Ministerstwo środowiska przygotowało projekt rozporządzenia ws. sposobu prowadzenia oceny zanieczyszczenia powierzchni ziemi. Wynika ono z uchwalonej w połowie 2014 r. nowelizacji Prawa ochrony środowiska, które wdraża do polskich przepisów unijną dyrektywę (IED) ws. ograniczania tzw. emisji przemysłowych.

Zastępca dyrektora departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan Agata Staniewska oceniła na poniedziałkowej konferencji prasowej, że projektowane przepisy bardzo uderzą w przemysł, m.in. rafineryjny i petrochemiczny.

Organizacja przekonuje, że z niewiadomych przyczyn MŚ narzuca bardzo wyśrubowane standardy dot. ochrony gleb. Wskazuje, że w przypadku niektórych zanieczyszczeń np. metali ciężkich czy benzenu zaproponowane wartości są ostrzejsze od obecnie obowiązujących standardów jakości gleby o kilkaset procent.

Staniewska argumentowała, że takie regulacje mogą być akceptowalne w przypadku terenów uprawnych, rolnych, czy mieszkaniowych. W przypadku terenów przemysłowych - mówiła - nie powinno się stosować tych samych standardów.

Lewiatan wskazuje, że zanieczyszczenia gleb i gruntów w przemyśle mają bardzo często lokalny, punktowy charakter. To z kolei wymaga oceny każdego przypadku z osobna.

Według Staniewskiej do polskich przepisów powinno wprowadzić się system oceny ryzyka. Jak wyjaśniła polegałby on na tym, że w przypadku, kiedy nie są spełnione normy, przedsiębiorca robi ocenę ryzyka, na ile zanieczyszczenie zagraża środowisku czy zdrowiu człowieka. Jeżeli jest ono realne, to wtedy stosuje się odpowiednie działania naprawcze.

Ekspert Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego Leszek Paprot dodał, że proponowane zmiany w prawie spowodują dodatkowe obciążenie dla przedsiębiorców. "Jeśli standard wzrasta dwustu, trzystukrotnie, to jak wzrosną koszty prac (badawczych, naprawczych)? - pytał. Jak zaznaczył, rafinerie, zakłady chemiczne tworzą odpowiednie rezerwy na remediację (oczyszczanie i usuwanie zanieczyszczeń powstałych w wyniku działania przemysłu lub w przypadku awarii) sięgające 100-200 mln zł. "Przez wprowadzenie nowych standardów będą one musiały wzrosnąć" - podkreślił Paprot.

Według niego przez stosowanie "metodologii rolniczej" - czyli m.in. uśrednianie próbek badawczych, wykonywania ich w większej liczbie - na terenach przemysłowych, spowoduje wzrost kosztów ich poboru i badania.

Lewiatan szacuje, że stosując wymagane prawem metody poboru próbek, koszt takiej usługi wzrośnie o ok. 600 proc, w przypadku badania nawet o 780 proc. Organizacja jako przykład podaje koszt badań próbek gruntu dla typowej stacji benzynowej. Obecnie wynosi on. ok. 1,5 tys. zł (5 odwiertów, 10 próbek gruntu), po zmianach wzrosnąć on może do ok. 11,5 tys. zł (45 próbek powierzchniowych, 20 próbek z głębszych poziomów).

Paprot dodał, że rosnące koszty, firmy mogą przerzucać na swoich konsumentów.

Ewa Rutkowska-Subocz z Kancelarii Dentons zwróciła też uwagę, iż projektowane rozporządzenie nie przewiduje przepisów przejściowych, co można potraktować jak działanie prawa wstecz. Wskazywała, że wielu przedsiębiorców otrzymało decyzje remediacyjne na "starych zasadach". Brak przepisów przejściowych - przekonywała - spowoduje najprawdopodobniej, że te decyzje będą musiały być ponownie przeanalizowane pod kątem dużo ostrzejszych standardów środowiskowych. (PAP)