To nie tak miało być. Zupełnie nie tak. My i wy, mur bez skazy. Kryształ i stal. Przemalowani, podzieleni, Na dobrych i złych. Na siebie warcząc jak psy, Żyjemy tak tyle dni. (Budka Suflera, „To nie tak miało być” z płyty „Ratujmy co się da”, 1988 r.)

Minęło 27 lat, odkąd po raz pierwszy słuchałam tej piosenki. W szczenięcych latach odbierałam ją jako przejmującą opowieść o niespełnionej miłości. Dziś wiem, że jest ona o nas – o Polakach. O tym, jak łatwo coś zepsuć. Jak bardzo można się przewieźć na marzeniach. I jeszcze o tym, że zawsze pozostaje cień nadziei. Iż za sto lat albo jeszcze krócej da się wszystko naprawić, spotkać w pół drogi. Zdławić żal. Żal, który wisi w powietrzu, osadza się mgłą na twarzy. Że to nie tak.

– Marzenia są jak piękne ptaki. Uśmiechasz się do nich, wyciągasz ręce. A one odlatują – Tadeusz, wysoki, dobrze zbudowany 78-latek o przystojnej, młodszej niż metryka twarzy, jest w nastroju filozoficznym. I niezwykle łagodnym – jak na niego. Zwykle jest wkurzony. Cyniczny i inteligentnie złośliwy. To mu pozwala, jak twierdzi, jakoś utrzymać się na powierzchni i nie jęczeć niczym stara baba. Ale wpadł właśnie w melancholijny nastrój, bo wspomina życie. Ciężkie i nie do końca udane. Czuje się oszukany – przez państwo, polityków, historię. I zbyt szybko odsunięty na boczny tor, by nie rzec – wyrzucony na śmietnik.

Jego syn Igor, z którym spotykam się w Warszawie, 359 km od krakowskiego mieszkania jego ojca, jest jego o 25 lat młodszą kopią. Nie może usiedzieć podczas rozmowy, co chwilę podrywa się z krzesła i maszeruje od ściany do ściany. Wreszcie proponuje spacer, wtedy – jak twierdzi – lepiej mu się myśli i rozmawia, choć wolałby przez telefon, a nie oko w oko. Łatwiej by było wyznać niewygodną prawdę: jest starzejącym się facetem, który ma problemy w życiu osobistym i zawodowym, niespłacony kredyt na za duży dom, w którym zostanie sam z coraz bardziej obcą żoną. I poczucie, że choć przez całe życie ciężko pracował, niczego istotnego nie dokonał ani nie zbudował. W dodatku każdego dnia czuje coraz większy strach. Że i on może za chwilę wylądować na życiowym aucie.

Alek, 27 lat, gdyby stanął w rzędzie z tymi starszymi mężczyznami, nie byłby w stanie wyrzec się pokrewieństwa – ani z ojcem, ani z dziadkiem. Ma nawet podobną nerwowość w ruchach i specyficzne poczucie humoru. – Jestem ich klęską wychowawczą – uśmiecha się półgębkiem. Bo w przeciwieństwie do nich nie zamierza się zapracowywać na śmierć przez całe życie, nie ma ambicji robienia kariery. Zależy mu na spokoju, prywatności, przyjaciołach, miłym spędzaniu wolnego czasu. I na rodzinie, chciałby ją założyć, mieć dzieci – w końcu komuś trzeba przekazać te całkiem niezłe – prawda? – geny. A w tym, jak mówi pięknym, wspaniałym, popieprzonym kraju się nie da. Więc wszystkim mówi pa, pa, choć z żalem. Szwecja wzywa.

To, co tych trzech ma jeszcze ze sobą wspólnego, to poczucie niespełnionych, zawiedzionych aspiracji. Pustki w garści, zamiast schwytanego weń rajskiego ptaka. I to poczucie towarzyszy znakomitej większości Polaków. Z podobnych, choć różnych w związku z odmiennymi doświadczeniami osobistymi powodów.

Tę świadomość niespełnionych marzeń, zaprzepaszczonych szans i przegranej życiowej noszą w sobie starsi Polacy. Ci, którzy do wolnej Polski wchodzili w rozkwicie kariery zawodowej, z przekonaniem, że od teraz może być już tylko lepiej i lepiej.

Zgagę, ciężką niestrawność mają także ich dzieci. One wraz z III RP startowały dopiero w dorosłe życie. Handel z polowych łóżek szybko zamieniły na firmowe gabinety, z których nie wychodziły po 14 godzin dziennie, wierząc, że zdołają nadrobić w ten sposób dystans, jaki dzieli ich byt od tego w lepszym, zachodnim świecie.

Gorycz porażki, i to już na samym początku rozdania, towarzyszy też młodym. Im rodzice i dziadkowie kładli do głowy, że najważniejsza jest nauka, że od liczby godzin spędzonych nad książką będzie zależał ich dalszy los i dobrobyt. Więc ci wszyscy magistrzy pracujący (jeśli mają szczęście) za najniższą krajową są pełni żalu. A może raczej po prostu wkurzeni.

Tych trzech bohaterów to przedstawiciele elity: inteligentni, wykształceni, przebojowi. W dodatku bardzo świadomi – tego, co się z nimi dzieje, i tego, co stać z nimi może. Ale obok tej trójki stoi rzesza innych, którzy może nie byliby w stanie tak celnie wyrazić uczuć, przeanalizować wszystkich swoich błędów, fałszywych kroków. Niemniej oni wszyscy czują szorstkość i chłód ściany, pod którą stanęli.

>>> Czytaj też: 25 lat za niewinność. Temida w Polsce jest nie tylko ślepa, ale i głucha

Tadeusz

– Na Nowy Rok 1937 moi rodzice otrzymali w prezencie od bociana pierworodnego syna, mnie. Z lat dziecinnych pamiętam dziadka Antoniego, który nauczył mnie miłości do przyrody i zwierząt oraz wpoił święte zasady, jakimi Polak powinien się kierować: nie bierz nic cudzego i nie pozwalaj, aby zabrano ci twoje. Nie czyń drugiemu tego, co tobie niemiłe – zaczyna opowieść. Urodził się na Wołyniu, walki o Przebraże, rzezie czynione przez banderowców na sąsiadach Polakach, ukrywanie się w ziemiance na bagnach i zupa z lebiody solona drzewnym popiołem to jego pierwsze wspomnienia. I jeszcze śmierć ojca wcielonego do Armii Czerwonej zaraz po „wyzwoleniu” tych terenów przez Sowietów. – Ojciec, jadąc na front, zginął w Chwastowie rozszarpany przez niemieckie bomby podczas nalotu, bo czerwonoarmista nie pozwolił opuścić Polakom wagonu – opowiada.

Potem repatriacja na Śląsk – tuż przed żniwami w 1945 r. Żęcie pszenicy sierpem na Ziemiach Odzyskanych, krowa wylatująca na minie niczym na filmie „Sami swoi”. Bójki ze Ślązakami, dla których z racji śpiewnego akcentu był Chacharem lub Bandytą. I wybijanie zębów młodym Ukraińcom, dla których był Lachem, czyli wrogiem. Wszy, proszek DDT, internat technikum chemicznego. – Zdałem egzaminy do Oficerskiej Szkoły Wojsk Chemicznych, ale po pół roku dreptania w kamaszach oraz jedzenia kaszy z białymi robaczkami zostałem odesłany do cywila jako społecznie trędowaty z racji pochodzenia – wspomina. Wyszło na jaw, iż jego stryj był oficerem w polskim wojsku w Anglii.

Tadeusz to typ fightera, wojownik pełną gębą. Pracował jako robol, wspiął się na stanowisko dozoru technicznego. Boksował, rzucał oszczepem, grał w brydża. Ożenił się, spłodził syna, rozwiódł. Znów ożenił. Wstąpił do PZPR, lecz wypisał po ogłoszeniu stanu wojennego. W pewnym momencie złapał Stwórcę za nogi: zdarzył się wyjazd na kontrakt do Sojuza, potem drugi. Budowali zakłady chemiczne za kręgiem polarnym, mało tam nie stracił ręki. Wyleciał z układu, bo nie chciał donosić na kolegów, szefowi powiedział, że nie nadaje się na esbeka. Kupił kolorowy telewizor. Zaczął chodzić do kościoła. Zdarzyły się jeszcze dwa wyjazdy do Iraku, do Husajna. Miasteczka namiotowe na pustyni, odwodnienie, gardzący białymi Arabowie. Kupił samochód i pralkę synowi. Zaliczył dwie wojny w Zatoce Perskiej, podupadł na zdrowiu. Kibicował Solidarności, kiedy zjeżdżał do Polski, uczestniczył w mszach za Ojczyznę, wspomagał finansowo biedniejszych rodaków.

W 1990 r. przyjechał na dobre, pełen nadziei i dobrych myśli – skoro poradził sobie w tym komunistycznym syfie, to teraz dopiero będzie królem życia. Ale nie miał układów ani oszczędności, a firma wysyłająca białych murzynów do roboty się zwijała, nawet nie zapłaciła – mimo wyroku sądu pracy – za ostatnie miesiące roboty dla Husajna. – Zawsze kochała mnie robota, ale w dupie miały mnie pieniądze – podsumowuje.

Z perfekcyjnym angielskim i rosyjskim, z doświadczeniem na zagranicznych kontraktach, jako 53-latek okazał się za stary, by startować w nową rzeczywistość. Dorabiał tu i tam, choćby u kumpla z Iraku, który założył pralnię, ale ta zbankrutowała. Przez parę lat był na utrzymaniu pensji żony i emerytury teściowej. Teściowa zmarła, żona mało nie zeszła z powodu tętniaka w mózgu, nie było co jeść. Za to znalazła się właścicielka kamienicy (dziwnym trafem, jak to w Krakowie) i do dziś usiłuje się pozbyć starszych lokatorów. Miejscówka w centrum, mogłaby na niej lepiej zarabiać, podnajmując ją cudzoziemcom.

Ale Tadeusz się nie poddaje, choć często go cholera bierze. Czuje się obco we własnym kraju. Ma poczucie, że ostatnie ćwierć wieku zmarnował. Mógł się przydać, zrobić wiele dobrego, ale został wystawiony poza nawias. Pewnie jest w tym wiele jego winy: wiedział, jak się chronić przed odłamkami pocisków w Iraku, ale nie poradził sobie u siebie.

– Życie mam teraz proste: trzeba rano wstać, wysikać się, nakarmić psa, wyjść z nim na spacer, poczekać parę dni na wizytę u lekarza rodzinnego, kilkanaście miesięcy u specjalisty, parę lat na operację kręgosłupa, który przykuwa mnie do łóżka – ironizuje. I dodaje, że on i tak jest w świetnej sytuacji. Było ciężko, lecz zobaczył kawał świata, poznał świetnych ludzi, z którymi utrzymuje kontakt. Ale miał przyjaciela, który nie wystawił nosa poza polską granicę, konspirował, siedział, strasznie biedował za PRL. Zanim umarł w wolnej Polsce, było mu jeszcze biedniej i jeszcze gorzej, bo nikt nie chciał docenić jego poświęcenia. Tadeuszowi jest o tyle łatwiej, że jego syn coraz lepiej go rozumie. A tak bardzo się kłócili jeszcze parę lat temu. Nawet się przestali widywać, odwiedzać, tylko wrzeszczeli na siebie przez słuchawkę. Entuzjazm młodego zderzał się z jego rozczarowaniem.

Doktor Paweł Fortuna, psycholog z KUL, kiedy opowiadam mu o losach tej rodziny, podsumowuje – polska saga iluzji. Czyli stan, który informuje nas o rozbieżności między naszymi oczekiwaniami a rzeczywistością: każdy z nas chciał żyć w lepszym świecie, przeskakiwać z coraz większego kamienia na kolejny, jeszcze większy, ale się nie udało. – Historia Tadeusza to życiorys mojego taty i wielu ojców obecnych pięćdziesięcioparolatków – wzdycha. Jego stary też zaliczył pracę na kontraktach, te wszystkie budimeksy, chemadeksy, polserwisy, ciułanie pieniędzy. – Potem w ciągu tygodnia został bezrobotnym i z gościa, który brał rzeczywistość na bary, zamienił się w człowieka siedzącego przy oknie – opowiada Fortuna. Żal i bezsilność. Bo tak wiele się zrobiło dla kraju, tak ciężko pracowało dla firmy. Nikt tego dziś nie docenia. W dodatku okazało się, że ani kraj, ani przedsiębiorstwo nie były jego. Ktoś przyszedł i zrobił z nimi, co chciał. To czarna karta transformacji, zaprzepaszczony wysiłek milionów ludzi. Rana, która nie może się zagoić. I zakaża następne pokolenia.

>>> Czytaj też: Za starzy na pracę, za młodzi na emeryturę. Pokolenie Polaków żyje z dnia na dzień

Igor

Jeśli Tadeusz niczego nie ukrywa, sypie faktami i datami, to jego syn jest o wiele powściągliwszy, by nie powiedzieć – wystraszony. Prosi, żeby zmienić mu imię, by nie pisać, jaki zawód wykonuje (daj: wolny strzelec medialno-reklamowy, inaczej koledzy mogliby się zorientować, o kim mowa). Swój życiorys cedzi ostrożnie.

Kiedy jego rodzice się rozwiedli, razem z mamą i ojczymem wylądował na prowincji. Miał pretensje do ojca, że go nie ma, że kiedy on na spacerze może oglądać co najwyżej krowie ogony, stary poznaje świat i na spotkania z synem taszczy coraz to nowe panienki. Spiął się w sobie, by ojca przeskoczyć. Czerwone paski na świadectwie w podstawówce, czerwone w szkole średniej. Potem studia, które już nijak czerwone nie były. Ani pod względem ocen, ani poglądu na świat. Strajki studenckie, rozlepianie plakatów, roznoszenie bibuły. Czuł się bohaterem, kiedy dostał gazem prosto w twarz, a jeszcze bardziej, gdy zamknęli go na 48 godzin. W 1988 r. urodził mu się syn, to była wpadka, potem pośpieszny ślub. Zarabiał na rodzinę, jeżdżąc na taksówce, kursował na trasie Niemcy – Śląsk, zwożąc czekolady oraz oranżady w kartonach, które wówczas wydawały się Polakom eleganckim dodatkiem do drinków. Był też etap używanych ciuchów, sprzedawał je hurtowo, po drodze był jeszcze sklep spożywczy. Może by nawet został biznesmenem, może nie drugim Kulczykiem, ale całkiem sytym misiem, gdyby nie dwie rzeczy: rozwód z matką swojego syna i propozycja kumpla, żeby wreszcie zrobić coś zgodnego z ich aspiracjami i wykształceniem.

Poszedł w to jak w dym, ale firma upadła. Normalka: miliony takich inicjatyw rodziło się i umierało. Był odważny, rozkręcał kolejną, ale dostał propozycję nie do odrzucenia: etat w zagranicznej firmie, komórka służbowa (wówczas mało kto ją miał), mieszkanie, za które zapłaci firma, i jeszcze parę innych bonusów. Więc przeprowadzka z południa kraju do stolicy. A potem skok z jednej korpo do drugiej. Własny gabinet, drugi, trzeci, miejsca na parkingu. Kolejny ślub. Mały biały (nie tak mały, ponad 200 mkw.) domek na kredyt we frankach, dzieciak (został z nim) w prywatnej szkole, auto w leasingu. Kolejna szkoła dla młodego, samochód trzeba było zmienić. Wyjeżdżał do pracy o 6 rano, wracał o 1 nad ranem, zadyszka, tabletki uspokajające na zmianę z koksem i alkoholem. Kilka razy media wymieniły jego nazwisko w tekstach o tych, którym się udaje. Udzielił nawet paru wywiadów.

Kiedy się zorientował, że coś jest nie tak? Siedem lat temu, gdy po raz pierwszy zamiast podwyższać, obcięli mu pensję, zaś jego nowym gabinetem stał się open space. Dalej były kolejne obniżki, a przecież trzeba żyć. Zaczął robić fuchy, jakieś tłumaczenia, szkolenia, z etatu przeszedł na samozatrudnienie, narzeka, że ZUS za wysoki. Nauczył się, jak unikać komornika, dom wymaga remontu, na który go nie stać. Syn skończył studia, ale nie obronił magisterki. Unika tego tematu, a on nie chce się z młodym kłócić. Wystarcza mu spięć w robocie i ciężkiej atmosfery w domu, bo nie dogaduje się z żoną. Na szczęście niezbyt często się widzą, bo kiedy wychodzi do roboty, ona śpi. Kiedy wraca – już śpi, może udaje, zresztą nieważne. Istotne jest to, że coraz bardziej się mijają. W łóżku i w polityce.

On z liberała zamienił się w konserwatystę, pewnie po katastrofie smoleńskiej. Ona nie podnosząc się z kanapy w salonie, ogląda TVN24 i ma pretensje, że jej facet stał się nieudacznikiem. On coraz częściej właśnie tak się czuje. Zwłaszcza że nocami jedynym jego towarzyszem jest strach. Śni mu się, że wywalają go z tej jego ostatniej roboty, nie ma na kolejne raty, nie ma na zapełnienie lodówki, na perfumy dla żony, na pomoc dla syna. Nikt nie kupi tego cholernego domu, który wymaga generalnego remontu. I nikt Igorowi nie pomoże, bo to już nie te czasy, że ludzie szli jeden za drugim. Wyląduje sam w socjalnym baraku, bo żona odejdzie z gachem, a syn wyjedzie. I te wszystkie lata starania, harówy, za przeproszeniem, psu w dupę. No właśnie, na szczęście jest pies. Wyprowadza Igora na spacery, śmieje się do niego i go kocha. Jego ojciec też ma psa, mają o czym rozmawiać, żeby nie drążyć trudniejszych tematów.

Prowadząc dialog z moimi bohaterami, ciągnę jednocześnie rozmowę z dr. Fortuną. Śmiejemy się, że jeśli dziś czegoś nie skomentuje specjalista, ekspert, to rzecz pewnie się nie zdarzyła albo jest mało ważna. Psycholog mówi, że Igor próbował zrobić dokładnie to, co ojciec. Zrealizować się, zachowując osobistą wolność, ale wpadł w pułapkę. Można ją nazwać kulturą sukcesu. Bo wcześniej trzeba było być z kimś, żeby dobrze żyć. Potem należało być kimś. Media donoszą o ludziach sukcesu – pięknych, zamożnych, dobrze ubranych, stąpających po czerwonych dywanach. Kupujących apartamenty, wyjeżdżających na zagraniczne wczasy. Presja, presja, napięcie, rankingi, społeczeństwo osiągnięć. Szybko żyj, szybko zarabiaj, nie możesz zostać w tyle. Normalny człowiek w tym wyścigu wysiada. Dobrze się dzieje tylko dwóm grupom: outsiderom, którzy mają wszystko gdzieś. Oraz tym z niesamowitym biznesowym fartem: właśnie otwierają czwarty oddział firmy w Emiratach, są zapraszani na koncerty przez kolejnego prezydenta czy premiera. Reszta, jak Igor, żyje w panice. Spogląda na topniejące konta, na spadki na giełdzie, sika ze strachu, kiedy zmienia się rząd albo gdy jeden wójt zostaje zastąpiony kolejnym.

– Niby jest coraz więcej możliwości, niby świat staje się coraz bardziej otwarty, coraz więcej jest bram do przekroczenia. Ale coraz mniej środków – komentuje Fortuna. Do tego dochodzi, jak w przypadku Igora, kryzys wieku średniego. To punkt na krzywej czasu, kiedy człowiek chętnie robi bilans. Jeśli po stronie „ma” jest mniej niż w rubryce „winien”, jest źle. Co gorsza, nie ma na kim się wesprzeć, bo dziś rodzina to już nie rodzina. Rozleźliśmy się po świecie, wymyśliliśmy życie w pojedynkę. A nawet jeśli jeszcze ktoś na nas w domu czeka, to z braku czasu zaprzestaliśmy długich nocnych rozmów. Wymieniamy komunikaty techniczne. Trzeba zawieźć dzieci do szkoły. Zrobić zakupy. Przyjąć hydraulika. Zamiast bliskości telewizor albo komputer. Bogowie naszego życia. A życie gdzieś znika.

Alek

Jeśli jego ojciec jest ostrożny w rozmowie, to Alek jest paranoikiem. Jego laptop ma zaklejoną kamerkę, a podczas naszego spotkania wyciągamy baterie ze smartfonów – bo ktoś mógłby podsłuchać. Otwarte drzwi na taras są co rusz zamykane, a potem znów otwierane. Alek jara jointy i się obawia, że któryś z sąsiadów mógłby coś poczuć.

Jego relacja: samotne dzieciństwo, zazdrościł kolegom, nawet tym, którzy mieli siostry, także tym, których rodzice byli na bezrobociu, bo ci kumple nie wracali do pustego domu jak on. Ojciec chciał go wysłać do prywatnej szkoły dla dobrze urodzonych, ale on bardziej cenił swojaków z boiska. Nie dał się systemowi aż do liceum. Żył w rozdarciu: z jednej strony znajomi taty – luzaki, mądrale, wszystkowiedzący i wszechmogący. Dobrze ubrani, uchachani, przerzucający się anegdotami, żłopiący whisky i wino, jakby to była woda. Z drugiej jego przyjaciele. Chłopaki z blokowiska. Nie zakotwiczył na dobre w żadnej z tych grup. Towarzystwo starego mu nie pasowało z powodu powierzchowności myśli i uczuć. Kumple – z racji ograniczeń intelektualnych. Kiedy on im mówił o zagrożeniach idących ze Wschodu, śmiali się i otwierali kolejne piwo.

Ojciec wysłał go na prywatną uczelnię, wybecelował za jego wykształcenie tyle, co za superbrykę. Alek sam nie wie, czy być z tego dumnym, czy się kajać, ale kiedy uzyskał absolutorium, rzucił uczelnię w diabły. – Nie chciało mi się gadać z ludźmi z roku, durne lemingi. A wykładowcy jeszcze durniejsi i bardziej zacietrzewieni politycznie – podsumowuje. Uniósł się honorem, poszedł do pracy, ale ciągle mieszka w domu z ojcem. I jego flamą, jak ją Alek nazywa. Nigdy nie było między nimi chemii, ale teraz się toczy otwarta wojna. Nawet nie mówią sobie dzień dobry. Durna baba się śmieje, że on, niby taki inteligentny i hop do przodu, a pracuje w korpo, na słuchawce i wali dupogodziny. Sytuacja zaostrzyła się, kiedy zamieszkała z nimi jego dziewczyna. Ojciec się zgodził, ale ta jego durna suka tego znieść nie może. Więc postanowili, że wyjeżdżają. Przystanek docelowy: Szwecja. Albo Finlandia. Jutro, może pojutrze.

Alek, tak jak dziadek i ojciec, do perfekcji opanował mimikę twarzy. Spokojna, niczym maska, ironiczny uśmieszek, mrugnięcie okiem. Do tego nienaganne maniery. Oczytany, dobrze ubrany, leniwy. Deklaruje, że chciałby walczyć o kraj, nawet pójść na wojnę, ale chyba sam w to nie wierzy. Nie starcza mu siły, aby zrealizować to, co wbrew przeciwieństwom losu udało się tym dwóm facetom, którzy się urodzili kilka dekad przed jego przyjściem na świat.

– Silny, niezależny, żyjący dostatnio. Obraz współczesnego nadczłowieka jest niemożliwy dziś do spełnienia. Zwłaszcza w przypadku osobników pokolenia Y (przełom lat 80. i 90. XX w.). Oni chcą mieć, być, żyć, ale niekoniecznie się o to wszystko samemu starać – wzdycha dr Fortuna. Tak ich wychowaliśmy, tak ukształtowaliśmy. To cudowni, wspaniali ludzie, z którymi można dyskutować godzinami, można konie kraść, pod warunkiem że na końcu działania nie pojawią się takie pojęcia jak odpowiedzialność i obowiązek. Bo wtedy mają wszystko gdzieś, wysiadają.

– Bzdura i gówno prawda – najeża się Alek. Koniec rozmowy. Ale następnego dnia dzwoni: – Przepraszam, przegiąłem, gubię się w tym wszystkim. Jest mi źle.

Bez sensownego podsumowania

Dzieje tej rodziny omawiam z tuzami akademickimi. Dlaczego im poszło nie tak? Profesor Ireneusz Krzemiński z UW jest zdania, że nasz współczesny narodowy błąd i grzech zaczął się w 1989 r.: zgubiliśmy etos społeczeństwa obywatelskiego, zaczęliśmy gonić za kasą, a jak jej zabrakło, nie było nic w zamian. Wszystko poszło w rozsypkę, z rodziną na czele. A kiedy ona zdechła, nie ma już się na czym wesprzeć. Wspólne dobro, etos społeczeństwa obywatelskiego, przeszło na tory indywidualnych karier. A to za mało do budowania dobrego życia. Starsi mieli przynajmniej patriotyczne wychowanie, jakiś etos. Młodszym i to zabrano w pędzie do skarpetek z logo Pumy, wakacji z nurkowaniem w Egipcie, pudełka sushi na śniadanie. Apetyt tak wielki, że można się samą śliną zadławić. W dodatku nie jesteśmy w stanie cieszyć się tym naszym posiłkiem, tylko wciąż porównujemy. Już nie z takimi samymi pariasami, jak za PRL, ale bogatszymi sąsiadami.

Profesor Dariusz Doliński z Uniwersytetu SWPS uważa, że to w sumie sensowne działanie. To równanie w górę, a nie w dół. Aczkolwiek takie podejście przeszkadza w tym, co potocznie nazywa się szczęściem. 65 lat temu amerykański socjolog W.B. Johnson poprosił studentów, by określili swój nastrój w stosunku do poprzedniego dnia. Czy był lepszy, czy gorszy, a może taki sam. Rozsądek nakazuje zgadywać, że bilans powinien wyjść na zero, bo choć ludzie miewają lepsze i gorsze dni, to z wyjątkiem osobników z zaburzeniami, w stadzie nie powinno być większych wahań. Niemniej Johnsonowi średnia z badania wyszła 1,2 – jego respondenci każdego dnia czuli się lepiej niż poprzednim razem. Doliński powtórzył to badanie w naszych warunkach dokładnie 25 lat temu. I okazało się, iż pytani o nastrój Polacy każdej doby byli w coraz to gorszej kondycji psychicznej. Kiedy parę lat później jego koledzy znów przebadali Polaków, wniosek był identyczny: z dnia na dzień jest nam coraz to gorzej.

Ale jeśli wziąć pod uwagę inne badania, choćby „Diagnozę społeczną” prof. Janusza Czapińskiego, wyłania się z nich jeszcze inna prawidłowość: jesteśmy skłonni oceniać źle te obszary życia, na które nie mamy zbyt wielkiego wpływu, bo są dla nas zbyt odległe. Paskudnych polityków, skorumpowane sądy i policję, nieuczciwych urzędników. Z kolei to, co tuż za progiem domu, postrzegamy inaczej, dużo lepiej.

Tadeusz: Kocham żonę i psa. Jestem dumny z syna. Lubię swoje miasto i ludzi, których spotykam na spacerze.

Igor: Moja praca jest moim życiem. Wstaję każdego dnia, żeby być przykładem dla syna.

Alek: Dobrze jest, jak jest. Trzeba się ogarniać. Nie mamy innego życia, więc proszę nie zawracać mi dupy, bo muszę się wyspać. I napierdzielać dalej.

A więc dzień dobry, Polsko. Nie wszystko stracone. Będziemy żyć dalej.