W zasadzie moglibyśmy wziąć do ręki jakąkolwiek prawicową gazetę sprzed 25 października ubiegłego roku. Byłoby o nieudolnym premierze nierozumiejącym świata i wyzwań współczesności, o nijakim prezydencie, zwanym pogardliwie strażnikiem żyrandola, bez wpływu na cokolwiek poza własnym menu. Byłoby o ręcznym sterowaniu, posadach tylko dla swoich, zdegenerowanej gospodarce i wielomiliardowym zadłużeniu na koszt przyszłych pokoleń. Byłoby o dyktaturze partyjnego lidera i zamachu na podstawowe wartości. A także o prawdziwych patriotach, którzy będą do końca bronić kraju przed wewnętrznym wrogiem i wielotysięcznych manifestacjach sprzeciwu wobec rządzących i ich popleczników, którzy niszczą demokrację.

Brzmi znajomo?

Przez lata w Polsce stacjonowały dwie armie. Pierwsza, karna, radykalnie prawicowa, prowadziła permanentny ostrzał przeciwnika, za nic mając arystotelesowską definicję prawdy o zgodności sądów z faktycznym stanem rzeczy. Tusk rozmontowywał kraj, oddając go pod obcą kuratelę. Zawarł tajny pakt z Putinem, by zabić znienawidzonego prezydenta. Gospodarkę oddał oligarchom, którzy wyrwali najsmakowitsze kąski, a społeczeństwem gardził tak bardzo, że kazał mu pracować do śmierci. W dodatku kłamliwie przekonywał, że żyjemy na Zielonej Wyspie, sytej i szczęśliwej. W końcu uciekł do Brukseli przed gniewem ludu i nadciągającą karzącą ręką prawa i sprawiedliwości. Prawica powtarzała to do znudzenia. Każda głupota znajdowała posłuch. Każde kłamstwo uznanie. Wyznawcy Jarosława Kaczyńskiego, spijający z jego ust słowa niczym ewangeliczne przesłanie, odgrodzili się od reszty murem, za który nie wpuszczali nikogo, kto mógłby im popsuć samopoczucie.

Druga armia miała inną broń – pogardę zwycięzców. Mohery z horyzontami wąskimi jak miedza, tłumoki nierozumiejące otaczającego świata, spiskowcy węszący za wrogiem od rana do nocy, ciemnogród, faszyści i sekta smoleńska – to liberałowie o PiS. Trzeba ich trzymać z dala od państwa i gospodarki, dopuścić takich do władzy to jakby dać dziecku granat. Musi skończyć się tragedią.

Role były rozdane, kraj podzielony. Polsko-polska nawalanka tak nam weszła w krew, że do głowy nam nie przyszło, że możliwy jest jakikolwiek kompromis. Aż przyszła wiosna 2015 r. Nikomu nieznany prawnik został prezydentem i przetarł swojemu politycznemu obozowi drogę do triumfalnego zwycięstwa. PiS rządzi. Wiwat rewolucja. Lemingom na pohybel.

Ale czy naprawdę aż tak wiele się zmieniło? Przecież armie wciąż stoją, zamieniły się tylko miejscami.

>>> Polecamy: Wąsaci Janusze Europy. Dlaczego wciąż porównujemy się z Paryżem i Berlinem?

Biją naszych

Powinniśmy się wstydzić bezrefleksyjności. Zamiast politycznego przeciwnika zobaczyliśmy w PiS demona. Lista głupot i absurdów, które powtarzamy, wydłuża się z każdym dniem. Najpierw było rozmontowanie państwa i wykręcenie bezpieczników, potem – zamach na demokrację i pogwałcenie konstytucji. To o Trybunale Konstytucyjnym. Choć ta instytucja nigdy nie była obiektywnym bytem zawieszonym w politycznej próżni. PiS robi dokładnie to, co robiły Platforma i jej poprzednicy, ale – jak przystało na hipokrytów – twierdzimy co innego. Bo Platforma demolowała ustrój w rękawiczkach, a PiS robi to z bejsbolem w ręku. I to najbardziej kłuje w oczy.

Potem były media. Krzyki w podobnym tonie – biją naszych. To nic, że lista prawicowych dziennikarzy pracujących za czasów Platformy w mediach publicznych jest krótsza niż ten akapit. Ważne, że sytuacja zmienia się na naszą niekorzyść. Dalej już poleciało. PiS będzie inwigilował i podsłuchiwał. Ziobro szykuje więzienia dla politycznych przeciwników. Rząd zakaże rozwodów. Wprowadzi nakaz chodzenia do kościoła. Oznakuje gejów. Zaprowadzi dyktaturę, zlikwiduje wybory, a Jarosława Kaczyńskiego obwoła świętym. A, i jeszcze, jak głosi plotka, wypowie wojnę Rosji.

Tu i ówdzie słychać już o groźbie internowań. Rodzice przygotowują się na narodowo-katolicką zarazę, która spadnie na szkoły. Zbliżające się kary za niewłaściwe poglądy są już tak oczywiste, że nie wzbudzają emocji, a o tajnym planie wyprowadzenia Polski z UE wie już nawet sześciolatek.

I tak dalej. Bez zahamowań, bez skrupułów, bez sensu.

Naprawdę w to wierzymy? Jeśli tak, to co nas różni od smoleńskiego Kościoła, który żyje w świecie własnych wyobrażeń, realność mając za nic? Naprawdę „w kraju coraz trudniej żyć”? (cytat z jednej z uczestniczek manifestacji Komitetu Obrony Demokracji)? Naprawdę „w Polsce zagrożony jest dostęp do informacji, nie będziemy niedługo wiedzieli, jako obywatele, co władza robi”? (to lider KOD podczas jednej z manifestacji). Naprawdę mamy demokraturę? Co będzie dalej? Jaki arsenał mamy w zanadrzu, co wyciągniemy za miesiąc, dwa, pół roku? Skoro dziś już osuwamy się w oskarżeniach w groteskę, jak podbijemy bębenek? A podbijać trzeba ciągle, bo kto raz rozpoczął taką licytację, nie może spuścić z tonu.

>>> Polecamy: Polska musi przyjąć 5 mln imigrantów. Inaczej nici z dynamicznego rozwoju gospodarczego

Histeria pomoże?

Już słyszę te głosy: co on pisze? Przecież nasz opór to zupełnie coś innego! Jak można porównywać dziewięć lat rządów PO do tego, co teraz wyprawia PiS? Właśnie można. Spójrzmy na to z dystansu. Czym się różni wyborca PiS doprowadzany do furii polityką Tuska od rozsierdzonego liberała, któremu działania Kaczyńskiego gotują krew? I jeden, i drugi wyłączył myślenie. I jeden, i drugi przyjął za oczywistą zasadę: my albo oni. Obaj są przekonani, że prawda leży po ich stronie, a przeciwnikiem kierują najgorsze instynkty. Porównajcie transparenty uczestników miesięcznic smoleńskich i demonstrantów KOD. Język ten sam, tylko bieguny różne.

A sprawa jest ważna. Najpoważniejsza. Tu nie idzie o łamanie reguł. PiS nie chce zmienić zasad, on chce wprowadzić nowe. Sytuacja przypomina mecz, podczas którego jedna strona (KOD) oburza się, że przeciwnik fauluje, a on (PiS) dawno zszedł z boiska, obok buduje nowe, a tuż przy liniach ustawił buldożery, które to stare mają zrównać z ziemią. I jeszcze publiczność bije mu brawo. Co prawda jest jeszcze żyleta, gdzie najtwardsi z twardych obrońców starego porządku krzyczą i rozrabiają, ale jak to z kibolami – nie mają uznania większości.

Sprawa komplikuje się bardziej, gdy uświadomimy sobie, że punktem odniesienia dla owych obrońców demokracji jest dorobek III RP. Przyjęli równanie: bronimy wolności = bronimy demokracji = bronimy III RP. A ono oczywiste nie jest. III RP jest atakowana nie tylko z prawej strony, lewa też ma wiele zastrzeżeń. Wystarczy poczytać Grzegorza Sroczyńskiego z „Gazety Wyborczej” czy Rafała Wosia z „Polityki” (wcześniej DGP), by przekonać się, że ostatnie 25 lat to nie jest nieustające pasmo sukcesów. Że mogliśmy kraj urządzić inaczej, a neoliberałowie, których głos był dominujący, wcale nie mają monopolu na prawdę. Publiczność tej krytyce przyklaskuje. I z lewej, i z prawej strony. Trudno więc namówić ją do reakcji, skoro manifestując swój sprzeciw wobec działań PiS, ma jednocześnie wyrażać aprobatę dla Balcerowicza i reszty. PiS nie idzie o wymianę ekip i zastąpienie jednych drugimi. Idzie o zbudowanie nowego systemu. Kluczowe pytanie brzmi: czy ma do tego prawo?

Czy histeria w tej walce pomoże? Fakt, wzniecanie emocji i doprowadzanie wyborców do wrzenia to uznana metoda walki politycznej, cóż z tego, skoro przeciwnik jest w tym lepszy. Który z obrońców demokracji stanie w tej konkurencji w szranki z braćmi Karnowskimi czy Krystyną Pawłowicz? PiS doszedł do władzy, głosząc wszem i wobec, że Polska jest w ruinie. Obrońcy demokracji – świadomie lub nie – podchwycili to hasło. Jarosław Kaczyński rządzi, to znaczy, że nie zostanie kamień na kamieniu. Ch..., d... i kamieni kupa, jak mówił Bartłomiej Sienkiewicz. No dobrze, ale czy naprawdę wierzymy, że wystarczy długo i uporczywie kłamać, by wygrać? Czym w takim razie różnimy się od obozu Jarosława Kaczyńskiego?

Przecież wciąż jesteśmy przekonani, że jesteśmy lepsi.