Od momentu normalizacji stosunków z Chińską Republiką Ludową przez administrację prezydenta Jimmy’ego Cartera, czyli od 1 stycznia 1979 r., wszystkie następne amerykańskie ekipy rządzące w różnym stopniu były aktywnie zaangażowane we współpracę z ChRL. Nie ma żadnych wątpliwości, że Amerykanie, najpierw mocno inwestując, co nastąpiło po 1992 r., a następnie (od końca lat 90. XX w.) coraz więcej od Chin kupując, przyłożyli rękę do sukcesu chińskiej transformacji i modernizacji.

Do normalizacji stosunków między USA a ChRL w ogromnym stopniu przyczynił się Zbigniew Brzeziński (wystarczy sięgnąć do jego wspomnień lub wystąpień z tamtego okresu), a przez dziesięciolecia swoistym guru stosunków z Chinami stał się po stronie amerykańskiej Henry Kissinger, co udowodnił na wiele sposobów, a bodaj najdobitniej w wydanym i u nas tomie „O Chinach”.

Interesy z Chinami

Trzecią kluczową osobą dla stosunków USA z Chinami stał się ostatnio Henry M. Paulson, były szef Departamentu Skarbu (2006–2009) i były szef Goldman Sachs (1999–2006). Co więcej, również po odejściu z administracji utrzymał bliską współpracę z Chinami i tamtejszymi władzami, powołując do życia specjalizujący się w programach na rzecz ochrony środowiska i walki ze zmianami klimatu na terenie Chin. Ma on siedziby w obu krajach i sztab złożony z przedstawicieli obu stron.

Paulson wszedł do annałów jako ten, który przygotował potężny pakiet pomocowo-interwencyjny po upadku Lehman Brothers, bowiem to na czas sprawowania przez niego urzędu w resorcie skarbu przypadł wielki kryzys gospodarczy. Opisał to z werwą w poprzedniej książce – „On the Brink” (Na granicy), chwalonej i szeroko czytanej. Jej główną treść stanowiło właśnie spojrzenie od wewnątrz na walkę z kryzysem.

Teraz, idąc niejako za ciosem, Paulson wydał „Dealing with China” (Interesy z Chinami) – znów mocno osobisty tom, tym razem poświęcony stosunkom z Chinami, do których – jak wielu Amerykanów na wysokich stanowiskach – po raz pierwszy trafił dopiero na początku lat 90. minionego stulecia, a potem, już w Goldman Sachs, nawiązał z Chińczykami bliską współpracę, która nieprzerwanie trwa od tamtej pory.

Jego relacja jest ważna, bowiem pochodzi z pierwszej ręki. Zamiast klasycznej w tego typu książkach bibliografii mamy tu na koniec tomu obszerną listę rozmówców Paulsona, od prezydentów Hu Jinatao i Xi Jinpinga, przez premierów Zhu Rongqi, Wen Jiabao i Le Keqianga, po bardzo obszerną paletę chińskich ministrów, urzędników wysokiego szczebla, biznesmenów i szefów firm, zarówno tych państwowo-prywatnych (jak Lenovo, Wanxiang czy Fuyao), jak i już prywatnych (Alibaba, Tencent czy Cindat).

>>> Czytaj też: S&P uderza w Chiny. Obniżka ratingu do "negatywnej"

Zauroczony

A mimo to podtytuł tej interesującej relacji – „Zrywanie masek nowego gospodarczego supermocarstwa przez człowieka od wewnątrz” – wydaje się tezą postawioną mocno na wyrost. Owszem, autor bezustannie cytuje i opisuje swoje spotkania z chińskimi notablami, także te prowadzone w gmachu parlamentu, a nawet zamkniętej dzielnicy rządowej Zhongnanhai, ale za każdym razem odnosi się nieodparte wrażenie, że Chińczycy uważnie trzymają karty przy piersiach, nie odkrywają się, a najwyżsi rangą politycy najczęściej mówią zaprzyjaźnionemu Amerykaninowi dokładnie to samo, co można znaleźć w ich oficjalnych enuncjacjach.

Tom opisuje wszystkie etapy kontaktów H. Paulsona z Chinami, od Goldman Sachs, przez krótki okres, gdy odpowiadał w amerykańskiej administracji za ochronę środowiska (2004–2006), pełnienie funkcji sekretarza skarbu (gdy nawiązał z Chinami ważny Gospodarczy Dialog Strategiczny), aż do prywatnego biznesu w ramach Instytutu Paulsona, gdy ponownie wrócił do swej ukochanej natury, o której pisze z równą fascynacją i zaangażowaniem, jak o Chinach i ich mieszkańcach. Jego zauroczenie Chinami i chińskością jest niemal całkowite.

Nie ma więc tutaj szeroko rozwijanych w innych amerykańskich kręgach tez o „chińskim zagrożeniu” czy głębszych rozważań, co może przynieść ze sobą tak szybki, wręcz gwałtowny wzrost pretendenta do miana gospodarki numer jeden w świecie, a tym samym największego strategicznego rywala USA.

Najbardziej fascynujące są końcowe fragmenty tej bardzo żywo napisanej i bardzo osobistej relacji, gdy autor nie może już ukryć, że chińska administracja pod rządami Xi Jinpinga, jego wielokrotnego interlokutora, wyszła z geostrategicznymi koncepcjami, takimi jak dwa nowe Jedwabne Szlaki, lądowy i morski (Yi dai, Yi lu – jeden pas, jedna droga). Zaskakujące, że o Jedwabnych Szlakach, ogłoszonych przez Xi Jinpinga we wrześniu (lądowy) i październiku (morski) 2013 r. Paulson niemal nie pisze. O azjatyckim z nazwy, a chińskim z natury i kapitału AIIB, nawet nie wspomina, co jest może zrozumiałe ze względu na cykl wydawniczy (bank formalnie powołano do życia w czerwcu 2015, choć było o nim głośno przez wiele poprzednich miesięcy, a książka została wydana w II kwartale 2016 r.). Te inicjatywy zaś są niczym innym, jak próbą kształtowania nowego światowego ładu gospodarczego

Rywale czy partnerzy?

Znamienne, jak często Paulson powiela argumenty Henry’ego Kissingera zawarte w końcowych partiach jego dzieła „O Chinach”, chociaż się na niego nie powołuje. Twierdzi, nie bez słuszności, że w dziedzinie, która jest mu najbliższa, czyli ekologii i zmian klimatycznych, rozwiązania mogą być już tylko i wyłącznie globalne, podobnie jak na przykład w zwalczaniu terroryzmu, więc współpraca USA i Chin, przecież dwóch największych trucicieli środowiska, jest prostu niezbędna. W sferze tzw. wyzwań globalnych oba supermocarstwa są na siebie skazane. Koniec, kropka.

Jednakże inne tezy stawiane przez autora mogą już być przedmiotem debaty, a często wręcz polemiki. Na przykład ta, gdy pisze: „Jeśli będziemy próbowali Chiny wyłączyć, zignorować lub osłabić, to ograniczymy nasze możliwości wpływu na wybory dokonywane przez ich liderów”. Owszem, jakaś racja w tym jest, ale i tak w amerykańskim głównym nurcie dyskursu politycznego w ostatnich latach wyraźnie narasta tendencja ku konfrontacji, a nie daleko idącej współpracy z Chinami, traktowanymi już nie jako intratny partner, jak dawniej, lecz raczej rywal, konkurent, a nierzadko nawet wróg.

Paulson oczywiście dostrzega te tendencje, wymienia nawet dwa spory terytorialne – o wyspy Senkaku/Diaoyudao oraz na Morzu Południowochińskim (archipelagi Paracele i Spratley) – które grożą konfrontacją, ale nadal zdecydowanie opowiada się za kontynuacją współpracy gospodarczej, handlowej i we wszystkich innych dziedzinach, za „komplementarnością”.

Otwarcie pisze, że nie wierzy w grę o sumie zerowej, ale zarazem apeluje o uczciwą konkurencję we wzajemnych stosunkach. Problem w tym, że tak jak on myśli coraz mniej Amerykanów, co zresztą autor potwierdza, powołując się na znane badania agencji Pew w Waszyngtonie prowadzającej regularne sondaże na temat wzajemnego postrzegania się obu państw. Jednoznacznie wynika z nich wzajemne pogorszenie wizerunku: w 2013 aprobata dla chińskich działań w amerykańskiej opinii publicznej spadła do zaledwie 14 proc., dwa lata wcześniej sięgała 37 proc.

Paulson ze swymi poglądami znajduje się więc w zdecydowanej mniejszości. Ma utrudnione zadanie, bowiem również po stronie chińskiej pozytywne postrzeganie Ameryki spada (o 7 proc. w ciągu dwóch lat, osiągając w 2013 r. 53 proc.). A ostatnio – dodajmy od siebie – według Pew aż 52 proc. Amerykanów uważa deficyt handlowy z Chinami za najważniejsze wyzwanie w stosunkach wzajemnych.

Paulson oczywiście odnotowuje problem tego deficytu (386 mld dol. w 2015 r., a podobna skala utrzymuje się od lat), ale za groźniejsze zjawisko uznaje fakt, że w szacowanych na koniec 2014 r. na 4 bln dol. chińskich rezerwach walutowych aż 1,3 bln dol. to aktywa trzymane w postaci amerykańskich papierów dłużnych i gwarancji rządowych. To go niepokoi, ale jako kontrposunięcie proponuje dalsze inwestowanie na terenie ChRL (14 mld dol. w 2013 r.). Zdecydowanie nie wszyscy w USA podzielają już ten pogląd.
Osiem zasad

Na koniec tomu Henry M. Paulson przedstawia swoje credo na temat współpracy z Chinami. Zaczyna od stwierdzenia, które natychmiast zjeży wielu obserwatorów w USA i na Zachodzie – od tezy, że Xi Jinping jest reformatorem. Problem w tym, że od mniej więcej dwóch lat mamy do czynienia ze stale narastającą debatą, czy Xi przypadkiem nie porzuca dotychczasowych zasad zbiorowego kierownictwa państwa na rzecz autokracji i rządów silnej ręki, co w żadnym razie nie pomoże mu w stosunkach z USA i Zachodem.

Zasady Paulsona brzmią następująco: „Pomóż tym, którzy pomagają nam”; „Świeć jasnym przykładem: nic dobrego nie dzieje się w ciemności”; „Znajdź Chinom lepsze miejsce przy stole”; „Demonstruj gospodarcze przywództwo za granicą”; „Szukaj więcej rozwiązań na tak”; „Unikaj niespodzianek, ale bądź gotów na przełomy”; „Działaj zgodnie z metodami odzwierciedlającymi chińską rzeczywistość”.

Ponieważ dzisiaj wszyscy, również w Polsce stają przed dylematem negocjacji i zacieśnienia relacji z Chinami w kontekście promocji lądowego Jedwabnego Szlaku, warto się nad powyższymi zasadami zastanowić, bo zostały sformułowane przez osobę dobrze Chiny i Chińczyków znającą. Na pewno wzbudzą one zaciętą dyskusję, a ta mówiąca o „lepszym miejscu przy stole” pewnie nawet sprzeciw, bo przecież oni sami potrafią być zaradni i znaleźć sobie to miejsce, co udowodnili w ostatnich dekadach wyjątkowo przejrzyście.

Marzenie, by „mówić w stosunku do Chin jednym głosem”, też przez Paulsona jasno wyrażone, jest w demokracji głosem wołającego na puszczy. Tego po prostu nie da się zrobić, szczególnie w kontekście tak szybko się zmieniających, a dla nas nadal nieprzejrzystych Chin.

Autor: Bogdan Góralczyk

>>> Czytaj też: Rekordowa liczba Chińczyków studiuje za granicą. Większość wraca