Ma to o tyle znaczenie, że - gdyby oceny analityków odzwierciedlały nastroje inwestorów - nie byłoby komu kupować akcji, najdroższych przecież od kilkunastu miesięcy. Zarówno spekulanci, nastawieni na krótkoterminowe stopy zwrotu, jak i inwestorzy o średnim czy długim terminie, podzielający te oczekiwania, nie mają motywacji do zakupów akcji. Inwestorzy wciąż czekają na odrodzenie postaw konsumenckich, co jednak nie może się zrealizować tak długo, jak długo nie rośnie poziom zatrudnienia. Wobec tego pojawiają się obawy - artykułowane właśnie w mediach - że druga połowa roku, w której nie będą już funkcjonowały programy pomocowe (rządów nie będzie stać na ich powtórzenie), i w której obawy o inflację zaczną być coraz silniejsze, nie będzie sprzyjała inwestycjom w akcje. Z drugiej strony Polska na tym tle wygląda całkiem nieźle, mimo relatywnie wysokiej wyceny akcji, ponieważ to właśnie w drugiej połowie roku ożywienie u nas mogłoby być najsilniejsze. Niemniej, najważniejszy pozostaje i pozostanie sentyment globalny.

Wracając do krótszej perspektywy - dziś sprawy na rynku toczyły się źle. Nocny raport kwartalny Alcoa rozczarował, Bank Ludowy Chin podniósł stopę rezerw obowiązkowych, a na deser okazało się, że wyniki handlu zagranicznego USA były gorsze niż zakładano. Nastoje były więc złe i w dodatku pogarszały się z każdą godziną (aż do końcowego fixingu, ale to już zupełnie inna historia). Tylko jedna spółka (Agora) z WIG20 zyskała, dwie nie zmieniły wartości, a reszta taniała. Obroty na całym rynku akcji wzrosły powyżej 1,6 mld PLN, co na spadkowych sesjach nigdy nie jest dobrą informacją. Niemniej indeksy wciąż znajdują się tuż pod szczytami 11-miesięcznej hossy, wobec czego na panikę jest sporo za wcześnie. Zwłaszcza, że spora część obrotów (0,35 mld PLN) przypadła na akcje jednej tylko spółki (Pekao), która akurat cenę zmieniła nieznacznie.
Nasz rynek nie wyróżniał się przy tym od pozostałych giełd europejskich, gdzie notowano podobną skalę strat. Od spadku dzień zaczęły także indeksy nowojorskie, które także zawróciły spod wyznaczonych dzień wcześniej szczytów.
Polska z sukcesem zamknęła emisję euroobligacji, lecz rynek walutowy pozostał głuchy na PRowy wydźwięk komunikatu Ministerstwa Finansów. Kursy euro, dolara i franka solidarnie wzrosły dziś o 0,3 proc., przy czym trzeba pamiętać, że zaledwie wczoraj to złoty był górą i sporo jeszcze z wczorajszego umocnienia mu zostało.

Notowania ropy spadły dziś o 0,7 proc. Zaledwie wczoraj baryłka kosztowała niemal 84 dolary (w najwyższym punkcie dnia), a już dziś była wyceniana o trzy dolary niżej (w najniższym punkcie). Po serii wzrostów w ostatnich tygodniach wskaźniki techniczne sugerują - bynajmniej nie delikatnie - że realizacja zysków w tym momencie może okazać się najlepszym rozwiązaniem dla krótkoterminowych inwestorów zajmujących długą pozycję na ropie. Złoto utrzymało cenę w okolicach 1150 dolarów za uncję i inwestorzy na tym rynku raczej nie są zmuszani do podejmowania pospiesznych decyzji przez układ wykresów. Miedź potaniała o 1,4 proc.