Czas do przejęć wydaje się znakomity. Wyceny firm nie wróciły do poziomu sprzed kryzysu, a znacznie zmniejszyło się ryzyko inwestycyjne. Polacy najchętniej kupują na Wschodzie.

>>> Czytaj też: Ranking najszybciej rozwijających się państw świata. Sprawdź, jak wypadła Polska

Jeszcze sześć lat temu „Financial Times” pisał w sensacyjnym tonie: „Polski kapitał zaczyna ekspansję”. I ekscytował się przejęciem przez Unimil niemieckiej spółki Condomi, co dało mu pozycję największego producenta prezerwatyw w Europie. W tym czasie podobne inwestycje można było policzyć na palcach jednej ręki. Największe miał na koncie Orlen, który przejął od BP sieć 500 stacji benzynowych w północnych Niemczech i właśnie kupował rafinerię w Możejkach na Litwie.

>>> Polecamy: Geografia największych firm Europy Środkowo-Wschodniej według Listy 500 (MAPA)

Wtedy inwestycje za granicą nie przekraczały kilkuset milionów rocznie, a pojawienie się polskiego kapitału budziło sensację. Teraz sięgają 4 – 5 mld zł i po niewielkim osłabieniu w latach 2008 – 2009 szybko rosną. Zdaniem Sławomira Majmana, prezesa Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych (PAIZ), 90 proc. dużych polskich firm jest aktywnych za granicą, 25 proc. ma tam filie, a 18 proc. produkcję. Jesteśmy największym eksporterem inwestycji w regionie. Główne kierunki ekspansji to Niemcy, Czechy, Rosja i Ukraina. Aby uzmysłowić sobie, jaka rewolucja się dokonuje, warto porównać to z zagranicznymi inwestycjami w Polsce. Te ostatnie wyraźnie spadły i w 2010 r. tylko o połowę przewyższały nasze w innych krajach. Za kilka lat mogą się zrównać.

To kolejny krok w rozwoju naszej gospodarki. 20 lat temu eksport był niewielki i kojarzył się głównie z węglem, wódką i szynką Krakus w puszkach. Potem sprzedawaliśmy za granicę bardziej wyrafinowane produkty, jak auta czy sprzęt RTV i AGD. W ślad za coraz większą liczbą towarów i większymi wolumenami sprzedaży poszły inwestycje. Najpierw w oddziały i centra dystrybucji, potem w fabryki i zakup lokalnych firm.

Kupić rywala, kupić rynek

– Czeka nas okres wielkiej ekspansji polskiego kapitału i w kilka lat staniemy się dostrzeganym, liczącym się graczem – twierdzi Sławomir Majman. I wyjaśnia, dlaczego nasze firmy inwestują za granicą. Dobra koniunktura w Polsce powoduje, że przedsiębiorstwa mają coraz większe nadwyżki finansowe. Duszą się na naszym rynku, muszą powiększać skalę działalności, by obniżać koszty, poszukują tańszej siły roboczej. Niektóre, jak chemiczny Synthos czy producent oprogramowania Comarch, już połowę przychodów uzyskują z operacji zagranicznych.

>>> Zobacz również: Geografia największych polskich firm według Listy 500 (MAPA)

Gdy na początku minionej dekady w Niemczech pojawił się Comarch, jego szefowie zauważyli, że tamtejsi klienci boją się kupować oprogramowanie od mało znanej firmy, która równie szybko, jak weszła na rynek, może się z niego wycofać. Odpowiedzią jest zakup za 18 mln euro lokalnej spółki SoftM. Comarch zyskał dostęp do 4 tys. jej klientów i referencje. Polacy zostali też sponsorem monachijskiej drużyny piłkarskiej TSV 1860, a logo Comarch trafiło na koszulki niemieckich piłkarzy i na stadiony. – Można powiedzieć, że wtedy w Bawarii uznali nas za swoich – mówi wiceprezes spółki Piotr Piątosa.

Za granicę wyszedł również inny potentat na rynku IT, rzeszowskie Asseco. Spółka w imponującym tempie otwiera odziały i kupuje lokalne firmy, ostatnio izraelskie Sapiens i Formula Systems. Na tę ostatnią Asseco musiało wyłożyć prawie pół miliarda złotych.

Ten szlak ekspansji, polegający na zdobyciu znanej marki i w ten sposób dostępu do rynku, jako jedna z pierwszych przecierała w 2001 r. Amica Wronki, nasz największy producent AGD. Kupiła duńską firmę Gram Domestic. Całą produkcję przeniesiono do Polski, a Amica wykorzystuje ten 100-letni brand do sprzedaży na rynkach skandynawskich.

Przykładem sukcesu takiej strategii jest firma Morpol spod Ustki, która cztery lata temu przejęła dużego niemieckiego producenta łososia Laschinger. Zaraz potem Jerzy Małek, prezes i główny udziałowiec Morpolu, zaczął konsolidować europejski rynek, skupując firmy hodowlane i przetwórców w Norwegii i Szkocji. Gromił przy tym konkurencję niższymi kosztami. W pięć lat potroił skalę działalności i jest obecnie największym producentem wędzonego łososia na świecie. Przed rokiem Morpol zadebiutował na giełdzie w Oslo, gdzie rynek wycenia go obecnie na 1,5 mld zł. W ubiegłym roku firma miała prawie 2 mld zł przychodów, czyli z grubsza 200 razy więcej niż dziesięć lat temu. Na taki rozwój nie byłoby szans w Polsce, gdzie ludzie prawie nie jedzą ryb.

Najbardziej namacalnym dowodem ekspansji naszego biznesu są jednak nie ulokowane za granicą fabryki, ale sklepy z szyldami, na których widnieją polskie marki. Producent kosmetyków z Przemyśla Wojciech Inglot zaczął ambitnie – otworzył salon w Nowym Jorku na Broadwayu przy Times Square, a niedawno w Las Vegas. Uznał, że utrzymanie się na rynkach zachodnich jest prawdziwym dowodem na siłę marki, dopiero potem można podbijać rynki wschodnie. Ekspansja za granicą to w tej branży ogromne wyzwanie. Otwierając salon w Australii, ze względu na lokalne wymogi musiał przeformułować 200 receptur, a dokumentacja produktowa potrzebna, by otworzyć punkt w Kuwejcie, ważyła 18 kg i miała ponad 2 tys. stron.

Za granicą powstają też sieci polskich sklepów z odzieżą, butami, artykułami skórzanymi czy meblami. Najsilniejszą pozycję ma marka Reserved, należąca do grupy LPP z Gdyni, z ponad 300 salonami, najwięcej w Rosji. Z kolei skórzany magnat Jędrzej Wittchen dysponuje ponad setką punktów w Rosji i na Ukrainie. Ekspansję prowadzi też produkujący dżinsy Big Star, początkowo spółka szwajcarska, którą przejęli jej dawni partnerzy Bogdan Kaczmarek i Wiesław Kostera.

W powszechnym mniemaniu polską ziemią obiecaną jest Europa Środkowo-Wschodnia. Mamy tam kontakty, rozumiemy lokalną mentalność, koszty produkcji są niższe, a zachodnia konkurencja wciąż boi się tam inwestować.

Zwłaszcza Rosja to rynek, na którym trzeba być. Polskie firmy budują tu fabryki materiałów budowlanych, opatrunkowych, mebli czy ceramiki łazienkowej. Największą prywatną polską inwestycją w Rosji jest fabryka Toruńskich Zakładów Materiałów Opatrunkowych (TZMO) w Jegoriewsku pod Moskwą. Pochodzi stamtąd co trzecia używana przez Rosjanki podpaska higieniczna, a głównym rywalem należącej do TZMO marki Bella są produkty światowego giganta Procter & Gamble. Dlaczego firma z Torunia zdecydowała się na fabrykę w Rosji, a nie eksport z Polski? Bo produkuje wyroby duże objętościowo, więc zakłady muszą znajdować się blisko rynku zbytu, a w przetargach (np. dla szpitali) towary mają dodatkowe punkty za kraj pochodzenia.

Są jeszcze inne powody szybko rosnących inwestycji w Rosji czy na Ukrainie. Pozwala to obejść cła i skorzystać na miejscu z taniej energii i surowców. To przyciągnęło m.in. producenta mebli Forte. Z kolei na Białorusi linie produkcyjne uruchomiła Śnieżka i zakłady mięsne Duda. Zdecydowanie dalej zapuściła się Polpharma Jerzego Staraka, kupując kilka dni temu największego producenta leków w Kazachstanie.

Zdaniem prezesa Majmana prawdziwa okazja to prywatyzacje w Rumunii i Bułgarii. Także Białoruś, gdzie PAIZ przeszkolił właśnie 150 urzędników od prywatyzacji.

Na Wschodzie polskie firmy przemysłowe będą musiały inwestować więcej w ramach ucieczki przed opłatami klimatycznymi, które narzuca Unia. Np. Jan Kulczyk rozpoczyna za 1,5 mld euro budowę elektrowni na Białorusi i chce stamtąd sprzedawać nam prąd.

Przenoszenie produkcji w miejsca z tańszą siłą roboczą jest sposobem na obniżenie kosztów, które w Polsce rosną. „Złotówka się umacnia, benzyna drożeje. Trudno znaleźć wykwalifikowaną siłę roboczą. Ludzi do pracy szukam po małych wsiach. Coraz trudniej w Polsce robić biznes” – tak przed trzema laty Zbigniew Drzymała, prezes Inter Groclin, tłumaczył budowę fabryki w ukraińskim Użgorodzie. To stąd, zamiast z Grodziska, ma przyjeżdżać do Gliwic większość tapicerki do nowego opla astry. Teraz może zaoferować na rynku akcesoriów samochodowych ukraińskie ceny. Płace są niższe i nie ma problemu z pozyskaniem pracowników. Firma odmraża teraz budowę kolejnej fabryki w Dolinie koło Iwanofrankowska, która została wstrzymana z powodu kryzysu.

Według PAIZ łącznie polskie firmy dały zatrudnienie blisko 50 tys. osobom poza granicami kraju, licząc tylko projekty greenfield, czyli od podstaw. Niestety, ich część ma zajęcie kosztem droższych miejsc pracy w Polsce.

Niskimi kosztami pracy wabią Chiny. – Polskie firmy zainwestowały tu około 300 mln euro, czyli więcej niż chińskie w Polsce. Nie tylko stawiamy fabryki, ale jak w przypadku odzieży, wiele pracuje wyłącznie na nasze zlecenia – mówi Sławomir Majman.

Do mleka chce przekonać Chińczyków Mlekovita. Do tej pory spółdzielnia z Wysokiego Mazowieckiego tylko eksportowała tu swoje produkty. We wrześniu rozpoczyna kosztem 15 – 20 mln zł budowę fabryki w Szanghaju. Przetwarzane będzie tam mleko i produkowana serwatka w proszku. Kadra zarządzająca przyjedzie z Polski. – Nasz rynek jest zwyczajnie za mały, a rynki zachodniej Europy nie są już w stanie wchłonąć więcej przetworów przemysłu mleczarskiego – mówi Dariusz Sapiński, prezes Mlekovity.

Z podobnych powodów inwestuje w Chinach Selena, czwarty na świecie pod względem wielkości producent piany poliuretanowej do montażu okien i drzwi. Niedawno uruchomił produkcję w nowym zakładzie w Nantongu koło Szanghaju. – Mamy zmechanizowaną produkcję, a więc koszty robocizny nie odgrywają aż takiej roli – tłumaczy dyrektor biura zarządu Seleny Andrzej Lipowicz. Gdy firma zdobyła 20 – 30 proc. polskiego rynku, jej rozwój zwolnił. Zapadła decyzja, by wyjść za granicę.

Szejkowie z Lechistanu

Koszt siły roboczej nie ma też specjalnego znaczenia w przypadku poszukiwań oraz wydobycia ropy i gazu. To dziedzina, w której polskie firmy rzuciły wyzwanie zagranicznym potentatom, jak BP czy Shell. I zostały już dostrzeżone. „Petroleum Economist”, magazyn zajmujący się przemysłem energetycznym, zarzucił spółce Jana Kulczyka, że rozpoczyna wiercenie w Syrii, „w odległości pół godziny jazdy od Hamy, gdzie armia okupuje połowę miasta i gdzie co najmniej 100 protestujących zostało zabitych”. Kulczyk Oil Venture (KOV) inwestuje w poszukiwania i wydobycie także w Brunei, Nigerii i na Ukrainie. W tej ostatniej firma znalazła już duże złoża gazu. Łącznie wydała dotąd na poszukiwania i wydobycie surowca 200 mln dol.

W połowie ubiegłej dekady, gdy ropa zaczęła drożeć, także inny polski miliarder z pierwszej piątki najbogatszych, Ryszard Krauze, postanowił zostać szejkiem. Jego Petrolinvest wgryzł się już aż 6,5 km w głąb pola Shirak-1 w Kazachstanie. Gdy już powszechnie żartowano, że niedługo dowierci się do magmy, spółka znalazła gaz. Jednak z komunikatów firmy, które wciąż przypominają wypowiedzi delfickiej wyroczni, nie można wywnioskować, ile go jest i czy wydobycie się opłaci.

KGHM, jeden z największych producentów miedzi na świecie, swoją zagraniczną przygodę zaczął fatalnie, tracąc krocie na zakupie złóż w niestabilnym Kongo. Teraz robi to już w sposób przemyślany i ma za co. W tym roku zarobi na czysto 10 mld zł. W ubiegłym roku KGHM stworzył spółkę w Kanadzie z firmą Abacus Mining & Exploration, właścicielem lokalnych złóż, w które chce zainwestować pół miliarda złotych. Kilka dni temu prezes spółki Herbert Wirth powiedział, że KGHM jest blisko przejęcia kopalni w Ameryce Łacińskiej. W grę wchodzą też inwestycje w Peru, RPA, Botswanie oraz w okolicach Weißwasser, tuż za granicą z Niemcami. Chodzi o zminimalizowanie ryzyka, bo jak to ujął prezes Wirth, „KGHM ma przychody z działalności w jednym kraju, w jednej branży, a w dodatku ma wysokie koszty produkcji”.

Z podobnego powodu Państwowe Zakłady Górniczo-Hutnicze (ZGH) Bolesław bez rozgłosu kupiły kopalnię cynku w Czarnogórze i przymierzają się do podobnego zakupu w Serbii. W ZGH zdają sobie sprawę, że w ich kopalni pod Olkuszem zostało już tylko 11 mln ton surowca, co wystarczy jedynie na pięć lat.

Wydatek 120 mln zł uczynił z Boryszewa, znanego głównie z kultowego już płynu do chłodzenia Borygo, gracza międzynarodowego. Właściciel polskiej spółki, Roman Karkosik, kupił dużego włoskiego dostawcę przewodów do klimatyzacji i wspomagania kierownicy, firmę Maflow, wraz ze spółkami w Brazylii, Chinach i Japonii. Miliarder skorzystał z załamania branży dostawców części samochodowych, która przeinwestowała. Można więc tanio kupić cenne aktywa, a w fabrykach stoi nowiutki park maszynowy.

Do Karkosika zgłosił się Volkswagen, z którym współpracuje od lat, wytwarzając w fabryce w Kraśniku łożyska toczne. Niemcy nie chcieli, by jeden z nielicznych dużych producentów, jakim jest Maflow, zniknął, gdyż to umocniłoby pozycję pozostałych wobec koncernu. Boryszew idzie teraz dalej – właśnie złożył ofertę na zakup od syndyka firmy Ymos, która produkuje elementy wyposażenia samochodów, np. połowę klamek do produkowanego w Europie Volkswagena Golfa. To spory gracz z 80 mln euro rocznych obrotów.

Karkosik nie zraził się wcześniejszymi porażkami. Tuż przed kryzysem zainwestował w brytyjskiego operatora komórkowego Extreme Mobile i musiał się wycofać. Jeszcze gorzej było z produkującym polimery niemieckim Kuagiem, na którym kontrolowana przez biznesmena toruńska Elana straciła 100 mln zł. Nie wytrzymał konkurencji z Dalekiego Wschodu, gdy w górę poszły ceny energii.

Amica Wronki, potentat na rynku kuchenek gazowych, pralek i lodówek, od kilku lat przymierzała się do inwestycji w Rosji. Kryzys może zmienić te plany. Na południu Europy trafiła się okazja inwestycyjna, a więc szefowie firmy zastanawiają się, czy nie lepiej wydać kilkanaście milionów złotych na będącą w tarapatach finansowych fabrykę kuchenek, niż inwestować dziesięciokrotnie większą kwotę w budowę nowego zakładu w Rosji. Po sfinalizowaniu transakcji Amica stałaby się drugim producentem takiego sprzętu w Europie (obecnie zajmuje 4. miejsce).

Czas do przejęć wydaje się znakomity. Wyceny firm nie wróciły do poziomów sprzed kryzysu, a znacznie zmniejszyło się ryzyko inwestycyjne. Banki odkręciły też kurek z pieniędzmi. Dobrze rozumie to Selena, która w czasie kryzysu dokonała kilku przejęć m.in. w Turcji i Hiszpanii. W tej ostatniej po załamaniu głównego odbiorcy, czyli rynku budowlanego, ceny były niezwykle okazyjne. Dzięki przejęciom Grupa Selena zwiększyła w ubiegłym roku przychody o 30 proc.

Państwo woli przyciągać

Do tej pory rządzący woleli skupiać się na przyciąganiu zagranicznych inwestycji do Polski. – Kiedy Aleksander Kwaśniewski przecinał wstęgę w fabryce TZMO w Jegoriewsku pod Moskwą, pytano go, czy to wypada, by prezydent Rzeczypospolitej otwierał fabrykę podpasek – wspomina dyrektor Agnieszka Sobkowiak z TZMO.

Politycy uaktywniali się tylko, gdy chodziło np. o bezpieczeństwo energetyczne i wyrugowanie wpływów Rosji w regionie, jak w przypadku kupna przez Orlen rafinerii Możejki. Nie dość że nie zbadano należycie opłacalność przedsięwzięcia, to jeszcze Rosjanie odcięli dostawy ropy, zmuszając do sprowadzania surowca droższą drogą morską. W efekcie polscy kierowcy wciąż muszą pokrywać koszty litewskiej eskapady.

Teraz podejście do naszych inwestycji za granicą zaczyna się zmieniać. Prezes PiS Jarosław Kaczyński obiecuje nawet ochronę dyplomatyczną i wsparcie finansowe. „Nadszedł już czas, by nie tylko przeciągać zagraniczne inwestycje do Polski, ale wspierać ekspansję polskich firm – takich jak Amica, Atlas, Fakro, Groclin, Maspex, PESA, Rafao czy Solaris – na zagranicznych rynkach” – napisał na swoim blogu.

Takie wsparcie jest konieczne, bo brakuje nam tak rozpoznawalnych firm, jakie mają np. Niemcy. Tam te największe, niczym lokomotywy, ciągną za sobą za granicę mniejsze. Jesteśmy jeszcze słabi kapitałowo i nie mamy takiego doświadczenia i tradycji.

Nie chodzi o promocję i wsparcie w rodzaju folderów czy występów zespołów ludowych. – W Polsce, kiedy zagraniczna spółka ma problemy z biurokracją, są dziesiątki telefonów na wysokim szczeblu z interwencjami z kraju macierzystego – mówi prezes Majman. Jego zdaniem polska dyplomacja, czyli nasze placówki za granicą, powinna być bardziej zaangażowana w pomoc w przezwyciężaniu barier biurokratycznych, doradzać w lokalnych przepisach i pomagać w formalnościach, zamiast pisać raporty makroekonomiczne.

– Powinna powstać agencja koordynująca wspieranie przedsiębiorców. Obecnie cześć kompetencji znajduje się w PAIZ, cześć w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a część w Ministerstwie Gospodarki. Wciąż brakuje strategii – dodaje Agnieszka Durlik-Khouri z Krajowej Izby Gospodarczej. Rząd dostrzegł problem i od wiosny tego roku PAIZ ma zajmować się wspieraniem polskich inwestycji za granicą. Zapomniano tylko o drobiazgu – nie przyznano mu na ten cel nawet złotówki.

Tymczasem inwestowanie za granicą dla nowicjuszy, jakimi są polskie firmy, jest bardzo trudne. Prezes Piątosa z Comarchu wspomina początki inwestycji w SoftM. Pracownicy obawiali się zwolnień i przeniesienia działalności do Polski. Do tego doszły różnice kulturowe. W polskiej firmie średnia wieku wynosi 30 lat, tam zaś ponad 40. W Niemczech nie zwalnia się ludzi, nie ma takiej presji na wyniki, pracuje się od 8 do 16. My pracujemy z większym rozmachem, jak trzeba skończyć projekt, siedzimy po godzinach. Polacy znają angielski, międzynarodowy język biznesu, a Niemcy mają z tym kłopot. To rodziło trudności komunikacyjne. – Ruch był słuszny, choć jest trudniej, niż się spodziewaliśmy, a SoftM wciąż nie osiągnął rentowności – mówi wiceprezes Comarchu Piotr Piątosa.

Nie załatwisz tego przy wódce

Jak ważne są różnice w mentalności, doświadczyła Selena, stając niemal w obliczu buntu, gdy w tureckiej fabryce chciała zwolnić chłopca roznoszącego kawę.

Rzeczywistość okazuje się skomplikowana zwłaszcza za wschodnią granicą. To prawdziwy tor przeszkód z biurokracją, korupcją, przestarzałym i niestabilnym systemem prawnym. – Wiele przedsiębiorstw uległo czarowi pomarańczowej rewolucji. Teraz mają ścianę płaczu – mówi Majman.

Comarch ograniczył inwestycje na Ukrainie, gdzie we Lwowie ma centrum badawczo-rozwojowe. – Owszem są tam niższe koszty, ale też niższa efektywność – zaznacza Piotr Piątosa.

Typowym sposobem walki konkurencyjnej jest nie promocja cenowa, a nasyłanie skarbówki za pomocą zaprzyjaźnionych urzędników. Decyzje rządowe są nieprzewidywalne, np. Białoruś nagle zdewaluowała rubla o połowę. Z kolei wytwórca klejów i zaprawy Atlas sprzedał fabrykę w Rosji w Dubnej, bo nie mógł sobie poradzić z zalewem podróbek. Doszło do tego, że jego wytwarzanych na miejscu produktów Rosjanie nie chcieli kupować, obawiając się, że to fałszywki, i zamawiali je w Polsce. Z podobnym problemem zetknęło się Fakro, drugi na świecie producent okien dachowych, który ma swoją fabrykę w Chinach. Lokalne firmy zaczęły bez skrępowania kopiować polskie produkty.

Nasi przedsiębiorcy nie mają doświadczenia i często popełniają kosztowne błędy. Wielu wciąż myśli stereotypami. Np. że w Rosji interesy załatwia się przy wódce i wystarczy produkować trzeci sort towarów. Zdaniem Agnieszki Durlik-Khouri, eksperta KIG, przeciętnie potrzeba 10 lat na takie okrzepnięcie, by wyjść za granicę, a w Polsce mamy dużo młodych firm, bez długiej tradycji i doświadczenia na rynkach międzynarodowych. Wielu przedsiębiorcom wystarczył dotąd sukces na własnym podwórku, bo w przeciwieństwie np. do czeskiego czy węgierskiego nasz rynek jest duży i szybko się rozwija. Tymczasem np. w Czechach przedsiębiorcy od dawna czuli presję, by wyjść na zewnątrz. – Barierą jest też niedostatek ludzi z wizją i strategią długofalową. Najczęściej liczy się działalność tu i teraz – mówi Durlik-Khouri.

Chorobami dziecięcymi polskiej ekspansji były zbytni optymizm i nienależyte zbadanie rynku. Dlatego częściowo lub całkowicie z zagranicznych podbojów wycofały się np. Vistula czy Redan (marki Top Secret i Troll), które wyszły za granicę w połowie poprzedniej dekady, gdy w Polsce obowiązywały wysokie stawki wynajmu na rozgrzanym koniunkturą rynku. Przemysław Sztuczkowski, właściciel Złomreksu, który zaczynał swój biznes od punktu skupu złomu za 500 dolarów, za grosze kupił chorwacką hutę Željezara Split, tyle że generowała ona takie straty, że w 2009 r., po zaledwie dwóch latach, musiał wstrzymać produkcję. I to nie z powodu kryzysu. Powodem miało być utrudnianie działalności przez władze, przerwy w dostawach gazu do Chorwacji i zaskakujący zwyczaj pracowników – latem gremialnie idą na fikcyjne zwolnienia lekarskie, by w sezonie obsługiwać hotele.

Za granicą nie zamierza już inwestować Zygmunt Solorz-Żak, właściciel Polsatu i operatora sieci komórkowej Plus. Dziesięć lat temu sparzył się na inwestycjach w krajach bałtyckich, gdzie kupił trzy stacje: litewską Baltijos TV, łotewską LNT i estońską TV1. Okazało się, że był zbytnim optymistą odnośnie do potencjału tego rynku. Wkrótce sprzedał przynoszące straty aktywa.

Gigantomania, brak dobrego rozeznania i dobieranie przypadkowych ludzi zgubiły Ryszarda Krauzego. Marzenie o wielkiej ropie wciąż nie ziściło się, a cena akcji Petrolinvestu rozwadnianych kolejnymi emisjami na potrzeby inwestycyjne stopniała z 842 zł w szczytowym momencie do... 5 zł. Podobnie jest z jego Biotonem, który po zakupie akcji singapurskiego SciGenu miał zalać Azję insuliną. Jednak nie wystarczy mieć dobre kontakty, trochę pieniędzy, odwagę i kupić kilka zagranicznych spółek. Stworzenie w kilka lat koncernu klasy Bayer czy Shell jest po prostu niemożliwe.