Argumentację zacznę od spraw najogólniejszych. Otóż najbardziej ogólną uwagą jest ta, że najlepiej zwiększa zatrudnienie – co za niespodzianka! – wzrost gospodarczy. Majstrowanie przy rynku pracy przynosi niewielkie i bynajmniej nie zawsze pozytywne efekty.

W okresie wielkiej mody na tzw. aktywną politykę zatrudnienia zrobiłem kiedyś dwa rankingi krajów zachodnich. Pierwszy z punktu widzenia tempa wzrostu PKB, drugi zaś z punktu widzenia skali wydatków na ową aktywną politykę. I nie było (dla mnie przynajmniej) niespodzianką, że na czele rankingu tempa wzrostu gospodarczego znalazły się kraje takie jak USA i Wielka Brytania, które były na szarym końcu rankingu pod względem relacji wydatków na aktywną politykę zatrudnienia do PKB. To wzrost gospodarczy tworzy przede wszystkim miejsca pracy.

>>> Czytaj też: Stracona dekada USA: Ameryka nie odniosła znaczących sukcesów w XXI w.

A teraz spójrzmy na zatrudnieniowy stymulus administracji Obamy. Największy kawałek tortu dotyczy redukcji podatku od płac dla pracobiorców. Podobnie jak – również przedwyborczy – stymulus rządu Jarosława Kaczyńskiego w 2007 r. jest to forma napędzania pracownikom (czyli wyborcom) pieniędzy przed wyborami. Tyle że trochę bardziej uzasadniony, bo niedokonywany w szczycie fazy ekspansji. Wzrostu gospodarczego z tego dużo nie będzie, gdyż w warunkach wysokiej niepewności wyższa jest skłonność do oszczędzania i zmniejszania zadłużenia gospodarstw domowych. Rzeczywisty stymulus dla pracodawców, który obniżyłby im właśnie pozapłacowe koszty pracy, jest (tak samo jak we wspomnianym polskim przypadku) nieporównanie mniejszy.

Kawałek tortu zakłada utrzymanie przedłużonego (do 99 tygodni) zasiłku dla osób bezrobotnych. Tyle że taki krok raczej zwiększy, niż zmniejszy, skłonność do pozostawania na amerykańskiej kuroniówce. Przećwiczyliśmy to bowiem we wczesnej transformacji, kiedy w Polsce (gdzie zasiłek przysługiwał w czterokrotnie dłuższym okresie niż np. w Czechach) mniej niż 20 proc. bezrobotnych podejmowało pracę w pierwszych trzech miesiącach bezrobocia, a w Czechach ponad 50 proc.

35 mld dol. dla nauczycieli to wyłącznie polityczne pieniądze (nauczyciele to najwierniejszy elektorat amerykańskich Demokratów!). Mają one podtrzymać niepotrzebne zatrudnienie w publicznych szkołach.

Wreszcie twórcy stymulusa najwyraźniej wiele obiecują też sobie po inwestycjach publicznych, zwłaszcza po budowie dróg i autostrad (50 mld dol.). I to dziwi. Porównanie tempa wzrostu gospodarczego i wydatków na aktywną politykę zatrudnienia wymaga pewnej ciekawości intelektualnej. Natomiast sprawdzenie, że budowa (i remonty) dróg dają niewielkie efekty zatrudnieniowe, wymaga jedynie zdolności obserwacji. Rzut oka na budowaną drogę pozwala dostrzec znacznie więcej wyspecjalizowanych maszyn niż obsługujących je ludzi. A więc i tutaj wielkich efektów zatrudnieniowych nie będzie. Mamy więc do czynienia przede wszystkim z bardzo kosztownym, lecz mało skutecznym majstrowaniem przy gospodarce.