Modlił się i klął na przemian. Wrzeszczał z gniewu, a jak nikt nie widział – płakał.

– Nigdy w życiu nie sądziłem, że będę marzył o dniu, kiedy na konto wpłynie w końcu pierwsza rata emerytury – opowiada Andrzej z Warszawy. Ela z Katowic mówi, że jej ten dzień śni się od ponad roku. Od czasu, kiedy skończyły się jej wszystkie zlecenia i pieniądze na chleb pożycza od będącej od dawna szczęśliwą emerytką mamy. Takich jak oni jest w Polsce ogromna rzesza. W 2013 r. z bezrobocia na świadczenia emerytalne lub rentowe przeszło 18,2 proc. zarejestrowanych w pośredniakach osób – 28,5 tys. W zeszłym roku ten odsetek był nieco niższy –16,5 proc., za to bezwzględna liczba większa – 34,5 tys. wykreślonych z list bezrobotnych na 210 tys. tych, którym przyznano prawo do pobierania pieniędzy z państwowego garnuszka.

Można więc ze sporą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że drugie tyle także nie miało pracy, ale z różnych powodów nie zdecydowało się zarejestrować. Z tego by wynikało, że jakieś 70 tys. Polaków tuż przed emeryturą wbijało z głodu zęby w ścianę. Że jedna trzecia seniorów przechodzi na emeryturę z piekła bezrobocia. – Dochodzisz do jesieni życia i okazuje się, że jesteś nikim. Nieudacznikiem, który przegrał życie. Nie dość, że stary, to jeszcze niepotrzebny – opisuje swoje przemyślenia Andrzej.

Ktoś może powiedzieć, że te 70 tys. to przesadzone szacunki. Być może, w każdym razie nam nie udało się dotrzeć do innych wiarygodnych danych, które by pokazywały rzeczywistą skalę problemu.

W dodatku – proszę zauważyć – te statystyki obejmują tylko osoby tuż przed wymarzonym świadczeniem. A ilu jest takich, których dzieli od niego nie rok, a dwa? Trzy, cztery lata? W I kwartale tego roku bez roboty było 90 tys. Polaków po 60. roku życia. Ale jest ich dużo więcej, bo w oficjalnej narracji instytucji państwowych – już 45-latkowie traktowani są jak nieprzydatne na rynku pracy, sypiące się próchna. Przykładem niech będą te wszystkie programy wsparcia dla seniorów 45+.

– Nasze drogie państwo zdecydowało się podnieść wiek emerytalny dla naszego dobra – ironizuje Teresa. – Gadające głowy w telewizji przekonują, że jak będziemy dłużej pracować, to będziemy szczęśliwsi, zdrowsi i bogatsi. Nikt się nie zająknie słowem, że dla nas po prostu nie ma pracy – kończy.

Moi bohaterowie to inteligentni ludzie, z wyższym wykształceniem, dobrze wykwalifikowani. W swoim życiu zawodowym odnieśli niejeden sukces. Jednak w równym, ba, nawet w większym stopniu dotyczy to osób z niższymi kwalifikacjami. Urzędników ze średnim wykształceniem, sklepowych po zawodówkach. Wszystkich łączy jedno: wiek. Zbyt zaawansowany, aby mogli liczyć na to, że ktoś ich poważnie potraktuje jako kandydata do pracy. I zbyt smarkaty, aby dostali świadczenie.

>>> Czytaj też: Emerytura nie uratuje nas przed ubóstwem. 20 proc. pensji po 37 latach pracy

Upokorzenie

Elżbieta z Katowic dzień swoich 60. urodzin zaczęła od wizyty w urzędzie pracy. – Poszłam się zarejestrować jako bezrobotna, bo dowiedziałam się, że na rok przed emeryturą przysługuje mi coś takiego jak zasiłek emerytalny – opowiada, bardzo wzburzona. Zgromadziła świadectwa pracy, dyplomy, zaświadczenia, umowy, całą cholerną papierologię opisującą jej życie. Urząd otwierają o ósmej, ona przyszła godzinę wcześniej. Na wszelki wypadek, ale spora grupa petentów warowała przed drzwiami już od szóstej. Co czuła, stojąc przed tym szarym budynkiem? – Upokorzenie – przyznaje Ela.

Stojąc wśród tych ludzi, z których część miała fioletowawe twarze, część bardzo zniszczone buty, większość puste oczy i zaciśnięte pięści, poczuła się bardzo stara i niepotrzebna. Krótki życiorys Eli: tata inżynier, mama jeszcze za czasów komuny prywatna inicjatywa, młodsza siostra z ambicjami filmowymi. Ona skończyła dziennikarstwo, pracowała w rozgłośniach radiowych, jak przyszła nowa Polska, chwytała się rzecznikownia, współpracowała z Bankiem Światowym, tworzyła nowe czasopisma, nauczyła się pisać unijne projekty. Tak jakoś niepostrzeżenie – Elżbieta datuje ten czas na swoje 50. urodziny – okazało się, że przestała być atrakcyjna jako pracownik etatowy. W jej ostatniej firmie, w której pracowała na umowę o pracę, pewnego dnia jej podziękowano. – Taki jest rynek, bez urazy – pomyślała. I założyła firmę. Ale jednocześnie wyszło na to, że ludzie, którzy dawali jej zlecenia, zaczęli oczekiwać, że tę samą robotę będzie robić za 1/4 ceny. Bo nie ma wyjścia. I faktycznie, nie miała. Zwłaszcza że za chwilę zaczął się kryzys. Pieniędzy nie wystarczało na opłacenie ZUS, przekazała więc firmę wspólniczce. Jeszcze nie było tak źle, bo mąż Eli miał etat i niezłe pieniądze. Jeszcze zmienili samochód, jeszcze wyjechali na wakacje za granicę. Miała jako żona ubezpieczenie, ale i to się skończyło, kiedy i jego, jako nieprzyszłościowego, zredukowano. Dając mu, jako świetnemu specjaliście, możliwość dorabiania na umowę o dzieło. I jeszcze parę godzin wykładów na wyższej uczelni.

– Żyjemy z dnia na dzień, a w zasadzie od projektu do projektu – opowiada. Tyle że z tych projektów kasa spływa jak deszczówka pod górę. Bywa tak, że przez rok nie ma z nich ani grosza, żyją na pożyczkach, jak wreszcie coś przyjdzie na konto, zaraz trzeba oddawać. Obydwoje aplikowali na tysiące ogłoszeń o pracę. Nikt tego nie powiedział im w oczy, ale kontekst był zawsze ten sam: przykro nam, ale potrzebujemy kogoś innego. Młodszego. – A już dawno zrewidowaliśmy nasze wymagania finansowe – wzdycha Elżbieta. Jednak metryki się nie oszuka.

Więc kiedy weszła wreszcie do tego pokoju w pośredniaku, niosąc przed sobą teczkę ze swoim dorobkiem życiowym zapisanym w urzędowych kwitach, także nie miała wielkich wymagań. Tylko ten zasiłek przedemerytalny był jej w głowie, żeby przynajmniej na chleb było. – Pani urzędniczka przeprowadziła ze mną dogłębny wywiad, wypełniła tysiące rubryczek, musiałam odpowiedzieć na miliardy pytań. A wszystko po to, by na koniec się dowiedzieć, że żaden zasiłek mi nie przysługuje. Bo aby go dostać, musiałabym ostatni rok przepracować w pełnym wymiarze godzin, przynajmniej za minimalną krajową. Ale owszem, mogą mnie zapisać na listę osób poszukujących pracy, jednak nie powinnam sobie robić zbyt wielkich nadziei, bo roboty dla takich specjalistów jak ja nie ma. Nie mają także dla mnie żadnych innych propozycji, powinnam jakoś przeczekać ten rok, który dzieli mnie od emerytury – opowiada.

Nie wierzę. Przecież aktywizacja zawodowa osób po 50. roku życia jest priorytetem naszego państwa. Wciąż słyszę o tym, zarówno jako dziennikarka, jak i obywatel. Na internetowej stronie firmowanej przez Ministerstwo Pracy oraz Centrum Rozwoju Zasobów Ludzkich czytam, że mamy na tym polu wielkie sukcesy. „W 2008 r. pracowała tylko co trzecia osoba w wieku 55–64 lata – wskaźnik zatrudnienia dla tej grupy wiekowej wynosił wówczas 31,6 proc. Pięć lat później, według najnowszych danych Eurostatu z III kw. 2013 r., zatrudnionych było już 41,3 proc. kobiet i mężczyzn w tym wieku. Wciąż jest to wskaźnik niższy od średniego w krajach UE, wynoszącego 50,9 proc., jednak mimo to dostrzegalna jest wyraźna poprawa, a dystans Polski do Europy stale maleje”. Może to i jest dobra wiadomość, tyle że – znów biorąc statystyki z tego portalu – w Szwecji aktywnych zawodowo jest aż 73,9 proc. osób w wieku 55–64 lat, w Niemczech – 64,1 proc., a w Danii – 62,5 proc.

Na stronie nie ma jednak statystyk idących dalej. Co jest niezwykle istotne, gdyż ostatnia reforma emerytalna przedłużyła wiek emerytalny do 65 lat dla kobiet i 67 dla mężczyzn. Co nieuchronnie oznacza, że odsetek głodnych nieemerytów jeszcze nam się powiększył. I zanim nastaną na rynku pracy te wszystkie – tak chętnie podnoszone w analizach – zmiany, które mają w okresie pomiędzy 2020 r. a 2035 r. spowodować niedobór rąk do pracy, ci, którzy mieli pecha wcześniej się zestarzeć, będą więdnąć w nędzy. I nie mają co liczyć na pomoc. Zwłaszcza kobiety, bo to one częściej tracą zatrudnienie, mają większy problem ze znalezieniem pracy, a w dodatku żyją, nieszczęsne, dłużej. Jeśli pracę ma jakaś połowa mężczyzn po pięćdziesiątce, to w gronie kobiet niespełna jedna trzecia.

>>> Czytaj też: O przyszłych emeryturach zadecyduje... wyprowadzka dzieci

Rozsypka

Dzwonię do pośredniaka w swoim mieście, czyli Powiatowego Urzędu Pracy w Legionowie. Przedstawiam się jako Barbara Kowalska i wszystkim moim rozmówczyniom opowiadam przygotowaną wcześniej legendę: mam 53 lata, prowadzę firmę, która właśnie bankrutuje, nie stać mnie nawet na ZUS. Proszę o poradę, co zrobić, żeby nie znaleźć się na dnie. Może jakaś fachowa pomoc, jakieś szkolenie, które pomoże mi utrzymać się na rynku, bo o dofinansowaniu nie śmiem mówić. Kobiety, z którymi rozmawiam, przerzucają mnie między sobą jak zgniłe jabłko. Żadna nie chce podjąć konkretnej rozmowy. Z półsłówek, z urywanych informacji dowiaduję się, że: po pierwsze, jeśli nie jestem jeszcze bezrobotna, to nie mam tam czego szukać i nikt ze mną nie będzie rozmawiał. Jeśli wreszcie zbankrutuję i zarejestruję się jako bezrobotna, to mogą mnie umówić na rozmowę z doradcą zawodowym. Ale mam sobie nie robić wielkich nadziei, gdyż nie ma teraz żadnego programu, którym mogłabym zostać objęta w kwestii podnoszenia kompetencji zawodowych. Owszem, jest trochę pieniędzy na to, aby bezrobotni seniorzy założyli firmy, ale ja już mam firmę. A poza tym jestem za młoda. I zapraszają mnie na stronę internetową pośredniaka.

Wchodzę. A tam jak byk stoi, że wszystko, co mają do zaoferowania, to projekt dla pracodawców na dofinansowanie do wynagrodzenia za zatrudnienie skierowanego bezrobotnego powyżej 50. roku życia. Obejmuje 5 osób. I jeszcze, że priorytetowymi grupami wsparcia w projekcie są osoby niepełnosprawne, długotrwale bezrobotne i o niskich kwalifikacjach zawodowych. Czyli miałabym szansę, gdybym była 64-latką bez nóg, upośledzoną umysłowo, z dwudziestoletnim stażem bezrobocia. Przepraszam za cynizm, jakoś tak mi się ulało.

Ale prawda jest taka, że nawet gdybym się załapała na aktualnie działający program wsparcia „seniorów”, to prawdopodobnie nic by z tego nie wynikało, z wyjątkiem miło spędzonych chwil na doszkalaniu. Teresa z Gliwic (ta, która na początku tekstu nie chce być szczęśliwa z powodu podniesienia wieku emerytalnego) ma tytuł doktora nauk humanistycznych i cztery fakultety, z czego dwa zrobiła już po czterdziestce w ramach doskonalenia zawodowego za pieniądze Banku Światowego. W ramach podnoszenia kwalifikacji osób z terenów wykluczonych, choć de facto nie powinna się załapać na taki program. – W mojej grupie z terenów wykluczonych na 40 osób były dwie spełniające wymagane programem kryteria – opowiada. 36 zaliczyło, więc projekt można było rozliczyć i zaliczyć do udanych.

Ale, jak twierdzi, i tak niczego to nie zmieniło, gdyż z jej doświadczenia wynika, że ta cała wielka kasa, jaka idzie niby na podnoszenie przydatności zawodowej osób w wieku 45+, to jedna wielka ściema. – Lubię się uczyć, więc kiedy pojawiły się takie możliwości, wskoczyłam do tego basenu na główkę – wspomina Teresa. To, co wyniosła z tych studiów, to wspomnienie miłej atmosfery na zajęciach, świetnych wykładowców, którzy naprawdę się starali, ciasnoty pomieszczeń, w których mieli zajęcia, braku wody do picia. I absolutnej nieprzydatności tego, czego ich uczyli, w konfrontacji z realiami życia. Weź dyplom i żegnaj. Jak mówi Teresa, próbowała się potem dowiedzieć, czym był powodowany taki, a nie inny kurs, czy ktoś robił badania rynku, żeby sprawdzić, czy edukowanym na koszt podatników bezrobotnym taki kurs się przyda. Patrzyli na nią jak na idiotkę. O co ci chodzi? Były studia? Były. Program został zrealizowany? Tak. Papiery i księgowość odebrane? Jak najbardziej. Świadectwa rozdane, kasa skasowana. Więc jeśli ktoś ma jakieś ale, to jest jego problem. – Ci, którzy mieli zarobić, bo się dorwali do pieniędzy przeznaczonych na aktywizację zawodową, z pewnością najedli się do syta – mówi Teresa. Jej ta kilkuletnia zabawa na cudzy koszt nieszczególnie przydała się w życiu.

Krótki życiorys Teresy, lat 54: dziecko z inteligenckiego, prawniczego domu, ale niezbyt zasobnego. Ma młodszą siostrę. Pracę zawodową zaczęła w mediach, zrobiła doktorat (co zajęło jej dekadę), pisała teksty i wykładała na uczelniach. Najpierw była za młoda, potem za stara, żeby dostać etat. „Wielka szkoda, że pani zrobiła ten doktorat” – powiedział jej w chwili szczerości dziekan jednego z wydziałów, na którym była zatrudniona. Bo za doktorantów płaci ministerstwo, a doktorom to uczelnia musi wypłacać pensje ze swojej kasy. Czyli jak najmniej. Brała wszystko, bo była zdesperowana: nawet wykłady po 30 zł za godzinę. Ostatnio uczelnie zaczęły się z nią żegnać, bo za dużo wymagała od dzieciaków, których uczyła. Dziś student jest najważniejszy: płaci, więc ma mieć zaliczone. Kilka razy w życiu była bezrobotna. Żeby się utrzymać na powierzchni, sprzątała fabryki, musiała się opiekować rodzicami, ciężko chorymi, to kosztuje. Ich śmierć, rok po roku, przypłaciła depresją. Miała myśli samobójcze. Jej siostra, równie dobrze wykształcona, jest w podobnej sytuacji. Urząd pracy skierował ją na szkolenie florystyczne. Siedemdziesiąt procent czasu tego szkolenia zajęła teoria, z czego większość paleobotanika. Nie nauczyli ich, jak układać kwiaty, bo na to już firmie szkolącej zabrakło pieniędzy: taniej jest pokazać na slajdach, jak neandertalczycy fetowali zmarłych, układając wokół nich bukiety, niż kupić świeże kwiaty, żeby kursanci mogli spróbować, w jaki sposób zrobić elegancką wiązankę. Ale program został przerobiony, faktury skasowane, ktoś jest zadowolony. A że nie ci, co powinni?

– To smutne, że tyle pieniędzy, tyle nadziei ludzkiej jest marnotrawione – ocenia Teresa. I podaje przykład irlandzkiej wioski, o której czytała w piśmie „Britania”: w biednej miejscowości, gdzie nie było pracy, faceci z nerwów pili i bili, udało się tak przeprowadzić kursy zawodowe, że kobiety zabrały się za produkcję potpourri (perfumowanych mieszanek suszonych kwiatów), które do dziś pozwalają dobrze funkcjonować całej wspólnocie. – Ale żeby tak się stało, trzeba mieć pomysł, a potem dokonać jego ewaluacji: jak się sprawdził w praktyce, czy zadziałał – kończy Teresa.

O czym marzy? Tylko o tym, żeby jakoś przetrwać do emerytury. Na razie jest słupem, na którego założono firmę, ma z tego trochę kasy. Nie za wiele, braki nadrabia fuchami, które co jakiś czas jej się zdarzają. Ale wciąż nie może się pogodzić, że jest w wieku 54 lat za stara, żeby dostać normalną pracę. Swoje dyplomy już dawno schowała do szuflady, bo wszędzie, gdzie aplikuje, okazuje się, że jest za dobrze wykwalifikowana, jak na to, co jej może rynek oferować i zapłacić. – A co będzie za parę lat, kiedy się już całkiem zdrowotnie rozsypię i nie będę miała siły na dorabianie? – pyta. Nie ma dzieci, nie zdecydowała się, uwierzyła w mit o karierze zawodowej, która dla dobrze wyedukowanych ludzi stoi otworem.

>>> Czytaj też: Nowelizacja ustawy o emeryturach i rentach. Na ile mogą liczyć Polacy?

Gorycz

Takich rozmów ze świetnie wykształconymi zawodowymi „seniorami” przeprowadziłam ponad dwadzieścia. Zgodnie ze statystykami większość z nich to kobiety. W większości bezdzietne. Osoby, które postawiły na karierę zawodową, ale ta się skończyła szybciej, niż myślały. Mogłabym mnożyć imiona i historie: Ewa, rehabilitantka. Kasia, scenografka. Bożena, księgowa. Anna, zredukowana nauczycielka matematyki. Scenariusz podobny: nieźle płatna praca na etacie, potem dziękujemy pani, niech sobie pani jakoś radzi, założenie własnej firmy, która nie wypala. Ale to nie znaczy, że mężczyzn w tej bajce nie ma.

To choćby mąż Teresy: z etatu zredukowany do aplikanta na zlecenie. Bardzo sobie ceni godziny w wyższej szkole, ale one się kończą wraz z rokiem akademickim. Na szczęście jego matka żyje i co miesiąc daje mu jakieś pieniądze. On ledwo po pięćdziesiątce, musiał się nauczyć zadowalać małym. Okruszkami. Jak ironizuje, przypomniały mu się lata studenckie, kiedy paczka słonych paluszków starczała za ucztę na imprezie. Tyle że dziś jakoś nikt nie ma ochoty prowadzić z nim długich akademickich dyskusji po nocy. Obejrzy wiadomości, jakiś film, poszpera w sieci i kładzie się spać. Wie, że głupieje, choć ma potencjał, którym mógłby się dzielić.

Jest jeszcze Andrzej, fotograf z Warszawy, ten, który krzyczał z bezsilności. Kiedy go zwolnili z wydawnictwa, myślał, że sobie spokojnie poradzi. Ma dyplom mistrzowski, zdobywał nagrody na międzynarodowych konkursach. Z rynku wywaliły go dzieciaki ze smartfonami. Zarejestrował się w pośredniaku w nadziei, że mądrzy specjaliści od rynku pracy pomogą mu odnaleźć się w tym dole. – Zostałem skierowany na kurs komputerowy, na którym nieprzytomni wykładowcy mówili, jak korzystać z Photoshopa i Powerpoianta – wspomina z goryczą. Na 30 osób z jego grupy jedna dostała robotę, w urzędzie miasta. – Najmłodsza i najładniejsza kobieta – wzdycha.

W tym męskim towarzystwie osób, z którymi rozmawiałam na potrzeby tego artykułu, jeszcze jeden człowiek rzucił mi się w oczy. Głównie dlatego, że stanowi niszę zawodową: jest muzykiem. Janek, 60 lat, muzyk dęty, jak o sobie mówi. Grał całe życie na saksofonie tenorowym i flecie prostym, między innymi w orkiestrze Jerzego Miliana, jeśli jeszcze coś komuś to mówi. Pracował w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, potem w warszawskim Teatrze Roma. Ale przyszedł czas na odświeżenie załogi, więc się nie załapał. – Gdybym się urodził parę miesięcy wcześniej, dostałbym emeryturę, tak jak moi koledzy: 25 lat pracy, w tym 15 szkodliwej, bo muzycy dęci mają odmę – mówi. Janek oprócz odmy ma jeszcze jedną chorobę zawodową: martwicę ścięgna czwartego palca. Powinien to operować, ale terminy w NFZ są niewyobrażalnie długie. Dlatego zrobił kurs w pośredniaku na operatora wózka widłowego. – Nie jestem z tych, co mają przewrócone w głowie. Mogę robić cokolwiek, byle na siebie zarabiać – zapewnia. Ale takich jak on, z parciem do zarabiania i papierami na wózek są legiony. Więc nawet się specjalnie nie dziwi, że pracodawcy zamiast jego wybierają młodszych chłopaków. Bez tej cholernej martwicy ścięgna. I jeszcze mają tę przewagę, że im można mniej zapłacić. Bo jemu zaproponować 6 zł za godzinę jest im jakoś głupio. Choć chętnie by przyjął i taką źle płatną robotę.

To nie jest tak, że tylko u nas ludzie w „pewnym wieku” mają problemy ze znalezieniem zatrudnienia. To jest kłopot na całym świecie. Jak pisze dr Paweł J. Dąbrowski, doradca biznesowy i ekspert przedsiębiorczości, w artykule „Aktywizacja zawodowa srebrnej generacji w świetle doświadczeń międzynarodowych” z tą kwestią zmagają się wszystkie kraje – od Australii, poprzez Singapur, po Polskę. Jednak jak z każdą sprawą można sobie lepiej albo gorzej radzić. W naszym kraju po prostu sobie nie radzimy, a wszystkie tzw. programy aktywizacji zawodowej „seniorów” po 45. roku życia są mniej warte niż papier toaletowy wyłożony w publicznym szalecie. Bo z papieru jest przynajmniej ta korzyść, że opuszczamy toaletę w poczuciu względnego komfortu. W tym przypadku pozostaje absmak: że taki potencjał ludzki jest spuszczany do rynsztoku. Wbrew, albo jeśli ktoś woli, zgodnie z wolą ustawodawcy.

Na ten temat zapisano już setki ryz papieru. Podnosząc np. to, że okres ochronny osób zbliżających się do wieku emerytalnego działa przeciwko beneficjentom. Bo pracodawca, kiedy ma już na stanie takiego pracownika, będzie się go starał zwolnić przed tym terminem. Na wszelki wypadek. – Nawet jeśli człowiek mi się sprawdzał przez długie lata, to muszę mieć z tyłu głowy ewentualność, że zmienią się warunki rynkowe, będę musiał przeprowadzić redukcję, a wtedy senior będzie mi wrzodem na dupie – z pewną dezynwolturą tłumaczy mi właściciel średniej firmy. I po chwili dodaje konfidencjonalnie, że prawda jest także taka, iż dzieciaka na starcie może mieć za jedną piątą pensji doświadczonego specjalisty. A ten, z poczucia lojalności do firmy, ale także z braku innych opcji, zgodzi się dalej tyrać za grosze.

Dyskryminacja

Można by powiedzieć, że taki mamy rynek i taki biznesowy klimat. Tyle że to na dłuższą metę nikomu się nie opłaca. Tracimy wszyscy. Jako podatnicy, których pieniądze na tzw. szkolenia aktywizacyjne są wyrzucane w błoto, a konkretnie napychają kabzy właścicieli dobrze umocowanych firm szkoleniowych. Ale także jako państwo, które wypycha na margines ludzi, którzy mogliby mu się jeszcze bardzo przydać. Nie mówiąc o biznesie, który powodując się krótkotrwałym zyskiem traci coś, co jest nie do odrobienia w krótkim czasie: lojalność i doświadczenie.

Jak mówi dr Paweł Dąbrowski zamiast podglądać i naśladować tych, którzy radzą sobie z problemem, my stawiamy wszystko na głowie. Od bezsensownych szkoleń, które niczego nie wnoszą, przez kampanie społeczne, które zamiast pomagać, szkodzą. – Mam wciąż przed oczyma plakat, który w zamierzeniu resortu pracy miał zachęcać przedsiębiorców do zatrudniania osób dojrzałych – opowiada. Na plakacie wśród rupieci i pajęczyn siedziała zdołowana kobieta. A napis pod zdjęciem głosił: „Nie wykluczaj, zatrudniaj”. – Żaden ze zdrowo myślących przedsiębiorców nie połknie takiego przekazu – ocenia Dąbrowski. Bo po co mu smutek i pajęczyny, które kojarzą się ze stratą. Błąd tkwi już w samym zamierzeniu przekazu: weź smutną panią, bądź dobroczyńcą, zapisz sobie straty. Przedsiębiorca chce zarabiać. I chwała mu za to. Trzeba mu tylko podpowiedzieć, że zatrudniając dojrzałych specjalistów, może zyskać. Naprawdę, a nie na niby.

Są na świecie firmy, które to zrozumiały i czerpią z takiego podejścia zyski. To np. międzynarodowa korporacja specjalizująca się w wypożyczaniu aut. Robi wyniki choćby z tego powodu, że jej przedstawiciele pracują w teamach: starszy i młodszy. To działa, gdyż klient dostaje w pakiecie kreatywność energię młodości plus doświadczenie. Inny przykład: sieci wielkopowierzchniowych sklepów zaopatrujących ogrodników i majsterkowiczów. Tutaj motorem sukcesu jest postawienie na dojrzałych sprzedawców, którzy mają coś do powiedzenia na temat oferowanych przez siebie produktów, dlatego są wiarygodni dla klientów. – Sześćdziesięciolatek, który przez całe swoje życie hobbistycznie łowił ryby, prędzej sprzeda klientom wędki i przynętę, niż dzieciak, któremu ryba kojarzy się tylko z sushi lub karpiem serwowanym na wigilijną kolację przez mamę – ocenia Dąbrowski.

I jego szlag jasny trafia (podobnie bohaterów tekstu) z powodu dyskryminacji wiekowej związanej z zawodową aktywizacją. Wszystko dla młodych, starsi mogą iść i wykopać sobie dołek, położyć się w nim i grzecznie umrzeć. Weźmy taki program jak Przedsiębiorcza Polska Wschodnia: przeznaczony dla osób do 35. roku życia. Dla kreatywnych, z pomysłami. Środki na realizację: 200 mln euro. – Większość takich programów i pieniędzy jest przeznaczonych dla dzieciaków, które o niczym nie mają pojęcia – irytuje się. Drugich Zuckerbergów ze świecą szukać, zdarzają się raz na parę milionów. I fajnie że są. Ale statystyki mówią, że największy potencjał tkwi w osobach, które już zdobyły doświadczenie, mają kapitał społeczny, są dojrzałe. Przewidywalne i ostrożne. Ale ich programy aktywizacyjne mają w poważaniu. No, chyba że ktoś jest upośledzoną umysłowo, beznogą staruszką bez wykształcenia, która od paru dekad pałęta się na bezrobociu.