Wyobraźmy sobie ogromną, tętniącą życiem metropolię. Pod nią rozciąga się sieć podziemnych korytarzy, być może tak rozległa jak samo miasto. Prowadzą do niej ukryte wejścia. Trzeba wiedzieć, w którym miejscu nacisnąć płytę chodnikową, by uzyskać dostęp. Wchodzimy. Wita nas wielopoziomowy labirynt korytarzy z kolejnymi ukrytymi wejściami. Nie wszystkie można otworzyć albo nawet zobaczyć. Tu nie ma zasad, które obowiązują na powierzchni.

Niemal od razu spotykamy handlarza. Na kramiku szeroki wybór narkotyków. Lecz marihuana to w rzeczywistości herbata, kokaina i LSD to mąka, a ecstasy to pomalowane tabletki na ból głowy. Handlarz łowi naiwniaków, którzy dostali się do podziemi. Jeśli nie wiemy, gdzie szukać, nikt nas nie polecił, damy się oskubać.

Na niższym poziomie stoi handlarz z prawdziwymi narkotykami. Obok stoi kramik z bronią. Jeszcze dalej kolejni handlarze. Bomby? Dziecięca pornografia? Usługi płatnych morderców? Tu jest wszystko, co nielegalne.

>>> Czytaj też: Mogą zaatakować twój telefon MMS-em. Poważna luka w zabezpieczeniach Androida

Natykamy się na stolik, przy którym grupka rewolucjonistów knuje spisek obalenia totalitarnej władzy, gnębiącej obywateli. W kącie zakapturzone postacie szepczą między sobą. To dziennikarz i jego informator, który ma dowody korupcji w ministerstwie, ale boi się o własne życie. Jeszcze dalej węszy oficer wywiadu zachodniej demokracji, próbując zdobyć informacje o terrorystach. Chce ich złapać, zanim wysadzą się w powietrze razem z dziesiątkami niewinnych obywateli.

Tu wszyscy chodzą w maskach, są anonimowi, zacierają swoje ślady. Maskę można co prawda zerwać, ale nie jest to łatwe. Nie ma tu gwarancji, reklamacji, odstąpienia od umowy. Witamy w internecie dla twardzieli.

To odwrotność internetu oficjalnego. Jest wolniejszy, dlatego pozbawiony jest zbędnych grafik, reklam, wygląda bardziej ubogo niż to, co znamy. To ostoja wolności w swoim najbardziej radykalnym znaczeniu. Wolno nam robić, co chcemy. Nieważne, jaki cel nam przyświeca. Można posłuchać radia bez reklam, poczytać religijne czy polityczne blogi, które oficjalnie uznawane są za obrazoburcze, kupić tożsamość, znaleźć porady, jak prześladować byłą dziewczynę lub chłopaka.

Przeciętny użytkownik internetu nie ma pojęcia o istnieniu tzw. deep web. Już jednak wnioski z raportu firmy Trend Micro, która zajmuje się bezpieczeństwem w sieci, mogą być dla niego wystarczająco niepokojące. Eksperci przeanalizowali bowiem ponad 3,5 tys. domen. Większość, bo 62,3 proc., jest anglojęzyczna. Ale już pod względem ich „objętości”, czyli liczby linków, proporcja się zmienia. Dominują strony rosyjskojęzyczne (41,4 proc.). Linki polskojęzyczne stanowią ok. 1,67 proc. W sumie analitycy Trend Micro sprawdzili ponad 567 tys. linków, z czego 244 tys. prowadziło do jakiejś zawartości. W reszcie nie było nic. Co nie znaczy, że to wydmuszki. Mogły być po prostu lepiej zakamuflowane.

W ukrytej sieci funkcjonuje stylizowana na Google wyszukiwarka Grams. Łatwo się domyślić, do czego służy. Co najchętniej kupują użytkownicy? Dominuje marihuana (27,2 proc.) i leki na receptę (22,3 proc.). Do tego MDMA (ecstasy), LSD, metamfetamina. Działają tu normalne mechanizmy handlowe – jeden ze sklepów ma promocję: Poleć nowego klienta, a odpalimy ci 5 proc. z kwoty jego zakupów w formie kryptowaluty bitcoin.

>>> Czytaj też: Tradycyjna mafia to przeżytek. Najwięcej pozwala zarobić cyberprzestępczość

Handluje się też złośliwym oprogramowaniem. Np. keyloggerami – dzięki nim przestępca dowie się, co wpisujesz na klawiaturze, pozna twoje hasła, może wyczyści ci konto w banku. Lub dzięki zdobytym danym weźmie na ciebie pożyczkę.

Cierpisz na niedobór gotówki? Znajdzie się na to rada. Potrzebujesz euro czy dolarów? Możesz kupić sfałszowane banknoty za połowę wartości nominału. Wysyłka z Azji lub Francji. Sprzedawca zapewnia, że mają wszystkie znaki wodne, ciężko je wychwycić. Jeśli przyślą ci wydrukowane na zwykłej komputerowej drukarce obrazki? Trudno. Przecież nie pójdziesz z tym na policję.

Nie chcesz fałszywych banknotów? To może pieniądze elektroniczne. Jest konto PayPal, skradzione jakiemuś Niemcowi, z saldem ponad 700 dol. Możesz mieć do niego dostęp za połowę tej kwoty. Albo inaczej – możesz kupić pakiet niezweryfikowanych kont PayPal. Na jednym mogą być pieniądze, na innym nie. To niespodzianka. Kupić można numery kont bankowych, kart płatniczych itd. Jak wypierzesz te środki? To już twój problem. Ale w ukrytej sieci są serwisy, które przejmą twoje pieniądze, potem oddadzą już wyprane (minus prowizja). Nie będą pytać cię, skąd masz tę brudną kasę. To nie służy interesom.

Podrobiony polski paszport? To koszt 500 euro, 700 euro, jeśli dobierzesz do tego jeszcze fałszywy dowód osobisty i prawo jazdy. Sprzedawca zapewnia, że sfałszuje obywatelstwa większości europejskich krajów. – W niektórych rzadkich przypadkach mamy możliwość wpisania fałszywych danych do oficjalnych rządowych baz danych – zapewnia. Pełne amerykańskie obywatelstwo, czyli paszport, akt urodzenia itd., to koszt 5900 dol.

Naturalnie, są też usługi najdroższe, a do takich należą oferty płatnych morderstw. Jest organizacja, która, jak twierdzi, zrzesza wysokiej klasy specjalistów, byłych żołnierzy i najemników. Koszt zależy od rodzaju zlecenia i „profilu” ofiary – czy to szary obywatel, czy aktor lub polityk. Ceny zaczynają się od 45 tys. dol. za „zwykłe” zabójstwo, aż po 300 tys. dol., jeśli polityk ma „zginąć w wypadku”. Gwałty? Od 7 tys. aż do 28 tys. dol. Chyba że ofiara jest nieletnia, wtedy ceny są wyższe. Oferta jest bogata – okaleczenie, pobicie, zamach bombowy. To wielka niewiadoma – musi być zachowana pełna anonimowość. Organizacja nie dostarczy ci dowodów poprzednich zabójstw czy opinii klientów. Pierwsze, co musisz zrobić, to udowodnić, że masz odpowiednio dużo pieniędzy. Dopiero potem ustalasz szczegóły.

Ciekawostką jest inny serwis, choć mocno trąci żartem lub próbą oszustwa. To społecznościowe finansowanie zabójstwa. Internauci wpisują cele do zamordowania i „zrzucają się” na wynagrodzenie zabójcy. Na razie na liście są 4 nazwiska, w tym Barack Obama i Justin Bieber. Status: żywi. Dlaczego? Nikt nie wpłacił ani centa.

Ukryta sieć to też kopalnia informacji i miejsce, gdzie można słownie wyżyć się bez obaw. Wpisz w Wikipedii hasło „Katherine B. Forrest”. To sędzia z USA, która orzekała w sprawie Rossa Ulbrichta, twórcy narkotykowej giełdy Silk Road. Otrzymasz standardowy opis osoby i kariery.

To samo hasło wpisz w „ukrytej Wikipedii”, czyli jej alternatywnej wersji. Otrzymasz opis tego, jak to sędzia zniszczyła życie dobremu człowiekowi, bezprawnie skazując go na dożywocie. – Mam nadzieję, że jakiś kartel narkotykowy, który stracił dużo pieniędzy na zamknięciu Silk Road, zamorduje tę panią i całą jej rodzinę – pisze autor wpisu. Dołącza pakiet informacji, w tym jej adres. Tak na wszelki wypadek, gdyby jakiś kartel rzeczywiście miał wolne moce przerobowe.

>>> Polecamy: Podziemny e-commerce - narkotykowe targowiska w internecie