Dlatego stowarzyszenie domaga się zmiany prawa. – Nowe prawo zwiększyło podatek od wygranej w punktach bukmacherskich z 10 do 12 proc., równolegle jednak działa, i to coraz prężniej, rynek e-bukmacherski. W myśl przepisów jest nielegalny, więc nieobciążony opłatami. A przez to coraz większy – mówi Marek Oleszczuk ze stowarzyszenia.

>>> Czytaj też: Polacy wydają miliardy na e-hazard. Państwo liczy straty

Jeszcze kilka lat temu działało w Polsce kilkunastu internetowych bukmacherów, dziś jest ich ponad 30. W większości są to polskie mutacje zagranicznych portali, które przyjmują zakłady w złotówkach.

To zabiera rynek bukmacherom stacjonarnym, którzy dysponując ponad 1700 punktami, osiągnęli przez pierwsze trzy kwartały tego roku obroty 587 mln zł. – To o ponad jedną dziesiątą mniej niż przed rokiem, a gdyby nie mundial w RPA, te wyniki byłyby jeszcze gorsze – twierdzi Oleszczuk.

Ile w tym czasie w Polsce zarobili e-bukmacherzy, dokładnie nie wiadomo. Jako że e-hazard jest w Polsce nielegalny, nie informują o swoich wynikach finansowych. Szacunki z 2007 r. Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową wyliczające wartość zakładów zawartych w sieci na 532 mln zł wskazują na jego ogromny potencjał. Dziś jego wartość szacowana jest na 3 – 4 mld zł.

Dlatego SPiPFB domaga się nie tylko legalizacji e-bukmacherki, lecz także obłożenia jej 7-proc. podatkiem i zrównania stawki podatkowej dla całego rynku. Temu sprzeciwiają się bukmacherzy internetowi, ponieważ uważają, że wtedy podatki płaciliby dwukrotnie. – Podatek dochodowy firmy hazardowe płacą już w kraju, który wydał im licencję – twierdzi Maciej Poschwald, rzecznik serwisu bukmacherskiego Betsson.com.