Obowiązujące od 1 września 2015 roku prawo zmusza zagraniczne firmy świadczące swoje usługi dla rosyjskich klientów, do korzystania z lokalnych serwerów przy wszelkich działaniach związanych z przetwarzaniem danych osobowych. To kolejne z serii ok. 20 rozporządzeń, które w ciągu ostatnich lat zaostrzyły kontrolę Kremla nad rosyjskim internetem.

Na pierwszy rzut oka, nowe przepisy mają na celu ochronę prywatności rosyjskich obywateli. Nie są one nawet unikalnym pomysłem Kremla, gdyż w ostatnich latach podobne działania podejmowały również takie kraje jak Brazylia czy też Niemcy. Obrońcy praw człowieka obawiają się jednak, że nowe rozporządzenie będzie wykorzystywane niezgodnie ze swoim przeznaczeniem i pozwoli rosyjskim służbom na szpiegowanie obywateli oraz działaczy politycznych.

- Rosyjski reżim już od jakiegoś czasu buduje aparat cenzury i monitoruje przy jego pomocy działania opozycji. Zmuszenie zagranicznych przedsiębiorstw do przechowywania danych osobowych na rosyjskich serwerach pozwoli rządowi na łatwiejszy dostęp do tych treści – mówi Laura Reed, analityk z organizacji Freedom House.

Teoretycznie, rosyjskie służby wywiadowcze potrzebują nakazu sądowego, aby uzyskać dostęp do danych gromadzonych przez poszczególne firmy. Obserwatorzy zwracają jednak uwagę na to, że takie wnioski są niezwykle rzadko odrzucane.

Wszystkie oczy zwrócone są teraz na Facebooka, Google i Twittera. Prawnicy tych firm już od jakiegoś czasu spotykali się na osobności z urzędnikami Kremla, aby porozmawiać o konsekwencjach związanych z wprowadzeniem nowych regulacji. Wciąż nie wiadomo czy internetowi giganci zgodzą się na przechowywanie swoich danych na rosyjskich serwerach.

„Regularnie spotykamy się z przedstawicielami rządu i w tym momencie nie mamy nic więcej do powiedzenia na ten temat” – czytamy w oświadczeniu opublikowanym przez amerykańskiego Facebooka.

Zdaniem rosyjskiego pisarza i dziennikarza śledczego Andrieja Soldatowa, brak transparentności w tej sprawie jest co najmniej zastanawiający. „Jeśli globalne firmy zgodzą się, aby rozmawiać w tajemnicy, to rosyjskie władze będą myśleć, że są one gotowe do współpracy w bardziej wrażliwych obszarach” – podkreśla.

>>> Czytaj też: Ripedia - rosyjska odpowiedź na Wikipedię

Odpowiedź Putina

Zaostrzenie kontroli Kremla nad internetem, to efekt masowych protestów na rosyjskich ulicach, do których doszło po reelekcji Władimira Putina na stanowisko prezydenta w 2012 roku. Wówczas, rosyjskie władze odkryły potencjał mediów społecznościowych, ale i zagrożenia związane z ich rosnącą potęgą.

Seria naprędce stworzonych rozwiązań prawnych jest obecnie egzekwowana przez rosyjskiego regulatora internetu Roskomnadzor, który posiada uprawnienia do blokowania stron internetowych bez wyroków sądowych – czasami z powodu jednego artykułu zawierającego zakazane treści. Za takie treści można uznać niemal wszystko. Roskomnadzor może zamknąć stronę, gdy uzna, że jest ona nieodpowiednia dla dzieci, gdy zawiera treści nakłaniające do ekstremizmu lub gdy skłania obywateli do nielegalnych zgromadzeń.

Rosyjskie relacje z zachodnimi firmami zdecydowanie pogorszyły się od 2012 roku. Ma to związek m.in. z sankcjami gospodarczymi nałożonymi na Kreml przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone, które były odpowiedzią na aneksję Krymu dokonaną przez Rosję. Od tego czasu, zagraniczne przedsiębiorstwa napotykają na liczne biurokratyczne ograniczenia. Wiele firm opuściło już Rosję. Google przeniosło swoje biuro inżynierskie do Polski, a Microsoft zamknął swoją siedzibę w Moskwie. Rosyjski sektor internetowy, który niegdyś dynamicznie się rozwijał, dziś znajduje się w stanie stagnacji.

Blokowanie artykułów w rosyjskiej edycji Wikipedii to tylko jeden z przykładów absurdalnych ograniczeń nakładanych na internetowe firmy. Oto kilka innych działań podjętych w ostatnim czasie przez Roskomnadzor:

- zamknięto repozytorium z oprogramowaniem GitHub, gdyż rzekomo zawierało ono odniesienia do samobójstw;

- zablokowano serwis Reddit ze względu na jeden wpis dotyczący grzybków halucynogennych;

- zablokowano serwis The Wayback Machine, gdyż został on uznany za "ekstremistyczny";

- zablokowano satyryczną stronę Lurkmore (1,2 mln użytkowników miesięcznie) z powodu oskarżeń o „ekstremizm”

- zwolniono redaktor serwisu informacyjnego Lenta.ru z powodu opublikowania "treści ekstremistycznej", którą miał być wywiad z ukraińskim nacjonalistą

Krytycy nowych rozwiązań podkreślają, że przepisy tez zachęcają, a wręcz zmuszają firmy do autocenzury. Niezablokowanie kontrowersyjnych treści może bowiem skończyć się wysoką grzywną lub pobytem w więzieniu. Roskomnadzor odmówił komentarza w tej sprawie.

Założyciel strony Lurkmore Dimitrij Homak uciekł z Rosji, a obecnie mieszka w Izraelu. „Nie możesz dać pewności żadnemu inwestorowi, że twoja strona nie zostanie zablokowana lub uznana za ekstremistyczną” – podkreśla Homak. „Staram się odzyskać siły. Wszystko, nad czym pracowałem przez ostatnie 15 lat zostało rozbite i spalone” – dodaje.

Galia Timoczenko, która została zwolniona z serwisu Lenta.ru, mieszka obecnie na Łotwie, gdzie stworzyła nowy rosyjskojęzyczny serwis informacyjny Meduza, który – jej zdaniem – może mieć teraz w Rosji poważne problemy. „Każdego dnia sytuacja staje się coraz gorsza” – podkreśla dziennikarka.

Nawet Paweł Durow, założyciel najpopularniejszego rosyjskiego serwisu społecznościowego VKontakte, musiał zrezygnować ze swojej działalności i opuścić Rosję. Jego serwis trafił niedawno w ręce przyjaciół Władimira Putina. Przeczytaj więcej na ten temat w artykule "Jak Kreml zniszczył rosyjskiego Marka Zuckerberga".

>>> Czytaj więcej: Sytuacja jest znacznie gorsza, niż myśli Kreml. Rosja tnie prognozy gospodarcze

Niepokorny Yandex

Tylko najwięksi rosyjscy gracze, jak choćby serwis Yandex (rosyjski odpowiednik Google), są w stanie oprzeć się administracyjnym naciskom ze strony Kremla.

Pomimo dowodów na to, że rosyjskie władze próbowały manipulować serwisem informacyjnym Yandex.News, krytycy podkreślają, że Kremlowi nie udało ostatecznie tego dokonać. „Oni wciąż nie wiedzą jak kontrolować Yandex, ponieważ nie rozumieją, jak działa ten serwis” – mówi bloger Anton Nossik, który założył serwisy Lenta.ru oraz Gazeta.ru.

Następnym kamieniem milowym dla  przyszłości rosyjskiego internetu będzie wprowadzenie tzw. „prawa do bycia zapomnianym”, które zacznie obowiązywać od 1 stycznia 2016 roku. Na jego mocy, każdy obywatel Federacji Rosyjskiej będzie mógł wnioskować o usunięcie swoich danych osobowych z wyników wyszukiwarek internetowych. Jeśli administratorzy nie zareagują na taki wniosek, to grozi im grzywna w wysokości 3 mln rubli (ok. 45 tysięcy dolarów). W przeciwieństwie do podobnego prawa funkcjonującego w Unii Europejskiej, jego rosyjski model pozwoli również osobom publicznym na składanie wniosków o usunięcie swoich danych z wyników wyszukiwania, "jeżeli są one niedokładne lub przestarzałe".

„Jeśli to prawo zacznie obowiązywać w Rosji, to policjant, który upije się i potrąci na pasach dziecko, będzie mógł pozwać serwis Yandex” – podkreśla Nossik. Jego zdaniem w ostatecznym rachunku wszystkie internetowe firmy trafią w ręce „przyjaciół Putina” lub zbankrutują.

„Wielu z nas starało się wprowadzić międzynarodową kulturę do postsowieckich mediów” – podkreśla Dimitrij Homak. „Na początku szło nam całkiem nieżle, ale potem wszystko się posypało” - wspomina.