Termin ukuł właśnie wpływowy amerykański publicysta ekonomiczny Matthew Yglesias. A stało się to przy okazji opublikowania nowego programowego manifestu pod tytułem „Rewriting the Rules of the American Economy” (Przepisywanie reguł amerykańskiej gospodarki). Zrobił to waszyngtoński think tank Instytut Roosevelta, a tekst firmuje nazwiskiem Joseph Stiglitz. Zbiór autorów, którzy dołożyli się do manifestu, jest szeroki. Jest tam paru ekonomistów kręcących się wokół Białego Domu za czasów Billa Clintona i Baracka Obamy. Jest też paru młodszych. Łączy ich wszystkich przekonanie, że obie demokratyczne administracje były przy formułowaniu polityki gospodarczej trochę zbyt mało waleczne. I za bardzo dały się zepchnąć do neoliberalnego narożnika pod hasłem, że „przecież nie ma żadnej alternatywy”. Zapominając, że to oni powinni być prawdziwą lewicą. Również gospodarczą.

Autorzy manifestu proponują zestaw nowych reguł dla amerykańskiej polityki ekonomicznej, który umożliwi przełamanie neoliberalnego konsensusu panującego w niej niepodzielnie przez ostatnie trzy dekady. Ten stary konsensus, w którym mieszczą się zarówno bushowscy republikanie, jak i demokraci z czasów Clintona i Obamy można – zdaniem Yglesiasa – podsumować w trzech punktach. Po pierwsze: jedynym sposobem, w jaki rząd może wpływać na redystrybucję dochodu narodowego jeszcze przed jego opodatkowaniem, jest zapewnienie narodowi dobrej edukacji. A więc drabiny do wyższej społecznej mobilności. Po drugie, dopiero gdy zawiedzie ścieżka awansu poprzez edukację, do gry wchodzi rząd z polityką redystrybucji drogą progresywnych podatków. Po trzecie, instytucje finansowe wprawdzie muszą być uregulowane, żeby uniknąć katastrofy, lecz trzeba przy tym pamiętać, że ich rola w  pobudzaniu inwestycji w sektorze prywatnym jest kluczowa.

>>> Czytaj też: Gospodarka USA: choć Obama nie robi cięć, deficyt leci w dół

Ale po kryzysie 2008 r. widać, że te stare reguły nie wystarczą. Podobnego zdania są Stiglitz i spółka. Którzy proponują, po pierwsze, podjęcie przez rząd dużo aktywniejszej roli w pobudzaniu wzrostu płac. Po drugie, porzucenie przekonania, że rynki finansowe są świetnym motorem kierowania prywatnych inwestycji w miejsca korzystne dla ogółu społeczeństwa. Trzeba więc rynkom w tym zadaniu pomóc. Po trzecie, edukacja nie jest jedynym sposobem na walkę z nierównościami dochodowymi i społecznymi. Tak przynajmniej podsumowuje ich program Matthew Yglesias.

Ale dlaczego paleo? Bo to jest – jego zdaniem – powrót do prehistorii amerykańskiego liberalizmu (w Ameryce liberalizm to trochę to samo co w  Europie socjaldemokracja). A więc do czasów sprzed zawłaszczenia go przez liberalizm z przedrostkiem „neo”.

Wiem, że to bardzo pobieżny opis gospodarczej strategii. Ale – nie oszukujmy się – dyskusje polityczne nie mogą się odbywać od razu na nadmiernym poziomie szczegółowości. Często – aby dokonać prawdziwej zmiany – potrzebna jest najpierw generalna idea pokazująca, na czym polega jej nowość i inność. Aha – i jeszcze jedno. Yglesias przewiduje, że towarzystwo skupione wokół Instytutu Roosevelta, a także bliźniaczego think tanku o nazwie Washington Center on Equitable Growth, ma wielkie szanse, by stać się intelektualnym oparciem administracji Hillary Clinton. Czyli najbardziej prawdopodobnej demokratycznej kandydatki do schedy po Baracku Obamie. No, chyba że w tym wyścigu wyprzedzą ją jeszcze bardziej lewicująca Elizabeth Warren albo Bernie Sanders. Czyli co? Może jednak jest jakaś alternatywa?

>>> Czytaj też: Nowy światowy układ sił. USA czuje już oddech państw BRICS