Ta trochę dwuznaczna pozycja znajduje potwierdzenie w porównaniach stóp zwrotu i ma dość poważne konsekwencje. Nie zawsze przyjemne.

Kuszeni (zresztą całkiem słusznie) perspektywami wielkich zysków, jakie przynoszą i co więcej mają przynosić w przyszłości inwestycje na rynkach wschodzących, zapominamy lub nie dostrzegamy okazji, jakie mamy tuż pod nosem, u siebie. Porównując najwyższe tegoroczne wzrosty indeksów na świecie nie sposób nie zauważyć, że pierwsze miejsca zajmują nasze dwa indeksy: WIG Deweloperzy i WIG Spożywczy. Dopiero na trzecim miejscu znajduje się chińska gwiazda Shanghai B-Share, a za nią moskiewski RTS napędzany cenami surowców.

Powie ktoś, że nasi liderzy to tylko subindeksy i pewnie gdyby dobrze poszperać, na tej samej półce zagranicznych parkietów znalazłoby się kilka lepszych. Ale wpośród 25 najlepszych indeksów i niektórych subindeksów, znajdziemy jeszcze nasz sWIG80, mWIG40 i WIG. W sumie aż pięciu reprezentantów. To niemało. Co prawda WIG znalazł się na ostatnim miejscu naszego zestawienia, ale to tylko potwierdza naszą tezę o lokalizacji między Wschodem a Zachodem. Dla porządku dodajmy, że wskaźnik naszych największych firm lokuje się w światowej stawce na 38 miejscu, tuż za Australią i Holandią (a po drodze mamy jeszcze WIG Informatykę i WIG Banki).

Wyprzedzamy minimalnie amerykański wskaźnik małych firm Russel 2000. To nie żaden wstyd, w końcu niejedna mała amerykańska spółka z powodzeniem „zmieściłaby się” w naszym sztandarowym indeksie.

Śledząc zmiany zachodzące w sporządzanym corocznie przez amerykański miesięcznik Forbes rankingu 2000 największych światowych firm możemy nabawić się kompleksów. Z chińską lokomotywą, od kilku lat dynamicznie szturmującą miejsca w czołówce nie mamy oczywiście co się równać. Co prawda naszych czterech reprezentantów (PKO, KGHM, PGNiG i PKN) to dwa razy więcej, niż ma ich Papua Nowa Gwinea, ale Turcja ma ich 13, a Rosja 28.

Warto spojrzeć na perspektywy rysowane przez ekspertów przed rynkami wschodzącymi w 2010 roku. Niemal wszyscy przedstawiciele największych globalnych funduszy inwestycyjnych i większość naszych ekspertów przewidują, że przyniosą one ponadprzeciętne stopy zwrotu. Jednak określenie „ponadprzeciętne” w najbliższych miesiącach może mieć znaczenie zupełnie inne niż w 2009 roku. Trudno się spodziewać, że indeksy giełdowe nawet tak perspektywicznej i potężnej gospodarki jak chińska, zwiększą swoją wartość w tym roku o kolejne ponad 100 proc. Tym bardziej trudno liczyć, że rynek rosyjski da zarobić tyle samo.

Trzeba pamiętać, że część 2007 roku i cały 2008 r. stały pod znakiem ucieczki od ryzyka, prowadzącego w skrajnych przypadkach do trzymania gotówki. Minione dwanaście miesięcy to powrót pogoni za zyskiem bez względu na ryzyko. Najbliższe miesiące nie będą należeć do łatwych dla inwestorów. Ryzyko ma swoją cenę. W czasie gdy amerykańskie obligacje dawały zysk niewiele większy od zera, zarówno umowny milion, jak i miliard dolarów szukały większego zarobku. Gdy rentowność najbardziej bezpiecznych papierów skarbowych sięga 4-5 proc., miliard dolarów przesunie się raczej w ich kierunku. W Azji, Rosji, Turcji czy Brazylii będzie operował milion. Czy to wystarczy do podniesienia tamtejszych indeksów o 100, czy choćby 50 procent?

Wątpliwości mają też niektórzy eksperci oceniający, że na wschodzących rynkach hossę spowodował napływ spekulacyjnego kapitału i czekać je może gwałtowna korekta. Nie od rzeczy będzie też uwaga, że tego typu zjawisko niepokoi przedstawicieli władz państw, których giełdy zanotowały największe zwyżki. W Brazylii już w październiku wprowadzono 2 proc. podatek od zagranicznego kapitału płynącego na tamtejszy rynek. Nad podobnymi rozwiązaniami od dawna zastanawia się także Rosja. Podobnie jest w Chinach. W ostatnich dniach 2009 roku jeden z przedstawicieli chińskiego banku centralnego nieoficjalnie wyraził pogląd o rozchwianiu chińskiego rynku przez spekulantów. Jak widać zbyt natarczywa miłość inwestorów do rynków wschodzących niekoniecznie musi być odwzajemniana. A jeśli kapitał dostanie „czarną polewkę”, może się zrazić na dłużej.

Odwrót inwestorów z rynków wschodzących najczęściej odbywa się w dość gwałtowny sposób i bez zbytniego zwracania uwagi na szczegóły. A w takiej sytuacji nasz rynek walutowy i giełda cierpią często dość mocno i niezasłużenie. To cena płacona za bycie na zachód od Wschodu i na wschód od Zachodu.