Carlosa Ghosna, dyrektora naczelnego Renaulta, wezwano do wytłumaczenia się z doniesień o tym, że produkcja auta clio4 mogłaby się odbywać w mającej niskie koszty fabryce Bursa w Turcji, a nie we Flins koło Paryża. Minister przemysłu z nadania Sarkozy’ego ostrzegł Ghosna, że rząd może zwiększyć swój udział w spółce Reanault z 15 do 20 czy 25 proc., żeby uzyskać na nią większy wpływ. Na razie mało z tego wyszło. Renault nie obiecał niż ponadto, że „część” produkcji clio odbywać się będzie we Flins. Potwierdził, że będzie tam również wytwarzany nowy samochód elektryczny, na który popyt jest nadal niepewny. Rząd może w tej sytuacji twierdzić, że „zapewnił produkcję clio we Francji”, choć nie otrzymał obietnicy, że większość przyszłej produkcji będzie się odbywać w kraju. Wypowiedzi o zwiększeniu udziału państwa w Renaulcie szybko zaniechano.

Związki zawodowe uznały to wszystko za „marketingową maskaradę”. Paryż ma jednak na względzie niedawne precedensy. Komisja Europejska – mimo zastrzeżeń – zezwoliła w lutym 2009 r. na udzielenie Renaultowi i Peugeotowi 3 mld euro tanich pożyczek. Formalnie nie były one powiązane z warunkami, które łamałyby unijne zasady pomocy publicznej. Obecnie jest jednak jasne, że łączyły się one z niepisanym założeniem, iż miejsca pracy we Francji muszą być chronione. Rząd może się czuć zobowiązany wykorzystywać pieniądze podatników dla kraju, ale unijne przepisy stanowią, że nie wolno mu ograniczać swobody zarządzania wspieranych firm. Gdyby prezydent Sarkozy naprawdę chciał chronić miejsca pracy, to lepiej, gdyby się skupił na obciążeniach społecznych, wskutek których produkowanie clio jest we Francji o 10 proc. droższe niż na wschodzie Europy.