Trzeba dostrzec strukturę władzy panującą w społeczeństwach kapitalistycznych. Gdzie władza jest bezpośrednio powiązana z pieniądzem. A pieniądz zawsze w naturalny sposób woli rozwiązania prorynkowe. Na ograniczenie swojej swobody zaś godzi się niechętnie.

Niektórzy mówią, że debata ekonomiczna wychyla się w naturalny takt czegoś na kształt wahadełka. Weźmy tylko XX wiek w bogatym świecie zachodniego kapitalizmu. Najpierw rządził leseferyzm wspierający się na dorobku ekonomii neoklasycznej, wolnej grze podaży i popytu oraz gospodarce w naturalny sposób wracającej do stanu równowagi. Ale to myślenie zdmuchnął wielki kryzys lat 30. Bezrobotnych liczyć trzeba było w milionach, a degrengolada tkanki społecznej urodziła systemy totalitarne oraz wojenną hekatombę. W końcu jednak kryzys został przezwyciężony. Głównie dzięki keynesizmowi (choć inne propozycje też padały). Ale ponieważ nic nie trwa wiecznie, więc i podejście popytowe doszło do swoich granic. Stało się tak, gdy w latach 70. zachodni kapitalizm wpadł w pułapkę stagflacji (czyli połączenia gospodarczej stagnacji z wysoką inflacją). To stagflacja podmyła wiarę w stare keynesowskie recepty królujące w zachodniej ekonomii w poprzednich trzech dekadach.

Zatrzymajmy się na moment w tym miejscu i zobaczmy, że wydarzyło się to szybko. Podejrzanie szybko. Pojęcia „stagflacja” użył po raz pierwszy brytyjski torys Iain Macleod w roku 1965. Opisywał jednak sytuację z ówczesnego punktu widzenia hipotetyczną. Tak naprawdę bowiem stagflacja uderzyła dopiero po wybuchu kryzysu naftowego (1973). W USA produkcja przemysłowa zaczęła gwałtownie spadać w roku 1975. Inflacja uderzyła z kolei dopiero pod koniec lat 70. Szczytem stagflacji były więc dopiero początki lat 80. Tymczasem teoretyczne wyjaśnienie tego zjawiska było już gotowe od końca lat 60. Chodzi o tzw. model Friedmana i Phelpsa (obaj panowie dostali zań potem Nobla) znany jako koncepcja naturalnej stopy bezrobocia. Friedman i Phelps byli rewolucjonistami, bo uderzali w sam fundament keynesowskiej polityki. Którym nie jest bynajmniej (wbrew temu, co mówią niektórzy krytycy Keynesa) interwencja w gospodarkę przeprowadzana dla samej interwencji. Obsesją keynesistów zawsze było przymusowe bezrobocie. Uważane przez nich za matkę wszystkich nieszczęść ekonomicznych (problem z popytem) oraz społecznych (pauperyzacja i brak perspektyw). I dlatego solą polityki keynesowskiej miało być wysuwanie na plan pierwszy polityki pełnego zatrudnienia. Bo wtedy reszta się jakoś ułoży. Tymczasem Friedman i Phelps zamachnęli się właśnie na tę świętość. Mówiąc, że walka z bezrobociem w dłuższym okresie prowadzi do nieuchronnego wzrostu inflacji. A keynesistów porównywali do narkomanów, którzy potrzebują coraz to mocniejszych strzałów (coraz więcej pieniędzy wpompowanych w gospodarkę), żeby być znów na haju (kolejne zwiększenie aktywności gospodarczej, dzięki któremu spada bezrobocie). I w końcu tracą nad tym wszystkim kontrolę.

W drugiej połowie lat 70. argument Friedmana i Phelpsa faktycznie był więc na czasie. Bo rządy rzeczywiście pompowały w gospodarkę coraz więcej pieniądza, powodując inflację. A bezrobocie jakoś nie chciało spadać. Niemal natychmiast pojawili się więc politycy gotowi przekładać rozumowanie Friedmana/Phelpsa na język politycznej praktyki. Na przykład uelastyczniając rynek pracy w nadziei, że to stworzy zdrowszy wzrost gospodarczy. W USA tę tzw. rewolucję podażową zaczął już demokrata Jimmy Carter (wybrany na prezydenta w 1976 roku), a pogłębił jego republikański następca Ronald Reagan. Margaret Thatcher objęła tekę premiera Wielkiej Brytanii w roku 1979. W latach 80. uelastycznianie wpisano do konsensu waszyngtońskiego aplikowanego gospodarkom wschodzącym. W 90. tą drogą szli już nawet lewicowcy w stylu Schroedera, Blaira czy naszego Jerzego Hausnera.

Tylko że w początkach XXI wieku role się odwróciły. Teraz to neoliberałów coraz częściej dało się porównać do narkomanów. Obsesyjnie szukający kolejnej działki: jeszcze jednego uelastycznienia już i tak do bólu elastycznych rynków pracy. Albo kolejnych transz deregulacji już i tak niebezpiecznie zderegulowanej gospodarki. Efektem był krach roku 2008. Ale tu analogie się kończą. Bo choć od wielkiego fiaska ekonomii podażowej mija już niemal dekada, a na stole jest bardzo wiele teoretycznych recept, jak wyjść z kryzysu (piszemy o nich w tym miejscu regularnie), to jednego brakuje. Nie ma bynajmniej gorliwej plejady polityków skłonnych przekuć to na praktykę rządzenia.

Przypadek? Nie sądzę. Podobnego zdania jest też noblista Paul Krugman, który dał temu wyraz, odbierając kilka dni temu w Genewie jedną z ekonomicznych nagród. Krugman pokazał, że by wyjaśnić tę zagadkę, trzeba wyjść poza obszar wąsko rozumianej ekonomii. I dostrzec strukturę władzy panującą w społeczeństwach kapitalistycznych. Gdzie władza jest bezpośrednio powiązana z pieniądzem. A pieniądz (oraz obsługujące go grupy interesu) zawsze w naturalny sposób woli rozwiązania prorynkowe. Na ograniczenie swojej swobody zaś godzi się niechętnie i tylko gdy alternatywą jest nieuchronna utrata wszystkiego (jak w czasie wielkiego kryzysu). To dlatego w latach 70. rewolucja podażowa nabrała tempa niemal natychmiast. A w roku 2008 rewolta antyneoliberalna tak mocno się ślimaczy. ⒸⓅ

>>> Czytaj też: Odwrót od globalizacji nie będzie dla Polski korzystny