Taką ocenę zaprezentował w weekend Moritz Kraemer, dyrektor ds. europejskich Standard & Poor’s podczas seminarium w austriackim kurorcie Alpbach.

– Jeśli zostaniemy poproszeni o wycenę ryzyka kredytowego obligacji, które w 27 procentach są gwarantowane przez Niemcy, w 20 procentach przez Francję, a w 2 procentach przez Grecję, to otrzyma ono rating najsłabszego ogniwa w tym układzie, czyli Grecji. Rating wyniesie CC (ocena śmieciowa) – powiedział Moritz.

>>> Czytaj też: Euroobligacje - sposób na natychmiastowe rozwiązanie kryzysu zadłużenia?

Jak wyjaśnił, metodologia oceny bonów skarbowych emitowanych przez kilka podmiotów publicznych jest od dawna stosowana przez agencje ratingowe. Dotyczy ona m.in. długu zaciąganego wspólnie przez kilka samorządów w Niemczech. – To jest bardzo prosta reguła, od której nie widzę wyjątku – powiedział Moritz.

Zastosowanie takiej metody oceny oznaczałoby, że forsowany m.in. przez włoskiego ministra finansów Giulio Tremontiego i szefa Eurogrupy Jean-Claude Junckera plan emisji euroobligacji nie miałby sensu, bo wcale nie obniżyłby kosztów obsługi długu przez najbardziej niepewne kraje strefy euro. Różnice w rentowności między państwami Eurolandu są dziś ogromne: dla Niemiec wynosi mniej niż 3 procent, dla Grecji przekroczyła 70 procent. Zdaniem monachijskiego instytutu Ifo emisja euroobligacji zwiększyłaby dla Berlina koszty zaciągania długu aż o 47 miliardów euro rocznie.

Kanclerz Angela Merkel uważa, że emisja euroobligacji osłabiłaby motywację krajów południa Europy do uzdrowienia finansów publicznych. Nie jest ona jedynym politykiem, który zwalcza ideę euroobligacji. Jest temu także przeciwna austriacka minister finansów Maria Fekter. Z kolei Nicolas Sarkozy w trakcie ostatniego szczytu francusko-niemieckiego uznał, że wspólne bony skarbowe krajów unii walutowej nie mają sensu, dopóki nie będą one prowadzić jednolitej polityki budżetowej. Niechętnie do idei euroobligacji odnoszą się także Finowie i Holendrzy.