Dzisiejsze notowania na GPW miały równie mało stresujący przebieg co wtorkowe. Wahania WIG20 wahały się między 2490 a 2517 pkt (wczoraj 2491-2513), zamknięcie wypadło niemal w tym samym miejscu co wczoraj. Nie byłoby się nad czym rozwodzić, gdyby nie fakt, że mieliśmy dziś znacznie większy tłok w kalendarium, a publikacje danych tym razem nie dały jednoznacznych wskazań.

Na początek dobra informacja opublikowana tuż przed zamknięciem handlu na GPW - zamówienia na dobra trwałe (nie licząc wydatków na samochody) w USA wzrosły o 1,4 proc., a oczekiwano wzrostu o 0,9 proc. Zamówienia w przemyśle także okazały się wyższe od oczekiwań. Ale to nie wystarczyło, żeby WIG20 mógł zakończyć sesję wzrostem, choć rozstrzygnął o tym dopiero końcowy fixing, kiedy widać już było, że Wall Street nie ma siły na piąty kolejny wzrost i mimo tych korzystnych danych po godzinie notowań Dow Jones tracił 0,5 proc.

Warto jednak dodać w tym miejscu, że nie tylko realizacją zysków można tłumaczyć początkowy spadek na Wall Street. Wcześniej inwestorzy dowiedzieli się, że indeks aktywności wytwórczej w regionie Chicago spadł do 58,8 pkt (oczekiwano spadku do 61 pkt), a według badań ADP amerykańska gospodarka straciła w marcu 23 tys. etatów (a liczono na wzrost ich liczby o 40 tys.). Oficjalne - rządowe - dane z rynku pracy, opublikowane zostaną w piątek, kiedy giełdy akcji na całym świecie nie będą pracowały. Dlatego część inwestorów, obawiających się tej publikacji, mogła myśleć o sprzedaniu akcji dziś, bo jeśli dane okażą się niekorzystne, to po weekendzie (który w Polsce będzie trwał o dzień dłużej niż w USA).
Euro podrożało dziś do dolara o 0,9 proc. do 1,354 USD, to jest najwyższego kursu od tygodnia. Co ciekawe, cały ten wzrost miał miejsce od 16-tej. U nas dolar spadł o 1,2 proc., a euro wylądowało poniżej 3,86 PLN i jest to najniższe zamknięcie od grudnia 2008 roku. Ropa podrożała dziś o 0,5 proc., złoto o 1,1 proc., a miedź potaniała o 0,2 proc.