Jak być może pamiętacie, przez ostatnie kilka tygodni przemieszczałem się skuterem. Uznałem, że skoro jego silnik ma pojemność kartonu mleka, a maksymalna prędkość wynosi śmieszne 120 km/h, to jedynym, czego potrzebuję do jego prowadzenia, jest kask. I to taki, w którym moje policzki, usta i oczy pozostają odsłonięte. Cała reszta mojej garderoby pozostała bez zmian: materiałowe spodnie, koszula i tenisówki. Gdy jeden ze znajomych zobaczył mnie w takim stroju, wyznał, że miał mnie za mądrzejszego oraz określił mianem „skrajnie nieodpowiedzialnego”. A następnie głosem nieznoszącym sprzeciwu zasugerował, abym natychmiast przeznaczył równowartość dwóch swoich pensji na zakup ochraniaczy, specjalistycznych butów, jakiegoś pająka na plecy, pełnego kasku (cokolwiek to znaczy), rękawic oraz skórzanego kostiumu, w którym wyglądałbym jak właściciel klubu sado-maso. Na litość boską! Przecież to skuter, którym jeżdżę po okolicznych wsiach! Jeżeli zedrę sobie na nim kolano, to przynajmniej będę miał czym się pochwalić na Facebooku!

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Poza tym uważam, że blizny, skazy, odrapania i inne pozostałości po przygodach z młodości uatrakcyjniają faceta bardziej niż wydepilowane pachy i obcisłe rurki. A same przygody hartują, uczą wytrwałości i przezwyciężania własnych słabości. Wiem to, bo w młodości miałem kilka bolesnych wypadków. Zjeżdżając w wieku 10 lat na krechę z Nosala, wjechałem jakieś 30 metrów w las, łamiąc narty i rozcinając sobie łuk brwiowy. Był 1992 r., więc chyba nie muszę dodawać, że kasków używali wówczas wyłącznie górnicy. Czy to sprawiło, że oddałem się jakimś bezpieczniejszym zabawom, np. grze w bierki? Oczywiście, że nie. Raptem kilka miesięcy później podczas wakacji we Francji wywaliłem się na deskorolce tak, że moja twarz przypominała surowy befsztyk wołowy. Na granicy moi rodzice przez kilka godzin przekonywali celników, że dziecko ze zdjęcia w paszporcie to naprawdę ja. Pamiętam jeszcze, że dwa razy przekoziołkowałem przez kierownicę roweru – za każdym razem akurat zjeżdżałem z górki, robiłem podskok i odpadało mi przednie koło. A, i jeszcze przeszedłem kiedyś przez pokojowe drzwi. A konkretnie przez szybę, która była w nich zamontowana. Oraz wepchnąłem sobie metalową kulkę od łożyska przez nos w okolice płata czołowego.

>>> Czytaj też: Bąk: Byłem jak Maverick z "Top Gun". Na skuterze [FELIETON]

Tymczasem gdy dzisiaj mój trzyletni syn jeździ po parku bez kasku i ochraniaczy, a ja zachęcam go, żeby pedałował szybciej, ludzie grożą mi odebraniem praw rodzicielskich. Na placu zabaw pozwalam młodemu szaleć do woli, sam siadam na ławce i otwieram gazetę. Nie mogę jednak jej czytać, bo moją uwagę zbytnio pochłaniają matki biegające jak cienie za swoimi dziećmi i karcące je: „Nie wchodź tam, bo za wysoko, za daleko, za szybko, bo się potkniesz, wytrzyj nosek, zawiąż bucika, nie zdejmuj okularów, zejdź ze słońca, idź na słońce, bo się ubrudzisz, umyj rączki, nie dotykaj” etc. Ojcowie niestety nie są lepsi. Na basenie każą zakładać dzieciom specjalne kamizelki do pływania, rękawki i koła. Jednocześnie. Nie żartuję. Nie dalej jak tydzień temu widzieliśmy na pływalni dzieciaka, który miał na sobie więcej asortymentu ratunkowego niż było na całym Titanicu. Wydaje mi się, że żadna z części jego ciała nie dotykała wody – zapewne na wypadek, gdyby znajdowała się w niej jakaś bakteria mogąca spowodować chwilową, zupełnie niegroźną wysypkę.

Potrzeba uczynienia życia naszych dzieci bezpieczniejszym doprowadziła nas na skraj absurdu. Za chwilę będziemy zakładali im kaski podczas każdego przeziębienia – żeby kichając nie rozbiły sobie niechcący głowy. Obawiam się, że skutki tego będą opłakane – wyhodujemy pokolenie, które po przecięciu sobie palca nożem będzie wymagało tygodniowej hospitalizacji i długotrwałej terapii psychologicznej. A po uderzeniu się młotkiem w palec będą od razu prosili o eutanazję.

Ponieważ zostało mi już bardzo mało miejsca, a jeszcze nie zająknąłem się o żadnym samochodzie, to pozwólcie, że bez poszukiwania wyrafinowanych aluzji związanych z bezpieczeństwem od razu przejdę do peugeota 308 GTi, którym jeździłem jakiś czas temu. Francuzi nazywają go hot-hatchem i na dowód tego, że faktycznie nim jest, przytaczają kilka suchych faktów: silnik o pojemności zaledwie 1,6 litra generuje imponujące 272 konie, przyspieszenie do setki trwa zaledwie 6 sekund, a prędkość maksymalna wynosi robiące wrażenie 250 km/h. Jestem pewien, że miłośnicy podrasowanych hatchbacków w tym miejscu głośniej przełknęli ślinę, dostali gęsiej skórki, a po karku przebiegł im przyjemny dreszczyk. Ale niestety, gdy już usiądzie się za kierownicą GTi, wszelkie oznaki podniecenia bezpowrotnie znikają. Przykro mi bardzo, ale te 272 konie mają temperament kucyków z karuzeli w wesołym miasteczku. Są łagodne, uśmiechnięte i prawdopodobnie mają warkoczyki i różowy kolor. Owszem, przyspieszają żwawo, ale nie towarzyszy temu absolutnie żadne „wow”, jakiego z pewnością należy oczekiwać po takim aucie. Możecie za to być pewni, że gdy popada, to każdy z tych kucyków zrobi wszystko, co w jego mocy, by wyrwać wam kierownicę z rąk – bo 308 GTi ma napęd wyłącznie na przednią oś. Ma też manualną skrzynię biegów o zdecydowanie zbyt długich skokach lewarka, za miękkie zawieszenie, a dźwięki, jakie z siebie wydaje, przypominają raczej charczącego astmatyka niż sportowe auto. W dodatku w zakrętach jest silnie podsterowny, ale tylko po to, żeby w najmniej oczekiwanym momencie stać się nadsterownym.

Nie zrozumcie mnie źle – 308 GTi jest bardzo dobrym hatchbackiem: szybkim, komfortowym, świetnie wykonanym, wygodnym, przestronnym i zaskakująco ekonomicznym (przy spokojnej jeździe pali 7 litrów benzyny). Jednak w żadnym wypadku nie jest hot-hatchem. Przypomina mi trochę człowieka, który założył dres, wypiął klatę, wciągnął brzuch, rozstawił szerzej nogi i udaje napakowanego sportowca. Ale gdy tylko każecie mu biec, po pięciu metrach się potknie, przewróci, a waszym oczom ukaże się jego piwny brzuszek.

Szczerze mówiąc, nie mam bladego pojęcia, z myślą o kim Peugeot zbudował ten samochód. Jeśli miałbym strzelać, to powiedziałbym, że o ludziach z działu BHP. Francuzi stworzyli pierwszego na świecie bezpiecznego hot-hatcha. Bezpiecznego w tym sensie, że ani razu nie przeszło mi przez myśl, że mógłbym nim jeździć szybko, brutalnie, agresywnie i na granicy przyczepności opon. Nie wzbudził we mnie absolutnie żadnych emocji. Chyba że chodzi o emocje towarzyszące pływaniu w basenie w kamizelce ratunkowej, kole ratunkowym, rękawkach i z płetwami na nogach.

>>> Czytaj też: Usterka zabezpieczeń w 100 mln aut na świecie. Hakerzy mogą zdalnie otworzyć samochody