Na początek trzeba przyznać, że sentyment za azjatyckim modelem wzrostu jest uzasadniony, bo opiera się na twardych danych. Korea Południowa po zakończeniu wojny z Północą w 1953 r. była jednym z najbiedniejszych państw na świecie. PKB na głowę mieszkańca wynosił wtedy 63 dol., co w światowej klasyfikacji plasowało kraj poniżej Demokratycznej Republiki Konga. Ponad 50 lat później, w 2011 r., kraj pod względem bogactwa prześcignął Unię Europejską z PKB per capita wyrażonym w parytecie siły nabywczej o wartości niemal 32 tys. dol. Nie trzeba dodawać, jak przez ten czas niewiele zmieniła się sytuacja w byłej belgijskiej kolonii.

W Azji pociąga nas nie tylko rozmiar gospodarczego sukcesu, ale przede wszystkim szybkość, z jaką udało się go osiągnąć. Nigdy w historii świata nie udało się tylu ludzi wyciągnąć z biedy za życia jednego pokolenia. Japonia w ciągu dwóch dekad nie tylko podniosła się z powojennej ruiny, ale też została drugą gospodarką na świecie. Niedawno tytuł ten przypadł Chinom, przed którymi stało przecież jeszcze większe, cywilizacyjne wyzwanie.

Nad Wisłą zwykło się tłumaczyć błyskawiczny rozwój azjatyckich państw silną rolą państwa w gospodarce, używaną rozumnie i z pożytkiem dla państwa. Problem polega jednak na tym, że model ten jest nie do przeniesienia.

>>> Czytaj też: Czy długi należy spłacać? Ekonomiści są w tej kwestii podzieleni

Narodowy kapitalizm

Zacznijmy od tego, że naszych rodzimych polityków charakteryzuje schizofreniczny stosunek do wielkiego biznesu: z jednej strony wiedzą, że państwo nie może bez niego prosperować, z drugiej – unikają spotkań z jego przedstawicielami jak ognia. Tej fobii nie podzielał południowokoreański prezydent Park Chung-hee, rządzący krajem w latach 1961–1979, któremu przypisuje się autorstwo tamtejszego gospodarczego cudu. Więcej: wielki biznes stanowił dla niego kluczowy instrument w dziele budowy silnej gospodarki. Pisał o tym już w opublikowanej dwa lata po dojściu do władzy książce „Kraj, rewolucja i ja”. Zdaniem generała centralną rolę w państwie powinni zająć milionerzy, którzy w ten sposób przyczynią się do budowy „narodowego kapitalizmu”.

Warto zaznaczyć, że do dzisiaj wątpliwości w Korei budzi mechanizm doboru tych milionerów – byli nimi często ludzie bliscy władzy lub członkowie elity politycznej. Niemniej gdyby Park zbudował w kraju kleptokrację, Korea wyglądałaby dzisiaj jak Demokratyczna Republika Konga. Być może nawet w Gumi, rodzinnym mieście gen. Parka, niszczałoby lotnisko z pasem startowym przystosowanym do lądowań concorde’a – podobne do tego, jakie dyktator DRK Mobutu Sese Seko wybudował w swojej rodzinnej wiosce Gbadolite.

Państwo odegrało w rozwoju Korei niebagatelną rolę: było przyjacielem biznesu, lecz w zamian egzekwowało żelazną dyscyplinę. Rząd w Seulu ręcznie sterował rozwojem gospodarki, przyznając licencje na działalność w poszczególnych branżach. Generalnie starano się, aby w każdej branży działały przynajmniej dwa przedsiębiorstwa, co miało zapewnić konkurencję między nimi oraz zapewnić odpowiednią skalę działalności. Z tego względu pilnowano, aby zanadto nie rozdrobnić poszczególnych rynków. W ten sposób mieli powstać narodowi czempioni, czyli czebole – gigantyczne, wielobranżowe przedsiębiorstwa (jedną z takich firm jest Samsung).

Państwo decydowało również o tym, kto będzie miał dostęp do kapitału poprzez znacjonalizowane na początku rządów Parka banki. Rząd pilnował inwestycji w ten sposób, że wyznaczał przedsiębiorcom cele produkcyjne i eksportowe. Jeśli komuś powinęła się noga, państwo przejmowało jego majątek – często wzniesiony za państwowe kredyty – i przekazywało w zarząd innej, lepiej radzącej sobie firmie. W latach 70. taki los spotkał na przykład firmę Shinjin, która wówczas na lokalnym rynku motoryzacyjnym miała większe udziały niż Hyundai; nie była jednak w stanie konkurować z wypuszczonym przez konkurenta modelem Pony. W efekcie majątek kiepsko zarządzanej firmy został przekazany w zarząd Daewoo.

Park rozumiał doskonale, że musi chronić powstający biznes. Z tego względu lokalną przedsiębiorczość przed zagraniczną konkurencją chroniły wysokie cła. Transfer technologii służący dalszemu rozwojowi biznesu ułatwiały rządowe dopłaty importowe. Oprócz tego wprowadzono również prawo zabraniające transferowania środków w obcych walutach za granicę, pod karą 10 lat więzienia, a nawet śmierci. Z trudem wytworzone bogactwo miało zostać w kraju i służyć dalszemu rozwojowi.

>>> Czytaj też: Ameryka na diecie paleo. Gospodarka USA potrzebuje nowych zasad

Najpierw wzrost

W ten sposób Park stworzył w kraju cieplarniane warunki dla industrializacji, która stała się podstawą dla potęgi eksportowej kraju. Najpierw czołowym produktem kraju były tekstylia, za nimi pojawiły się inne towary. W tym sensie koreańska droga jest bardzo podobna do tej, jaką przeszła gospodarka Japonii, gdzie w powojennych latach również postawiono na rozwój wielkich przedsiębiorstw (zaibatsu), a także branży tekstylnej. Ubrania były również głównym towarem eksportowanym przez Tajwan, niemniej jednak tamtejszy model kładł nacisk na rozwój małej i średniej przedsiębiorczości. Model ten zresztą stara się powtórzyć Wietnam, do którego chińscy producenci ubrań przenoszą działalność, zrażeni rosnącymi kosztami pracy w Państwie Środka.

Owoce tego rozwoju nie były jednak dostępne dla wszystkich i nie od razu. Rządy azjatyckich tygrysów, w tym Korei, prowadziły politykę nadającą absolutny priorytet inwestycjom, a nie wydatkom socjalnym. Z tego względu przywileje takie jak zasiłek dla bezrobotnych są w tych krajach relatywnie nowymi wynalazkami; rząd w Seulu wprowadził go dopiero w 1995 r. (warto zauważyć, że w ciągu lat 80. stopa bezrobocia w kraju oscylowała wokół 3 proc.). Podobnie sytuacja wygląda w przypadku systemu ubezpieczeń zdrowotnych – chociaż pierwsze ubezpieczenia wprowadzono w 1977 r. (były one wtedy obowiązkowe dla firm zatrudniających więcej niż 500 osób), to powszechny system de facto zaczął funkcjonować dopiero w 1989 r., kiedy objęto ubezpieczeniami także osoby znajdujące się na samozatrudnieniu.

Nie tylko rządy krajów azjatyckich nie odczuwały potrzeby wprowadzenia elementów zabezpieczenia społecznego, ale też robiły to dopiero w reakcji na wstrząsy gospodarcze. Seul zasiłek dla bezrobotnych rozpatrywał co prawda w latach 70., kiedy gospodarka Korei ucierpiała na skutek kryzysu naftowego. Specjalna komisja rządowa przedstawiła w tej kwestii nawet kilka propozycji. Ponieważ jednak sytuacja wróciła do normy – pomysł zarzucono. Podobnie rzeczy się miały na Tajwanie. Tutaj zasiłek dla bezrobotnych wprowadzono w 1999 r., na skutek fali zwolnień, jaka dotknęła kraj po kryzysie azjatyckim. Relatywnie nowym wynalazkiem jest powszechne ubezpieczenie zdrowotne, które wprowadzono na Tajwanie dopiero w 1995 r. W Singapurze do dzisiaj nie wprowadzono zasiłku dla bezrobotnych.

Efekty tych późnych zdobyczy socjalnych odczuwa się w azjatyckich krajach do dzisiaj. Oszczędność w tamtejszych warunkach nie była chwalebną cechą, ale koniecznością. Pieniądze odkładało się na starość i na czarną godzinę. To dlatego m.in. chiński rząd stara się namówić obywateli do większej konsumpcji – aby nie trzymali pieniędzy w skarpetach. Przekaz jest prosty: kupujcie i nakręcajcie gospodarkę. Jeśli coś wam się stanie, państwo się wami zaopiekuje. Z azjatyckiej perspektywy to coś nowego.

Nie można też zapominać, że taki stopień kontroli nad gospodarką osiągnięto w warunkach autokratycznych (wyjątkiem jest Japonia). W Korei pluralizm polityczny był nie do pomyślenia za rządów Parka, który dysydentów wtrącał do więzienia, a w 1972 r. postanowił zerwać z demokratyczną fasadą i przejął pełnię władzy w kraju. Mało kto pamięta, że stan wojenny obowiązywał na Tajwanie do 1987 r., a rząd w najlepszych czasach utrzymywał sieć 50 tys. regularnych oraz 500 tys. dodatkowych informatorów. Stan wojenny zniósł dopiero następca Czang Kaj-szeka, 12 lat po śmierci założyciela państwa. Słynny ze srogiego prawa jest także Singapur. Trudno z dzisiejszej perspektywy taki model silnego państwa uznać za pociągający.

Niewiele lepsi niż ZSRR

Dla ekonomisty Paula Krugmana azjatycki cud nie jest aż tak cudowny, jak to by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Już w 1994 r. na łamach „Foreign Affairs” pisał, że azjatyckim tygrysom po prostu udało się w relatywnie krótkim czasie efektywnie wykorzystać zasoby, które miały do dyspozycji. Osoby, które nie pracowały, znalazły pracę; osoby niewykształcone odebrały wykształcenie. W tym sensie model rozwoju azjatyckich tygrysów nie różni się dla Krugmana od osiągnięć Związku Radzieckiego (więc i naszych). To też pokazuje, że po osiągnięciu pewnego poziomu dalszy rozwój jest możliwy tylko dzięki wzrostowi efektywności; nie można wycisnąć więcej z populacji, w której wszyscy już pracują.

Lech Wałęsa obiecał kiedyś, że Polska stanie się drugą Japonią. Nie mógł wtedy wiedzieć, jak fatalne dla Polski byłoby spełnienie tej obietnicy. Były prezydent mówił o tym na początku japońskiej „straconej dekady”, okresu gospodarczego marazmu, z którego nie udało się kraju wyciągnąć do dzisiaj pomimo stosowania nieortodoksyjnych środków, takich jak luzowanie ilościowe (czyli drukowanie pieniądza). Z tego względu lepiej byłoby nie naśladować japońskiego modelu.

Z Dalekiego Wschodu płynie dla Polski więcej przestróg. Przede wszystkim dotyczących wyzwań, jakie czekają na nas, kiedy już osiągniemy poziom rozwiniętego kraju. Japonia była na froncie rewolucji technologicznej, która wprowadziła elektronikę użytkową pod strzechy, ale nie potrafiła płynnie przejść z produkcji hardware’u do software’u. A to właśnie w dziedzinie oprogramowania robi się dzisiaj największe pieniądze, czego przykładem są bajeczne fortuny takich firm, jak Google czy Facebook. Przestroga jest jasna – aby bogata gospodarka się rozwijała, musi umieć rozpoznawać i wykorzystywać nowe trendy.

Kraje azjatyckie niedługo będą cierpieć z powodu wyzwań demograficznych. Katastrofalna sytuacja jest w Japonii, której populacja od kilku lat się kurczy. W ubiegłym roku urodziło się w kraju niewiele ponad milion dzieci – i jest to czwarty rok z rzędu, kiedy bity jest rekord niskiej liczby urodzin. Podobna sytuacja ma miejsce w Korei, gdzie dzietność oscyluje wokół 1,2 (nie ma zastępowalności pokoleń). Przyczyny tego zjawiska są zakorzenione w kulturze. Jeśli na przykład spojrzy się na statystyki OECD dotyczące wydatków na edukację, to Korea ze swoimi 5 proc. PKB będzie się plasować w okolicach średniej. Ale jeśli weźmie się pod uwagę, że rodziny przeznaczają na edukację dodatkowo 2,8 proc. PKB, to w efekcie da to najwyższe nakłady na tę dziedzinę w OECD. To oznacza, że edukacja jest droga; posiadanie dwójki, a nawet trójki dzieci rujnuje rodzinny budżet.

Z tej perspektywy staje się jasne, że jeśli mamy patrzeć w kierunku azjatyckich tygrysów, to tylko po to, aby wyciągać z ich historii wnioski na przyszłość.