Białoruś, próbując się uniezależnić od dostaw surowców z Rosji, stawia na energetykę jądrową. W ciągu kilku lat za wschodnią granicą Polski powstanie elektrownia atomowa, którą zbudują Chińczycy. Kontrakt na jej budowę o wartości 3 mld dol. podpisał pod koniec zeszłego tygodnia w czasie wizyty w Mińsku wiceprezydent ChRL Xi Jinping. Dla Aleksandra Łukaszenki inwestycja ma kluczowe znaczenie. Kreml niedawno podniósł cła na eksport ropy na Białoruś, a wcześniej podwyższył ceny gazu.

Białoruś zdecydowała się na budowę elektrowni jądrowej, mimo iż to ona najmocniej ucierpiała w efekcie katastrofy w Czarnobylu w 1986 r. Zdaniem ekspertów chińska siłownia blisko polskiej granicy nie jest jednak szczególnym zagrożeniem. Choć Chiny od kilku lat wdrażają najbardziej ambitny program rozbudowy elektrowni jądrowych na świecie, nie zdarzyła się tu dotąd żadna katastrofa.

Inwestycje w rozwój nowych technologii Chińczycy chcą zdyskontować, budując siłownie za granicą. Oferują dużo niższe ceny niż zachodnie koncerny. A do Białorusi, jednocześnie skonfliktowanej z Zachodem i Rosją, mają wyjątkowo łatwy dostęp.

JĘDRZEJ BIELECKI: Czy nowa elektrownia jądrowa, którą Chińczycy będą budować na Białorusi, może okazać się równie niebezpieczna jak ta w Czarnobylu?

JEREMY GORDON*: To będzie całkowicie odmienna konstrukcja. Chińczycy eksportują reaktory chłodzone wodą pod ogromnym ciśnieniem. Różnią się one od systemu z Czarnobyla przynajmniej z trzech, fundamentalnych powodów. W Czarnobylu reaktor był chłodzony zwykłą wodą. W miarę jak się ona nagrzewała, ulatniała się gorąca para, jeszcze bardziej podgrzewając temperaturę. Powstała reakcja łańcuchowa. W nowym reaktorze takiej możliwości nie ma, bo z powodu ogromnego ciśnienia woda nie paruje. Pod drugie reaktor znajduje się w niezwykle wytrzymałej, stalowej skorupie, której w Czarnobylu nie było. Całość materiału radioaktywnego jest w jej wnętrzu i nie może się z niej wydostać. Wreszcie nowa elektrownia będzie przykryta nieprzepuszczającym powietrza, szczelnym betonowym sarkofagiem. W Czarnobylu i tego nie było. Najlepszym dowodem, że ta konstrukcja jest niezawodna, był wypadek w amerykańskiej elektrowni w Three Miles Island. Wtedy zdarzyło się najgorsze: stopił się reaktor. Ale materiał radioaktywny nie wydostał się poza siłownię i nikomu nic się nie stało.

Chiński reżim nie jest jednak skory do ujawniania swoich tajemnic. Skąd pewność, że normy bezpieczeństwa jądrowego są w tym kraju przestrzegane?

Chiny od lat realizują największy program budowy elektrowni jądrowych na świecie. Ale możemy być pewni, że nie zdarzyła się tam ani jedna poważna katastrofa. Takich rzeczy po prostu nie da się zataić, bo promieniowanie natychmiast wykryją eksperci z innych krajów. Tak przecież było w przypadku Czarnobyla. Sowieckie władze przez wiele dni nie chciały przyznać się do katastrofy, ale musiały to zrobić, gdy promieniowanie wykryli szwedzcy naukowcy i ustalili jego pochodzenie. Co prawda każdy kraj ma własne procedury bezpieczeństwa jądrowego, ale w ramach Światowego Stowarzyszenia Operatorów Jądrowych (WANO) wszystkie koncerny atomowe ściśle, choć poufnie, współpracują. Także chińskie.

Czy jednak chińskie reaktory nie są mniej zaawansowane technologicznie od francuskich czy amerykańskich?

Niekonieczne. Tak naprawdę trudno zresztą mówić tu o chińskiej technologii. W latach 90. Chińczycy zakupili technologię od poprzedniczki francuskiej Arivy. A dwa lata temu podpisali umowę o transferze technologii z amerykańskim koncernem Westinghouse. Tak naprawdę budują więc podobne reaktory jak te, które powstają w tej chwili na Zachodzie.

Co się stanie z odpadami jądrowymi, które będzie produkować nowa elektrownia na Białorusi?

To już jest w gestii Białorusinów, a nie Chińczyków. Ale trzeba pamiętać, że mówimy o bardzo małych objętościach materiału, który pozostaje po rozszczepieniu uranu. Początkowo będzie on składowany w ramach samej elektrowni, pod betonowym sarkofagiem i stalową skorupą. Docelowo jednak Białorusini będą musieli znaleźć stałe miejsce deponowania zużytego paliwa. Najlepiej, gdyby to była jama wydrążona głęboko w twardych skałach.

*Jeremy Gordon, redaktor naczelny World Nuclear News w Londynie, pisma World Nuclear Association