Staraj się być wyważony. W Polsce łatwo dać się ponieść i zostać stronniczym. Zwracaj uwagę na prawicę. Też ma pewne rzeczy do powiedzenia, ale nie jest tak pociągająca – udzielona przed wyjazdem do Warszawy przyjacielska rada praskich Polaków tkwiła mi w głowie przez cały czteroletni tu pobyt. A po zeszłorocznym wyborczym zwycięstwie PiS stała się niemal nocnym koszmarem. Czy w ogóle można rzetelnie opisać mocno podzieloną Polskę i jednocześnie nie omijać kluczowych problemów? Jest to wprawdzie możliwe, lecz za cenę utraty niektórych polskich przyjaźni. A coraz częściej także za cenę nienawiści i potępienia.

Lato 2012. Przed Warszawą przedzieram się służbową octavią przez niekończące się ograniczenia w ruchu i objazdy. Sto kilometrów nowej trasy ekspresowej z Piotrkowa Trybunalskiego do stolicy jest właśnie na ukończeniu. Budowlańcy nie zdążyli oddać jej na Euro 2012; nowa wysokiej jakości nawierzchnia jest już właściwie położona i niemal wszędzie prace są już na finiszu. Pierwsza podróż z Pragi do Warszawy jest swego rodzaju ekspresowym wprowadzeniem do polskiej rzeczywistości. Zmasowane europejskie inwestycje w infrastrukturę, niemalże w oczach zmieniające kraj, a tuż obok stara komunistyczna autostrada w okolicach Częstochowy, ze skrzyżowaniami z sygnalizacją świetlną i głębokimi koleinami, ozdobiona na poboczach prostytutkami i sprzedawcami grzybów. Polska A i Polska B.

Oba pojęcia były silnie obecne w mojej świadomości przez całe cztery lata. Dumna kolebka Solidarności, znajdująca się w 1989 r. na skraju katastrofy ekonomicznej, kąpiąca się obecnie w zalewie unijnych pieniędzy. Zmodernizowane centra miast oraz atrakcyjne nowoczesne muzea. Doskonałe wskaźniki ekonomiczne i wzrost gospodarczy, również w czasach globalnego kryzysu. Tyle że obok tego w dalszym ciągu przerażająca nędza i wyludniający się kraj. Prawie 2 mln przeważnie młodych Polaków wyjechały w poszukiwaniu lepszego życia za granicę. 30 proc. ludności wiejskich obszarów województwa lubelskiego do tej pory nie ma w domu toalety z bieżącą wodą.

Polska uwielbia ekstrema i, jak wkrótce się przekonam, również te emocjonalne, graniczące czasami z otwartą nienawiścią.

Bóg, honor, ojczyzna

Tuż po przyjeździe do Warszawy udaję się z operatorem na Marsz Niepodległości. Polska prawica i radykalna młodzież obchodzą 11 listopada rocznicę odzyskania niepodległości w 1918 r. Z kameralnej imprezy, zainicjowanej w 2009 r. przerodziła się ona w olbrzymią manifestację niezgody na rządy centrowej Platformy Obywatelskiej, która w Polsce rządziła od 2007 r. Obserwuję barwną paletę twarzy: rodziny z małymi dziećmi, ogolone głowy ostrych radykałów, posłowie prawicy, bojówki kibiców z zamaskowanymi twarzami oraz młodzi studenci. Tłum krzyczy z całych sił: „Bóg, honor, ojczyzna!”, albo: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę!”. W powietrzu wyczuwalne są nienawiść i agresja.

Już na początku marszu dochodzi do starć między radykałami a lewicowymi anarchistami. W powietrzu latają kamienie, wybite są pierwsze okna i wystawy sklepowe. Na pobliskim placu Zbawiciela tłum próbuje zaatakować nową instalację artystyczną o nazwie „Tęcza”; kolorowy łuk młodej artystki Julity Wójcik. Stworzyła ją na cześć polskiej prezydencji w Unii Europejskiej i przeniosła ją niedawno z Brukseli do Warszawy. Dla części polskiej prawicy jest to jednak gorszący symbol lewicowego raka i pedalstwa. Policji tym razem udaje się odeprzeć atak radykałów. Rok później tęcza po atakach spłonie. Zaraz po odtworzeniu przez urząd miasta spłonie ponownie. Do 2015 r., kiedy zostanie zdemontowana, pali się jeszcze siedem razy. Konserwatywny katolicki ksiądz Tadeusz Rydzyk określa ją jako „symbol nienormalności, zboczeń, których Polacy nie mogą tolerować”.

Niejednorodny tłum prawicowych radykałów i spokojnych demonstrantów zaczyna się w międzyczasie burzyć. Kolegów z polskiej publicznej telewizji TVP napadają jako pierwszych. Ewidentnie nie są na imprezie mile widziani. Podobnie zresztą jak inne główne media, uznawane przez prawicę za wrogie. Atak na nas rozpoczyna się zaraz potem. Grupa agresywnych ogolonych głów wraca ze starcia z anarchistami. Kiedy widzą, że próbujemy ich filmować, atakują. Krzyczymy, że jesteśmy dziennikarzami, że tylko wykonujemy pracę, lecz szybko z operatorem uciekamy w kierunku wejścia do jednego z pobliskich domów. Prosimy stojącego w nim mężczyznę, żeby nas wpuścił do środka. Patrzy na nas nieprzychylnie, z takim szczególnym, pustym spojrzeniem. W ostatniej chwili ulega, a my zdążamy wślizgnąć się za szklane drzwi. Oddychamy z ulgą, było naprawdę o włos.

Obrażeni i poniżeni

– Jest pan w Polsce pierwszy raz? Na tę imprezę dziennikarze z wielkich mediów wysyłają już tylko nierzucających się w oczy współpracowników. Każdy się boi – mówi mi kilka dni później Adam, kolega z telewizji publicznej. Po raz pierwszy mam realny kontakt z polską prawicą, której nie jestem w stanie zrozumieć.

– Nikt z nas oczywiście nie popiera przemocy, ale powodów do niezadowolenia jest w Polsce bardzo dużo. Ludzie są po prostu sfrustrowani i wkurzeni – tłumaczy mi gwiazda prawicowego tygodnika „Do Rzeczy”, publicysta i historyk Piotr Semka. Pytam, czy aby to nie jest igranie z ogniem. Semka twierdzi, że jestem po prostu zszokowany tym nieprzyjemnym incydentem. Polska prawica, jego zdaniem, ma może trochę większy temperament, jest jednak bardziej autentyczna i cieszy się masowym poparciem.

>>>Czytaj więcej: Między Frexitem a rządem strefy euro. Nowa definicja Unii Europejskiej

Semka i jego koledzy tłumaczą mi, że w starciu polskiej prawicy z głównym rywalem politycznym – Platformą Obywatelską – nie chodzi wyłącznie o różnice między Polską biedną a bogatą, czyli między beneficjentami transformacji a jej ofiarami. Zdaniem Pawła Lisickiego, redaktora naczelnego „Do Rzeczy”, Polacy są głęboko podzieleni w kwestiach stosunku do tradycji, tożsamości, roli Kościoła. W poglądach na to, jakie ma być państwo, różnice te stopniowo budują mur braku zaufania, poczucie osaczenia oraz trwałe i ostre osobiste niechęci. – Możliwe, że jest to ekstremum; może rzeczywiście jesteśmy najbardziej podzielonym narodem w Europie – dodaje elokwentny publicysta, który nie ukrywa sympatii do PiS, głównej partii politycznej polskiej prawicy cieszącej się blisko 30-procentowym poparciem społecznym.

Spojrzenie Lisickiego, Semki i wielu innych prawicowych publicystów i polityków na Polskę po 1989 r. jest krytyczne, można powiedzieć, że wręcz apokaliptyczne. Wyprzedaż ziemi niemieckiemu i innemu obcemu kapitałowi, mechaniczne przejmowanie zachodniej ideologii liberalnej połączone ze zbytnim uprzywilejowaniem mniejszości seksualnych oraz innych odchyleń od normy tradycyjnej rodziny, niechęć nowej polskiej elity do przeprowadzenia lustracji oraz odcięcia postkomunistów od wpływów politycznych i ekonomicznych. Do tego dochodzi Platforma Obywatelska, która, ich zdaniem, opanowała media, scenę kulturalną oraz inne wpływowe grupy społeczne, nie dopuszczając do głosu żadnej alternatywy i konkurencji. – To jest rozpasana postkomunistyczna oligarchia, którą po prostu należy odsunąć od władzy za każdą cenę, i to jak najszybciej – twierdzi Semka.

Odpowiadam, że nie jestem ani polonistą, ani też specjalistą od polskiej transformacji, ale spojrzenie na Polskę z zewnątrz nie pozwala mi dostrzec kryzysu czy też wyprzedaży wartości. – To jest właśnie takie powierzchowne patrzenie – wzdycha Semka i dodaje, że Europa już dawno nie ma pojęcia o swojej prawdziwej tożsamości i wartościach. Już czas najwyższy, żeby jej ktoś o tym przypomniał. Na przykład konserwatywna i katolicka Polska.

Witamy w piekle

Podczas lektury prawicowych gazet i tygodników obserwuję kolejne fenomeny polskiej prawicy – ostry, agresywny język oraz emocjonalne hasła, dla których rzeczywistość i fakty nie mają większego znaczenia. Emocje odgrywają w polskiej polityce tradycyjnie ważną rolę, co jest zresztą charakterystyczne dla wszystkich partii politycznych.

Jacek Karnowski, redaktor naczelny innego wielkiego prawicowego czasopisma, „wSieci”, tłumaczy mi, że spowodowane jest to Smoleńskiem, czyli sprawą katastrofy polskiego samolotu rządowego wiosną 2010 r., w której zginął Lech Kaczyński, brat rzeczywistego wodza polskiej prawicy Jarosława, oraz wielu członków elity politycznej tej partii. Rządziła wówczas Platforma Obywatelska, która zdaniem zwolenników prawicy mogła nie dopuścić do tej tragedii. – Śmiali się z nas, śmiali się nam prosto w oczy – tłumaczy w emocjonalny sposób Karnowski. – Umarł nasz prezydent, a oni udawali, że nic się nie stało – dodaje.

Odpowiadam, że nie wydaje mi się, żeby polski rząd w kwestii Smoleńska zrobił mało. W tak niespodziewanych sytuacjach zazwyczaj się improwizuje. Karnowski wyraża emocjonalny sprzeciw, ja natomiast po naszym spotkaniu zapoznaję się z jedną z teorii spiskowych, którą część polskiej prasy prawicowej nieustannie lansuje. Smoleńsk jako rosyjsko-polski zamach na prawicowego prezydenta, kraju okupowanego przez postkomunistyczno-żydowski kapitał, „Gej-Europa” stanowiąca śmiertelne zagrożenie dla katolickiej Polski...

Pytam później Karnowskiego, dlaczego prawica kompromituje się takimi paranoicznymi teoriami. On mi na to odpowiada, że sprawy nie są czarno-białe i że powinienem baczniej przyjrzeć się szczegółom. Nie zamierzam dokładnie studiować teorii spiskowych, zauważam jednak, że wraz ze zbliżającym się rokiem wyborczym 2015, w trakcie którego prawica po długim poście może ponownie zdobyć fotel prezydencki oraz większość parlamentarną, zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości wykorzystują je coraz częściej. Podsycają również strach przed falą uchodźców. Prezes Kaczyński ostrzega przed niebezpiecznymi pasożytami i chorobami, które mogą stanowić zagrożenie dla Polaków podczas kontaktu z uchodźcami. We wrześniu 2015 r. na antyemigranckiej demonstracji, która odbyła się w centrum Warszawy, ponownie widziałem rodziny z dziećmi i radykałów niosących nad głowami świński łeb oraz umieszczony na transparencie przekaz dla potencjalnych uchodźców: „Witamy w piekle!”.

Konserwatywna rewolucja jakobińska

Obserwowanie pod koniec października 2015 r. w warszawskim sztabie wyborczym PiS pierwszych reakcji na zwycięstwo było wyjątkowym przeżyciem. Entuzjastyczne okrzyki oraz zimne przemówienie prezesa Kaczyńskiego, który od razu nakazuje brać się do pracy, przywołując na myśl wojsko w szyku bojowym z surowym generałem na czele. Zagraniczni dziennikarze w międzyczasie robią ciche zakłady. Jedni twierdzą, że Kaczyński jak lokomotywa napędzana negatywnymi emocjami w końcu jednak wyhamuje; zdobył władzę, a do rządzenia potrzebuje spokoju. Inni są przeciwnego zdania; tak rozpędzonej maszyny nie da rady zatrzymać nawet sam Kaczyński, o ile w ogóle tego chce. Na parapecie okna sali przy ulicy Nowogrodzkiej zauważam okładkę wyborczego numeru czasopisma „wSieci”. W oczy rzuca się tytuł: „Bijcie kur...y i złodziei”. Nie wygląda to na hamowanie.

Nowy prawicowy rząd rozpoczyna od największych czystek w administracji po 1989 r. Rezygnują wszyscy dowódcy służb specjalnych. Odchodzi część czołowych generałów. Zmienia się dowództwo policji aż do poziomu komendantów wojewódzkich. Blisko 1600 istotnych urzędników państwowych dostaje automatyczne wypowiedzenia wraz z informacją, że będą przechodzić przez stopniową weryfikację. Prawicowy rząd zmienia ustawę o służbie cywilnej w taki sposób, by do administracji państwowej móc przyjmować swoich ludzi, którzy nie muszą już brać udziału w otwartych konkursach i rezygnować z członkostwa w partii. Prawicowy poeta i eseista Jarosław Marek Rymkiewicz nie ukrywa entuzjazmu i mówi o „konserwatywnej rewolucji jakobińskiej”, która kraj uwolni od „złych ludzi, którzy wprawdzie nazywają się Polakami, ale w rzeczywistości nimi już nie są, ponieważ chcą Polskę zniszczyć”.

„Dobra zmiana”, którą obiecywał PiS, zmienia się w serię chaotycznych personalnych czystek i nieczytelnych kroków, które zagraniczni dziennikarze z trudem interpretują. Scenariusz błyskawicznego zdobywania władzy jest jednak dobrze czytelny i dotyczy również obszarów do tej pory nietykalnych. Nowa ustawa automatycznie odwołuje szefów publicznego radia i telewizji; nominowanie nowych dyrektorów powierza rządowemu ministrowi skarbu. Po raz pierwszy w 25-letniej historii demokracji Polska ma media sterowane przez państwo. Nowym szefem publicznej TVP zostaje Jacek Kurski – prawicowy polityk, określany jako „bulterier braci Kaczyńskich”, który wsławił się niewybrednymi posunięciami medialnymi podczas wcześniejszej kampanii wyborczej PiS. Z publicznego radia i telewizji wyrzuconych albo zmuszonych do odejścia zostaje następnie ponad setka dziennikarzy. Pod koniec roku rząd de facto blokuje funkcjonowanie Trybunału Konstytucyjnego, ostatniej instytucji, na którą nie ma wpływu i która może zahamować wiele z planowanych reform. W momencie, kiedy kryzysem konstytucyjnym oraz niektórymi innymi kontrowersyjnymi reformami zaczynają interesować się Bruksela i Strasburg, wybucha w prawicowym obozie nowa histeria. Wpływowy tygodnik „Wprost” ubiera na stronie tytułowej przewodniczącego Komisji Europejskiej Junkera, szefa Parlamentu Europejskiego Schultza oraz niemiecką kanclerz Merkel w nazistowskie mundury i opatruje to tytułem: „Znowu chcą nadzorować Polskę!”, a tygodnik „wSieci” mówi o „Spisku przeciwko Polsce”.

Opór pijawek

Na początku 2016 r. prawicowa rewolucja napotyka jednak opór. Powstaje Komitet Obrony Demokracji, który na ulicę polskich miast stopniowo wyprowadza dziesiątki, a później setki tysięcy ludzi. Wielu zwolenników prawicy paradoksalnie utwierdza to jednak w przekonaniu, że reformy są nieodwołalne. „Opór pijawek i koniunkturalistów poprzedniego reżimu jest jasny i można go było przewidzieć. Walczą o przeżycie, o status majątkowy, prestiż społeczny, o przywileje dla swoich dzieci, o wpływy i możliwości życiowe” – pisze w tygodniku „wSieci” publicysta Stanisław Janecki. Wieczorne wiadomości telewizji i radia zaczynają brzmieć jak konferencje prasowe rządowych ministrów.

Spotykam się z prawicowymi dziennikarzami i po raz kolejny pytam, dlaczego ta czarno-biała negatywna optyka ma odnieść sukces i w czym jest lepsza od praktyk poprzednich rządów, które prawica tak ostro krytykowała. Piotr Semka tłumaczy mi, że rząd jest pod olbrzymim naciskiem i że to rozpaczliwa próba stworzenia przestrzeni dla reform, zmian i ich prezentacji. Nasza rozmowa jest długa i gorzka. Semka kończy stwierdzeniem, że w swoim zaślepieniu pomijam grzechy poprzednich rządów, podobnie zresztą jak większość zagranicznych mediów. „Hiena” – syknie pod moim adresem wkrótce potem dziennikarz prawicowej telewizji TV Republika, kiedy w parlamencie po raz kolejny pytam wicepremiera Glińskiego o nową politykę kulturalną prawicowego rządu oraz masową wymianę pracowników w polskich instytutach kulturalnych za granicą. Histeria i paranoja przybierają na sile również w sferze prywatnej. Część warszawskich przyjaciół, być może zapobiegawczo, zrywa z nami kontakty.

Epilog

Wiosna 2016 r. Pozostało mi już tylko kilka miesięcy do wyjazdu z Polski, a ja z przerażeniem stwierdzam, że w kraju i przestrzeni medialnej doszło do zagęszczenia atmosfery. Przeglądam najnowsze archiwum telewizyjne i liczę wypowiedzi polskich polityków rządowych, które rozpoczynają się od słów: „Zdecydowanie się nie zgadzamy...”, „Nie dopuścimy...”, „Nie pozwolimy sobie narzucić...” itd.

W parku w warszawskiej dzielnicy Mokotów spotykam znajomego reżysera Pawła Pawlikowskiego. Za czarno-biały film „Ida” otrzymał pierwszego w historii polskiej kinematografii Oscara. Opowiedziana przez Pawlikowskiego historia młodej zakonnicy, odnajdującej swoje żydowskie korzenie i odkrywającej polskie wojenne traumy, zachwyciła artystycznym pięknem i wrażliwością światową publiczność. Dla polskiej prawicy „Ida” jest jednak symbolem wypaczonej interpretacji historii, który poprzez wzmianki o polskim antysemityzmie tworzy fałszywy obraz kraju za granicą. Dlatego też polska telewizja publiczna ponownie pokazała ten film, tym razem opatrując go komentarzem oraz napisami, które fragmentom pokazującym antysemityzm wyraźnie zaprzeczają. Pawlikowski oraz wielu innych polskich reżyserów ostro zaprotestowali. Bez skutku.

Reżyser wygląda na zdenerwowanego i zmęczonego. Smutne jest to, mówi, że Polska jest żywym, demokratycznym i różnorodnym społeczeństwem. Jednak ci ludzie, których wybrało niespełna 6,5 mln wyborców z łącznej liczby 40 mln obywateli, zrujnują obraz naszego kraju na bardzo długo.

Mówię mu, że nie jestem Polakiem i nie wypada mi oceniać jego kraju. Też mam jednak wrażenie, że coś jest nie w porządku. Niestety coraz silniejsze. ⒸⓅ