10 marca 2000 roku nowojorski NASDAQ zamknął się z rekordowym wynikiem 5.048.62 punktów. Kto tego dnia odsprzedał swoje akcje notowanych tam firm telekomunikacyjnych, zrobił interes swojego życia. Wszyscy inni w ciągu następnych kilku miesięcy stracili miliony. W ciągu zaledwie sześciu kolejnych dni indeks stracił 9 proc. swojej wartości.

Tamta bańka nie wywołała dramatycznych konsekwencji dla całej amerykańskiej gospodarki tylko dlatego, że inwestorzy szybko przerzucili się na rynek nieruchomości, który właśnie wówczas zaczął się dynamicznie rozwijać. Rekompensowali tam swoje straty aż do jej spektakularnego pęknięcia w latach 2007 – 2009. Iluzja zysków z baniek spekulacyjnych jednak nie znikła. – Obecnie amerykański rząd próbuje przez pakiet stymulacyjny Baracka Obamy sztucznie napompować kolejną bańkę: biznes zielonych technologii – uważają Arnold Kling i Nick Schulz, ekonomiści związani z American Enterprise Institute.

>>> Polecamy:  Roubini ostrzega przed bańką spekulacyjną złota

Kandydatów do roli nowej bańki spekulacyjnej jest jednak więcej. Jednym z najpoważniejszych jest złoto, które w ciągu pięciu ostatnich lat zyskało wobec dolara aż 155 proc. – Najbardziej agresywni inwestorzy już dawno grają na ten szlachetny kruszec – przekonuje Gregory Zuckerman, autor wydanej właśnie za oceanem książki „transakcja wszech czasów” opisującej metody dorabiania się na spekulacjach nieruchomościami. Swoją pierwszą (i potencjalnie niebezpieczną dla światowych finansów) bańkę spekulacyjną pompują także szybko bogacące się Chiny. – Od kilku miesięcy ceny mieszkań rosną tu w tempie 5 – 7 proc. miesięcznie. To musi wybuchnąć. Może jeszcze w tym roku – mówi nam Kerry Brown z Chatham House. Scenariusz chiński ma być podobny do tego, który obserwowano w 2008 roku w USA.

ROZMOWA

RAFAŁ WOŚ: Skąd biorą się bańki spekulacyjne?

LEIGH SKENE*:

Pojawiają się zawsze wtedy, gdy na rynku jest dużo pieniądza. To może być efekt bogacenia się społeczeństwa, ale bierze się również z uprawianej przez państwa lub banki polityki łatwego dostępu do kredytów. No i oczywiście musi pojawić się to coś, w czym inwestorzy widzą szansę szybkiego zarobku: tulipany, akcje, nowe technologie, surowce czy mieszkania. Historia baniek jest tak długa jak dzieje kapitalizmu.

Dlaczego historia pękających baniek ciągle się powtarza, skoro wszyscy wiedzą, o co w ich mechanizmie chodzi? Skąd wiara w oczywiste niemal zjawisko?

Każdy rozsądny człowiek poruszający się w finansach zna doskonale historię finansowych krachów. Mimo to zgadza się uczestniczyć w tej ryzykownej grze. Niektórzy ekonomiści tłumaczą to tzw. teorią większego głupca: według niej bańkę napędzają nadmiernie optymistyczni gracze, czyli właśnie „głupcy”, którzy sprzedają swoje aktywa powyżej ich realnej ceny jeszcze „większym głupcom”. Bańka pęka, gdy ten ostatni okazuje się „największym głupcem”, od którego nikt już nie chce niczego odkupić.

Ale dlaczego nawet najbardziej doświadczeni zawodowi bankierzy pchają się właśnie na rynek baniek, zamiast grać tam, gdzie jest spokojniej?

Swoją rolę odgrywa myślenie stadne. Większość maklerów nagradzanych jest na podstawie wyników porównywalnych z tym, co osiągają ich koledzy. Trzeba olbrzymiej niezależności, by zatrzymać się i powiedzieć: „Nie wchodzę w to”, skoro twoi konkurenci chwalą się osiąganiem dużych zysków, a szef domaga się tego samego. Sytuację deformuje jeszcze brak osobistej odpowiedzialności dokonujących transakcji, którzy ryzykują przecież nie swoim kapitałem. No i zawsze pojawia się ta sama wiara: tym razem to nie żadna bańka, tylko stabilny wzrost, który będzie trwał bardzo długo.

Historia pokazuje, że pęknięcie bańki zawsze pociąga za sobą gospodarczą recesję i spadek obrotów realnej gospodarki. Dlaczego?

Krach poprzedza zawsze długie pompowanie bańki, gdy ceny jakiegoś towaru rosną, bijąc wszelkie rekordy. Trwa to zwykle na tyle długo, że gracze zaczynają czuć się pewnie i licząc na jeszcze większe zyski, inwestują na kredyt. Na tym przecież polega robienie interesów. Problem pojawia się, gdy bańka pęka i zostajemy bez spodziewanych zysków, ale z realnie istniejącymi długami. Jeśli jesteśmy firmą: plajtujemy, jeśli jesteśmy gospodarstwem domowym, oszczędzamy na konsumpcji. Koło zamachowe recesji zaczyna się napędzać. Aż do następnej bańki.

*Leigh Skene, kanadyjski ekonomista i bankowiec, autor książek na temat historii cykli koniunkturalnych, analityk londyńskiego instytutu Lombard Street Research

współpraca kk