Po tym, jak Brytyjczycy zdecydowali, że ich kraj ma opuścić Unię Europejską, posypały się deklaracje ze strony mniejszych i większych firm z sektora finansowego. Mówią wprost: wynik referendum powoduje, że prawdopodobnie wyprowadzimy się z Londynu.

W takim tonie wypowiedziały się nie tylko banki (np. szwajcarski UBS czy amerykański JPMorgan), ale również firmy zarządzające aktywami, jak M&G, Columbia Threadneedle, Legg Mason czy Fidelity International. Z ankiety przeprowadzonej przez firmę Prequin pod koniec czerwca wynika, że już tuż po referendum 7 proc. funduszy hedge (spośród 142 pytanych) zaczęło rozważać wyprowadzkę z Londynu, a 17 proc. zastanawiało się, co zrobić.

Wedle zapowiedzi Unii Europejskiej ze stolicy Wielkiej Brytanii ma się wynieść regulator sektora bankowego (European Banking Authority).

– Sadzę, że w najbliższym czasie może dojść do różnego rodzaju oddziaływań i zachęt władz UE i Europejskiego Banku Centralnego na inne europejskie banki i instytucje finansowe, aby przeniosły dobrowolnie lub za sprawą odpowiednich regulacji swoje operacje do innego miasta na Starym Kontynencie – uważa prof. Krzysztof Borowski ze Szkoły Głównej Handlowej.

Z Londynu może w najbliższym czasie wyjechać od 10 do 40 proc. pracowników firm finansowych – mówią plotki krążące po stolicy Wielkiej Brytanii, na które powoływał się niedawno The New York Times.

Eksperci z Royal Institution of Chartered Surveyors przewidują, że w wyniku następstw referendum brytyjski – a szczególnie londyński – rynek nieruchomości komercyjnych wejdzie w trend spadkowy.

Decyzja o przeprowadzce nie jest łatwa

Trzeba jednak zauważyć, że niektóre duże instytucje obiecały, że nie uciekną ze stolicy Zjednoczonego Królestwa. Tak zrobiły największe brytyjskie banki, m.in HSBC (ustami członka zarządu Douglasa Flinta) czy Barclays (zapewnił o tym sam szef tej instytucji, Jes Staley).

Ba, są też takie – jak zarządzająca aktywami firma Point72 Asset Management – które zwiększyły (już po referendum) zatrudnienie. Na łamach New York Times przedstawiciele firmy tłumaczyli, że Londyn pozostaje wciąż miejscem, w którym gromadzi się potężny kapitał ludzki, a w dodatku staje się również – po nerwowej reakcji na Brexit – swego rodzaju okazją inwestycyjną.

Warto też pamiętać, że przeniesienie oddziału – czy całej centrali – to nie jest sprawa łatwa w sensie logistycznym i finansowym. Według szacunków firmy konsultingowej Synechron, koszt przeprowadzki instytucji finansowej wynosi około 66,2 tys. dol. (około 50 tys. funtów) na pracownika.

Według prof. Krzysztofa Borowskiego instytucjom finansowym nie będzie łatwo wyprowadzać się z Londynu również z powodów prawnych i kulturowych.

– Należy być świadomym różnic w prawie anglosaskim i kontynentalnym, co może utrudniać przeniesienie rozliczeń z Wysp na kontynent. Podobnie rzecz ma się w przypadku odmiennej roli giełdy i sektora bankowego w systemach finansowych krajów anglosaskich i krajów Europy kontynentalnej. Instytucje finansowe były bowiem przyzwyczajone do takiej roli giełdy w gospodarce i w finansowaniu firm, jaką obserwujemy w Wielkiej Brytanii – mówi prof. Borowski.

Nowy Jork czyha na błąd Londynu

Londyn nie bez powodu jest uważany za największe centrum finansowe świata i biznesową stolicę Europy. Został on dość szczegółowo sportretowany w publikacji firmy Deloitte. Około 40 proc. spośród największych przedsiębiorstw świata, które mają siedzibę w Europie, ma ją właśnie w stolicy Królestwa (dla porównania, w Paryżu 8 proc.).

W Londynie pracuje około 1,5-1,7 mln świetnie wykształconych specjalistów (podczas gdy w Paryżu 0,6 mln), z czego około 340 tys. w sektorze finansowym (w Nowym Jorku – około 322 tys.). Z prognozy PwC wynika, że w 2020 roku – w wyniku wyjścia Wielkiej Brytanii z UE – w Londynie ubędzie około 100 tys. miejsc pracy w sektorze finansowym, a w całej gospodarce – nawet do 1 mln.

Stolica Wielkiej Brytanii jest wielkim hubem inwestycyjnym. Mają w niej siedziby firmy, które zarządzają aktywami o wartości około 395 mld dol. – wynika z tegorocznego raportu firmy JLL. Pod tym względem Londym przegrywa tylko – ale dość znacząco – z Nowym Jorkiem (1024 mld dol.), jednakże może się pocieszyć, że gromadzi jednak trzy czwarte tego biznesu w Europie.

Londyn regularnie plasuje się na pierwszej pozycji Global Financial Centres Index. Zestawienie jest opracowywane przez think-tank Z/Yen Group dwa razy do roku (i publikowane w marcu i wrześniu przez Long Finance). Jest ono wypadkową aż 102 czynników obiektywnych (danych statystycznych, wyników poszczególnych miast i krajów w rankingach ekonomicznych) oraz subiektywnych (ankieta rozsyłana do kilku tysięcy pracowników sektora finansowego). Pierwszy ranking GFCI pojawił się w marcu 2007 roku.

Najgroźniejszym rywalem Londynu w rankingu GFCI jest Nowy Jork, choć wyprzedził stolicę Wielkiej Brytanii po raz pierwszy dopiero w marcu 2014 roku. Było to następstwo serii skandali finansowych (które wiązały się z nieuczciwymi praktykami banków) oraz zbliżającego się referendum niepodległościowego w Szkocji (wrzesień 2014 roku).

Gdy na początku 2014 roku Londyn stracił pierwszą pozycję w indeksie GFCI, przewodniczący Z/Yen Group Michael Mainelli zwracał uwagę, że to miasto musi postawić na reputację i rzetelność oraz utrzymać zaplecze gospodarcze w postaci Unii Europejskiej, bo samo nie dysponuje tak dużym jak Nowy Jork czy Hong Kong.

Staje się więc niemal oczywiste, że w kolejnej (wrześniowej) edycji Global Financial Centres Index Londyn straci pozycję lidera. Zapewne na rzecz rywala zza Wielkiej Wody. Pytanie jest jednak, co dalej? Czy Nowy Jork w długim terminie utrzyma przodownictwo? Nie jest to tak pewne, jak się wydaje.

Okazja

– Brexit jest doskonałą okazją dla innych miast położonych w państwach należących do UE do przechwycenia dużej części obrotów na rynku finansowym, jaka koncentruje się w Londynie – przyznaje prof. Krzysztof Borowski.

Tłumaczy, dlaczego Nowy Jork nie musi być głównym beneficjentem osłabienia się pozycji Londynu.

– Nie można przenieść większej liczby operacji przeprowadzanych dotychczas w Londynie do Nowego Jorku chociażby ze względu na niekorzystny układ stref czasowych, mimo że takiemu rozwiązaniu sprzyja zarówno podobny porządek prawny, jak i ważna rola Wall Street w systemie finansowym. Istnieje zatem konieczność stworzenia innego niż Londyn centrum finansowego na Starym Kontynencie – mówi profesor.

Miastem europejskim, które jest obok Londynu najwyżej w rankingu GFCI, jest szwajcarski Zurych. Jednak według prof. Borowskiego Helweci nie mają co liczyć na liderowanie w Europie.

– W przypadku Szwajcarii problem polega na tym, że nie jest ona członkiem UE oraz ma inną walutę niż euro. Do tego dochodzą jeszcze różnice podatkowe, które mogą okazać się kluczowe na rynku finansowym – przekonuje naukowiec z SGH.

Według ankietowanych przez Z/Yen Group centrami finansowymi, które mają w najbliższych latach największą szansę na znaczącą poprawę swojej pozycji, są Singapur (3. pozycja w rankingu GFCI) i Szanghaj (16. miejsce). Jest to wielce prawdopodobne, bo azjatyckie państwa w bardzo mądry (długoterminowy) sposób budują swoją potęgę ekonomiczną.

W opinii publicystów New York Times największe szanse na przejęcie pałeczki po Londynie ma Amsterdam mający podobne zalety infrastrukturalne (doskonałe lotnisko i sieć transportowa) i geograficzne (centrum Europy Zachodniej). Przemawia za nim również doskonała znajomość języka świata finansów, czyli angielskiego, wśród mieszkańców – aż 90 proc. Holendrów deklaruje, że posługuje się nim płynnie.

Jedyną nacją ze Starego Kontynentu, która może się z nimi pod tym względem równać – jak pokazuje raport Komisji Europejskiej – są Duńczycy, ale ich centrum finansowe (Kopenhaga) jest zbyt prowincjonalne (zajmuje 49. pozycję w rankingu GFCI, tuż za… Warszawą).

źródło: Inne

Zdaniem dr Anety Hryckiewicz z Akademii Leona Koźmińskiego to, które miasto zostanie następcą Londynu, zależy w dużej mierze od lokalizacji siedziby giełdy europejskiej, która – po fuzji giełdy londyńskiej z frankfurcką – ma być drugą największą giełdą na świecie, ustępując miejsca tylko giełdzie w Nowym Jorku.

– Według postanowień UE siedziba ta powinna mieścić się na terenie Unii Europejskiej. Przed wynikami brytyjskiego referendum wskazywano, że głównym ośrodkiem tej giełdy ma zostać Londyn. Obecnie trwają negocjacje w sprawie zapisów dotyczących lokalizacji tej giełdy. Coraz głośniej mówi się o tym, że za siedzibę giełdy może zostać uznany Frankfurt nad Menem. I to jest mój kandydat do rozwinięcia się w główne centrum finansowe Europy – mówi Hryckiewicz.

Specjalistka z Akademii Leona Koźmińskiego wskazuje, że Frankfurt od wielu lat stara się o wzmocnienie swojej pozycji i konsekwentnie realizuje swoją politykę, poczynając od wzmocnienia własnego uniwersytetu i współpracy studentów z sektorem finansowym, przez tworzenie centrów naukowych, po rozbudowę infrastruktury biurowej oraz mieszkalnej.

– Koszty życia są w tym niemieckim mieście dużo niższe niż w Paryżu czy Amsterdamie, a jego jakość wysoka. Ma ono również duże zaplecze kadrowe w sektorze finansowym, liczące około 70 tys. osób – dodaje Hryckiewicz.

Centra powstają tam, gdzie są giełdy

1120 SRODEK 2 wierszKwestia lokalizacji giełdy europejskiej rzeczywiście może się okazać decydująca, bo na to wskazuje historia. W książce “The Future of European Financial Centres” Kirsten Bindemann zwróciła uwagę na kilka ciekawych zależności, jeśli chodzi o rozwój centrów finansowych.

Powstawały one zazwyczaj tam, gdzie wcześniej ulokowały się giełdy papierów wartościowych. Banki centralne zazwyczaj wybierają na siedzibę centra finansowe, które są jednocześnie stolicami krajów. Bank centralny przyciąga banki komercyjne. Ta seria zależności powoduje, że w większości państw unitarnych centrum finansowe jest siedzibą zarówno giełdy, jak i banku centralnego, a zarazem stolicą.

Wyjątkami są państwa federalne – Niemcy, Szwajcaria, Australia czy USA oraz Włochy (gdy na ich obecnym terytorium powstawała giełda i bank centralny, żyły zapewne wciąż sentymenty z okresu księstw).

Według Bindemann bardzo ważną rolę dla centrum finansowego odgrywa zawsze stabilność i siła waluty kraju, w którym to centrum się znajduje.

„Mocna waluta jest symbolem zdrowej gospodarki. Jest sygnałem, że inwestowanie w danym kraju, w danym mieście, jest bezpiecznie” – napisała.

Jeśli euro pozostanie mocne Frankfurt nad Menem będzie przyciągać inwestorów i instytucje finansowe.

Autor: Piotr Rosik