Martin Dickie i James Watt, pasjonaci warzenia piwa, sprzedawali swoje produkty podczas weekendowych jarmarków i targów organizowanych w Szkocji. Produkcję finansowali kredytem. Przełomowym momentem była wygrana w konkursie organizowanym przez Tesco. Browarnicy mieli cztery miesiące, by przygotować się na regularne dostawy do kilkuset sklepów tej sieci. Jednak bez pieniędzy, z brakiem zaufania banków (panowie zaczęli mieć problemy ze spłatą kredytu) trudno byłoby zadanie zrealizować. Wpadli na pomysł, że fundusze zdobędą bezpośrednio od swoich klientów w zamian za udziały w przedsięwzięciu. Do dziś udało się zrealizować trzy rundy takiego finansowania. Właściciele oddali około 20 proc. udziałów grupie ponad 14,5 tys. akcjonariuszy (prócz prawa do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu mają dożywotnią zniżkę na piwo w lokalach firmy). W podobny sposób pieniądze zbierali właściciele polskiego browaru Inne Beczki. Wykorzystali platformę Beesfund. Potrzebne 400 tys. zł zebrali w kilka dni. To 9,09 proc. kapitału spółki.

Crowdfunding udziałowy, czyli finansowanie przedsięwzięć za pośrednictwem setek drobnych akcjonariuszy przy użyciu specjalnych platform internetowych, to stosunkowo nowe zjawisko. Wcześniej główną rolę odgrywało finansowanie projektów – głównie artystycznych i technologicznych – przez grupę fanów zainteresowanych danym produktem. W zamian za włożone pieniądze mogli oni np. jako pierwsi kupić produkt. Finansowych korzyści z tego nie mieli żadnych. W ten sposób pieniądze na rozwój projektu drukarek 3D zebrała polska marka Zortrax.

Massolution, jedna z największych obok Kickstartera i Indiegogo platform pozyskiwania funduszy na biznes, szacowała wartość tego rynku na koniec 2015 r. na 34,4 mld dol., dwa razy więcej niż rok wcześniej. Prawie 30 proc. wszystkich transakcji crowfundingowych odbywa się obecnie w USA. Szybko rozwija się też rynek azjatycki. Jak jednak dowodzą badania, tylko co piąty projekt zdobywa potrzebne finansowanie. Platformy do zbierania funduszy działają najczęściej w modelu wszystko albo nic. Pieniądze są uruchamiane, jeśli uda się zebrać przynajmniej taką kwotę, jaką na wstępie ogłosił autor projektu.

Crowdfunding jest w większości krajów prawnie nieuregulowany. Pierwszą próbę systemowego uporządkowania crowdfundingu podjął w 2012 r. prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama.

Olgierd Porębski, prawnik z kancelarii Porębski i Wspólnicy, na co dzień zajmuje się doradzaniem przy takich transakcjach. Jak przekonuje, proces jest legalny i odbywa analogicznie do prywatnej emisji akcji. Udziały sprzedaje się i kupuje na podstawie umowy. Najczęściej kapitał zbierany w ten sposób nie przekracza 100 tys. euro. Powyżej tej kwoty konieczne byłoby sporządzenie prospektu emisyjnego, a transakcja musiałaby być kontrolowana przez nadzór finansowy.

Czy będąc inwestorem crowdfundingowym, można zarobić?

– Crowdfunding to sprzedawanie idei, potencjalnych przychodów bez oparcia na konkretnych wycenach czy precyzyjnym modelu biznesowym – komentuje Paweł Cymcyk, prezes Związku Maklerów i Doradców Inwestycyjnych. – To sprawnie przeprowadzona akcja marketingowa, wizerunkowa. Jeśli potraktujemy to jako inwestycję, to trzeba wziąć pod uwagę, że jest ona zawsze dość ryzykowna – dodaje.

Sami pomysłodawcy takich akcji często podkreślają, że jest to raczej zachęta do współuczestniczenia w idei, ale niekoniecznie w zyskach. Wypłata dywidendy, o ile jest w ogóle rozważana, to odłożona jest na daleką przyszłość.

Tomasz Jaroszek, inwestor indywidualny, prowadzący bloga Doradca.tv, twierdzi, że taki projekt, właśnie ze względu na ryzyko, nie jest dla niego atrakcyjną formą lokowania kapitału – To wciąż nisza. Nie widzę dużych szans na upowszechnienie się takiego modelu wśród inwestorów giełdowych. Z pewnością jest to zjawisko bardziej interesujące dla marketingowców i środowiska start-upów niż tradycyjnego inwestora – tłumaczy Jaroszek. – Bo jak traktować poważnie firmę, która za zainwestowanie 40 zł w jedną akcję daje mi zniżkę na produkt i kilka gadżetów.

Jaroszek zwraca też uwagę na brak kontroli inwestora nad tym, co zdarzy się z przedsięwzięciem, w które włożył pieniądze. – Akcji nie można sprzedać w wolnym obrocie, jak to jest na giełdzie. Spółka nie ma obowiązków informacyjnych. Przez lata możemy nie wiedzieć, co dzieje się z projektem, w który zainwestowaliśmy. Firma może też w każdym momencie zmienić model biznesowy albo z dnia na dzień zostać zamknięta. Takie ryzyko w porównaniu z inwestycją w spółki giełdowe jest nieporównywalnie większe – dodaje nasz rozmówca.

Wspieranie projektów w zamian za udziały powinno być dla inwestora opłacalne. Jednak ani jeden polski projekt sfinansowany w tym modelu na razie nie wypłacił dywidendy. – Na to jest jeszcze za wcześnie – przekonuje Konrad Latkowski, marketingowiec i uczestnik akcji crowdfundingowych. – Moim zdaniem więcej w tym zabawy niż inwestycji. Bo chętniej takie projekty będą wspierać ludzie chcący komuś pomóc, a nie ci nastawieni na zysk.

Sukcesy i porażki

Po stronie sukcesów warto odnotować Pebble, multimedialny zegarek, który użytkownik może skonfigurować wedle życzenia. Twórcy zebrali za pośrednictwem Kickstartera ponad 8 mln dol. Wśród wpadek jedną z najszerzej opisywanych była ta z kieszonkowym dronem Zano. Twórcy chcieli zebrać 125 tys. dol. Dostali dwadzieścia razy więcej. Użytkownicy platformy zamówili ponad 15 tys. urządzeń. Producenci nie byli w stanie dostarczyć takiej liczby dronów. Pieniądze przepadły, projekt nie wypalił.

Inwestowanie za pośrednictwem platformy crowdfundingowej nie wiąże się z opłatami. W zamian za przekazanie pieniędzy można otrzymać gadżet firmowy lub zniżkę na zakup produktu, który ma być wytworzony dzięki kapitałowi ze zbiórki. Wszelkie koszty przenoszone są na firmę wystawiającą ofertę. Płaci ona określony procent zebranej kwoty (zwykle 5–10 proc.).

Wybrane polskie serwisy crowfundingu udziałowego

● Beesfund.com

● Wspólnicy.pl

● Crowdangels.pl

● Ideowi.pl