonych do Europy jest - w momencie, w którym zmieniła się percepcja zagrożeń, jeśli chodzi o Rosję - kluczowym elementem odstraszania. Sojusz musi się liczyć z koniecznością przerzutu amerykańskich wojsk do Europy i z rosyjskimi próbami uniemożliwienia takich działań przez zakłócenie ruchu na szlakach komunikacyjnych, przez ich odcięcie. To także kluczowa decyzja wskazująca, że NATO odbudowuje wiarygodność pod względem odstraszania na wszystkich poziomach" – powiedział analityk.

Za istotne uznał, że uzgodniono, iż w nowych strukturach dowódczych może powstać 1200 nowych etatów. "To bardzo ważny sygnał, bo do tej pory obowiązywała zasada, że Sojusz nie robi nowych inwestycji w strukturę dowodzenia" - podkreślił.

Nawiązał także do kwestii struktury sił NATO. "Jeżeli Sojusz ma być w stanie prowadzić jednocześnie misje kolektywnej obrony i nawet kilka misji reagowania kryzysowego - co jest uzgodnione i zapisane w strategii NATO – to potrzebuje o wiele więcej niż w tej chwili posiada wojsk odpowiednio uzbrojonych, wyszkolonych, zdolnych do współdziałania z sojusznikami i utrzymywanych w stanie wysokiej gotowości" - powiedział.

"To będzie gigantyczny wysiłek. Wymaga to ogromnej presji politycznej na państwa członkowskie i szukania sposobów na to, żeby te państwa, które nie czują się bezpośrednio zagrożone, przekonać do tego, żeby utrzymywały znacznie większą część swoich sił w wysokiej gotowości i zwiększały nakłady na obronność" - ocenił.

Jedną z inicjatyw, które mają zostać zatwierdzone na szczycie, jest inicjatywa 4x30. Zakłada ona, że Sojusz powinien posiadać 30 batalionów zmechanizowanych, 30 dużych okrętów oraz 30 eskadr lotniczych, zdolnych do działania w czasie krótszym niż 30 dni. "Zatwierdzenie tej inicjatywy ma zwiększyć presję na państwa członkowskie i zapewnić przynajmniej podstawową zdolność do prowadzenia misji kolektywnej obrony" - powiedział Lorenz.

"Oprócz tego kluczowa jest spójność Sojuszu – sygnalizowanie, że NATO odpowiada na potrzeby tych państw, które głównych zagrożeń upatrują w terroryzmie czy migracji. NATO prawdopodobnie będzie więc szukać sposobów na zwiększenie wsparcia dla państw w jego południowym sąsiedztwie. Z dotychczasowych sygnałów można wnioskować, że kluczową misją, którą Sojusz będzie chciał teraz wzmocnić, jest misja w Iraku, chociaż ostatnie wybory w tym kraju mogą komplikować te działania. Ale na pewno należy się spodziewać także działań, które mają zwiększyć bezpieczeństwo na Południu" – przewiduje ekspert.

Jego zdaniem będzie także wywierana "nieustanna presja" na zwiększenie wydatków obronnych i wypełnienie zobowiązań ze szczytów w Walii i w Warszawie, dotyczących zwiększenia nakładów do 2 proc. PKB proc. do 2024 r.

Jak powiedział Lorenz, dotychczas przedstawione plany pozwalają się spodziewać, że – łącznie z państwami, które już spełniają ten warunek – cel 2 proc. PKB spełni w 2024 r. szesnaście państw członkowskich.

"Jest wielki znak zapytania, czy amerykańska administracja potraktuje to jako trend pozytywny czy uzna te działania za niewystarczające i czy będzie gotowa zwiększać presję, tak że szczyt zakończy się jakimś rozłamem między Europą a Stanami Zjednoczonymi, czy NATO zademonstruje jednak tradycyjnie spójność i polityczną zwartość" – zaznaczył.

"Amerykanie uznali w swojej strategii, że Chiny i Rosja są rywalami, czego konsekwencją musi być przygotowanie się do bardziej konfrontacyjnej, asertywnej polityki. Niesie to oczywiście bardzo duże konsekwencje dla amerykańskiej polityki bezpieczeństwa. Znacząco wzrosną nie tylko inwestycje w potencjał militarny, ale też oczekiwania wobec sojuszników i pewnego rodzaju przesunięcie akcentów w układzie sił, jaki się wykształcił w ciągu ostatnich trzech dekad między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Na pewno trzeba znaleźć odpowiednią równowagę między wywieraniem przez USA presji na Europę a demonstrowaniem podziału, który może być w interesie Rosji i który Rosja może chcieć wykorzystać" – podkreślił Lorenz.(PAP)

autor: Jakub Borowski