ObserwatorFinansowy.pl: Czy istnieje właściwie jasna definicja „cyfrowej gospodarki”?

Don Tapscott: W 1994 r., gdy napisałem książkę o takim tytule, to pojęcie odnosiło się do tych wszystkich aktywności gospodarczych, które zyskały rozpęd i rozwijały się dzięki sieci internetowej. Dzisiaj, gdy internet stał się podstawą całej niemal aktywności gospodarczej człowieka, sytuacja jest inna: nie ma czegoś takiego, jak osobna gospodarka cyfrowa. Internet to środowisko, w którym powstają innowacje, firmy wchodzą w interakcję z klientami i swoimi udziałowcami, a rządy tworzą dobro publiczne i komunikują się z obywatelami. Nie da się już mówić o jakichś dwóch osobnych gospodarkach – wirtualnej i realnej. Niemniej mówienie o „cyfrowej gospodarce” wciąż ma sens, bo teraz odnosi się to do procesu, w którym tradycyjny biznes transponuje się coraz mocniej na świat cyfrowy.

Czy internet rzeczywiście zmienił tak wiele, jak od niego oczekiwano? Niektórzy sądzili, że zrewolucjonizuje gospodarkę, całkowicie burząc rządzące nią prawa.

Cóż, jesteśmy dopiero w pierwszej fazie przemian. „Cyfrowa gospodarka” nie osiągnęła jeszcze swojego ostatecznego kształtu. Z jednej strony rzeczywiście internet zasadniczo zmienił nasze codzienne życie. Wprowadził do rzeczywistości elementy społecznej kooperacji kiedyś niewyobrażalne. Ot choćby dzięki sieci www mamy tysiące astronomów amatorów, którzy dla przyjemności i z czystej ciekawości obserwują niebo i galaktyki, wzbogacając wiedzę profesjonalnych naukowców, a nawet przyczyniając się do nowych odkryć.

Z kolei innowacyjne firmy, gdy szukają ludzi z potencjałem i pomysłami, nie muszą ograniczać się do granic swoich miast, czy państw. Mogą importować talenty z drugiego końca świata, bez konieczności sprowadzania ich do swoich kwater głównych. Całe branże – jak przemysł muzyczny, czy przemysł turystyczny – zatrzęsły się i skruszyły pod wpływem internetowej konkurencji, co dla konsumentów było zjawiskiem pozytywnym. To są niewątpliwe zasługi internetu. Ale czy internet zmienił prawa ekonomii, albo zmienił istotnie instytucje życia gospodarczego? Wątpię. Kapitalizm, to wciąż kapitalizm.

>>> Czytaj też: Elopkalipsa, czyli nagły upadek potęgi Finów. Jak wygląda życie po Nokii?

Czyli „ekonomia daru”, które nadejście wieszczono, nie nadchodzi?

Jak na razie nie. Google, czy Facebook niczym się z nikim nie dzielą, a oferują tylko pewne usługi, z których czerpią ogromne zyski. Architektura systemu kapitalistycznego pozostała więc taka sama. Rewolucja internetowa zboczyła z właściwych torów, a nawet została „przejęta” przez pewne potężne siły. 20 lat temu mówiłem o takim scenariuszu jako o scenariuszu pesymistycznym. Uważałem jednak, że szansa na ujawnienie się „ciemnej strony” internetu jest niewielka. Myliłem się i to zagrożenie się zmaterialuzowało. Internet zamiast stać się źródłem miejsc pracy, zaczął przyczyniać się do wzrostu stopy bezrobocia, a technologia, na której się opiera została opanowana przez korporacje i rządy, które odbierają nam prywatność i chcą używać sieci do kontrolowania obywateli. Paradoksalnie też internet, który miał wprowadzić większą konkurencję, przyczynił się do powstania wielu monopoli.

Gdzie zatem popełniono błąd? I kto go popełnił?

Nie było błędu i nie ma winnych. Sytuacja, w której się znajdujemy to wynik samej natury obecnego internetu. Tak jest skontruowany i na takich mechanizmach operuje, że inaczej – z perspektywy czasu – rozwiniąć się nie mógł. Google, agencje bezpieczeństwa USA, czy rząd Iranu, albo Facebook, bank Goldmans Sachs, czy Amazon są w stanie lepiej wykorzystać sieć niż pan, czy ja. Sieć stworzyła dodatkową asymetrię pomiędzy zwykłym użytkownikiem, a dużymi graczami; konsumentem a firmą, obywatelem a rządem. Na szczęście, mamy szansę na przejście do drugiego etapu rozwoju Internetu, na którym wreszcie zrealizuje się obietnica cyfrowej rewolucji.

To znaczy?

Chodzi o to, że wreszcie pojawi się szansa na prawdziwą powszechną kooperację, na zwiększenie poziomu prywatności i wolności i na zmniejszenie wpływów potężnego kapitału i rządu.

Ale skąd ta szansa?

Na pewno pan wie, że od jakiegoś czasu wielką popularność zyskuje bitcoin, cyfrowa waluta. Bazuje ona na niezwykle ciekawym systemie zwanym „block chain.” Jest to zapobiegający nadużyciom rejestr wszystkich transakcji przeprowadzanych w bitcoin, który nie wymaga żadnego centralnego nadzoru. Transakcje w tradycyjnych walutach wymagają silnej instytucji zewnętrznej, gwarantującej ich sprawny przebieg i eliminującej oszustwa – banku, a potem państwa. Block chain jest tak skonstruowany, że sprawne działanie zapewnia mu kooperacja setek tysięcy jego użytkowników. Im więcej użytkowników, tym bardziej można na nim polegać. W praktyce nie da się tam oszukiwać. To doskonały system społecznej kooperacji, który może potencjalnie odebrać siłę dużym graczom i przekazać ją w ręce mas. To zaczątek cyfrowej rewolucji.

>>> Czytaj też: Co trzeci Polak nie ma dostępu do internetu

Który zostanie zduszony w zarodku przez rządy, które nie lubią konkurencji w kwestiach takich, jak pieniądze.

Moja intuicja podopowiada mi, że, owszem, w pierwszym odruchu rządy i wielki biznes mogą być tutaj czynnikiem blokującym, ale w końcu wszyscy zrozumieją, co „block chain” oznacza. Ta technologia sprawia, że koszty transakcyjne są jeszcze niższe, więc każdemu opłaca się jej używać. Już teraz co mądrzejsze rządy zastanawiają się, jak z niej skorzystać. Sam doradzam w tej kwestii kilku prezydentom i premierom. Polska się jeszcze nie zgłosiła, ale zapraszam! [śmiech] Niestety, żeby ta cyfrowa rewolucja się zmaterializowała, potrzeba powszechnej kooperacji społeczeństw i przywódczej roli rządów. „Block chain” to tylko jeden jej aspekt. Strategia rozwoju sieci musi być spójna i ogólnie zaakceptowana. Inaczej, pozostaniemy na etapie, na którym jesteśmy obecnie.

Don Tapscott – kandyjski biznesmen, publicysta, konsultant i futurolog specjalizujący się w badaniu wpływu, jaki nowe technologie mają na społeczeństwo. Autor wielu bestsellerów, m.in. „Cyfrowej Gospodarki”, czy „MakroWikiNomii”.