W ciągu roku istnienia stworzonego przez zwycięskie PiS gabinetu Beaty Szydło doszło do zmian we wszystkich najważniejszych instytucjach finansowych państwa.

Zmienił się prezes NBP oraz skład prawie całej Rady Polityki Pieniężnej. Od niedawna urzęduje też nowy przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. Nowego prezesa ma również Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie.

Najwcześniej, bo już w styczniu swój urząd objęła prezes GPW Małgorzata Zaleska. Zastąpiła Pawła Tamborskiego, który w grudniu podał się do dymisji. Nowa prezes GPW zapowiedziała po nominacji, że jej priorytetami będą rozwój rynku kapitałowego i zwiększenie świadomości finansowej Polaków.

Na początku 2016 r. kończyła się kadencja prawie całej Rady Polityki Pieniężnej. Do 2019 r. pozostaje w RPP jedynie Jerzy Osiatyński, który został w 2013 r. wybrany przez prezydenta na miejsce Zyty Gilowskiej.

13 stycznia Senat wybrał do Rady Marka Chrzanowskiego, Eugeniusza Gatnara i Jerzego Kropiwnickiego. Zastąpili oni Jerzego Hausnera, Andrzeja Rzońcę i Jana Winieckiego, których kadencje wygasły 24 stycznia.

30 stycznia Sejm wybrał na członków RPP prof. Grażynę Ancyparowicz z Górnośląskiej Wyższej Szkoły Handlowej i prof. Eryka Łona z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Oboje zostali zgłoszeni przez PiS. Zastąpili Andrzeja Bratkowskiego i Elżbietę Chojnę-Duch, których kadencje w RPP wygasły 20 stycznia br.

Dopiero w marcu Sejm wybrał w skład RPP swojego trzeciego kandydata, posła PiS prof. Jerzego Żyżyńskiego. Zastąpił on w Radzie Annę Zielińską-Głębocką, której kadencja wygasła już 9 lutego. Miesięczna zwłoka została spowodowana tym, że początkowo kandydatem PiS na miejsce Zielińskiej-Głębockiej był prof. Henryk Wnorowski z Uniwersytetu w Białymstoku, którego kandydatura została jednak wycofana na początku lutego. Wtedy PiS zgłosiło prof. Żyżyńskiego.

Z kolei 19 lutego wygasły kadencje Adama Glapińskiego i Andrzeja Kaźmierczaka, powołanych przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W ich miejsce prezydent Andrzej Duda powołał Łukasza Hardta i Kamila Zubelewicza.

Jednak Adam Glapiński nie przestał zasiadać w RPP. W czerwcu 2016 r. wygasła kadencja przewodniczącego radzie prezesa NBP Marka Belki. Jedynym kandydatem na jego następcę już na kilka miesięcy wcześniej był właśnie Glapiński.

Po odejściu z RPP został członkiem zarządu NBP, a w czerwcu Sejm wybrał go na prezesa banku centralnego. Wcześniej, zgodnie z konstytucją, został zgłoszony przez prezydenta Andrzeja Dudę. Priorytetem dla prezydenta jest stabilność złotego - tłumaczył tę kandydaturę szef prezydenckiego biura prasowego Marek Magierowski. "Nie ma wątpliwości, że profesor Glapiński jest najlepszą osobą, która będzie ten priorytet wypełniać" - zaznaczył.

Od 2009 r. Glapiński był doradcą ekonomicznym prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w lutym 2010 roku wskazał go jako jednego z trzech swoich przedstawicieli w RPP. Przed wejściem do Rady Glapiński przedstawiał się jako zwolennik silnej obecności państwa w gospodarce oraz przeciwnik szybkiego wchodzenia przez Polskę do strefy euro.

W RPP uchodził za przedstawiciela "gołębiej" linii, opowiadającej się raczej za obniżaniem stóp procentowych. NBP będzie nadal niezależnym bankiem, obecny poziom stóp procentowych jest odpowiedni, a interwencje na rynku walutowym będą kontynuowane - zapowiadał bezpośrednio przed wyborem.

W sprawie polityki pieniężnej nowa RPP pod kierownictwem nowego prezesa NBP kontynuowała linię poprzedników, nie zmieniając stóp procentowych, choć na konferencjach prasowych po posiedzeniach Rady Glapiński nie wykluczał, że w przyszłym roku może dojść do zmiany stóp.

Pewnym novum było włączenie się Glapińskiego w sprawę prezydenckiego projektu ustawy frankowej. 2 sierpnia prezes NBP wystąpił z przedstawicielami Kancelarii Prezydenta na wspólnej konferencji prasowej, podczas której zaprezentowano skierowany właśnie do Sejmu projekt ustawy o zwrocie spreadów frankowiczom, a także zapowiedziano "działania nadzorcze", z udziałem Komitetu Stabilności Finansowej, które miały skłonić banki do dobrowolnego przewalutowania kredytów frankowych.

Poparty przez prezesa NBP projekt prezydencki przewidywał, że banki będą musiały zwrócić swoim klientom różnicę między dopuszczalnym spreadem a tym, który w rzeczywistości pobrały. Kancelaria szacowała wówczas, że koszty tej operacji dla banków wyniosą 3,6-4 mld zł.

Jakiś czas później jednak w opinii przesłanej do prezydenckiego projektu Narodowy Bank Polski oszacował, że koszty wdrożenia projektu mogą być nawet ponad dwa razy wyższe. Uznał też, że poza bezpośrednim zwrotem spreadów dla klientów, banki poniosłyby dodatkowo koszty operacyjne, zaangażowania pracowników i zmian operacyjnych. Tym niemniej Glapiński podtrzymał jednak generalne poparcie dla projektu.

Z kolei Komisja Nadzoru Finansowego oszacowała na początku października, że wejście w życie propozycji prezydenckiej kosztowałaby banki aż 9,3 mld zł. Zwracała też uwagę na zawarte w projekcie zapisy, łamiące zasadę niedziałania prawa wstecz. W przeprowadzonej krótko potem sejmowej debacie przy okazji pierwszego czytania m.in. prezydenckiego projektu przedstawiciel prezydenta Maciej Łopiński przekonywał, że skala nieprawidłowości w kredytach walutowych "zagraża systemowi finansowemu w Polsce" i "przesłanka ta zobowiązuje ustawodawcę do interwencji".

Polemizował też ze stanowiskiem KNF, dowodząc, że są sytuacje pozwalające naruszyć zasadę niedziałania prawa wstecz i ten przypadek do takich należy.

Zresztą KNF kierowana od 2011 r. przez Andrzeja Jakubiaka nie cieszyła się zaufaniem środowisk finansowych, kojarzonych z PiS. Jakubiak negatywnie był oceniany zwłaszcza przez osoby związane ze środowiskiem SKOK-ów, twierdzących, że działania komisji wobec kas miały znamiona polityczne. "To była fatalna kadencja, pokazująca jak nie powinien wyglądać nadzór" - oceniał np. Jakubiaka kojarzony z kasami poseł PiS Jan Szewczak.

Jednak pięcioletnia kadencja Jakubiaka upływała 12 października br. Premier Beata Szydło zdecydowała, że jego następcą przez następnych 5 lat będzie Marek Chrzanowski, ledwie od stycznia członek Rady Polityki Pieniężnej. Wywołało to pewne zamieszanie na rynkach finansowych, bo Chrzanowski na początku września złożył niespodziewaną rezygnację z zasiadania w RPP, nie tłumacząc jednak w przekonujący sposób powodów. Wywołało to falę spekulacji na rynku, tym bardziej, że Chrzanowski w połowie września wycofał rezygnację, a następnie złożył ją ponownie. Ostatecznie Senat odwołał go z RPP w czwartek 6 października. Dopiero powołanie go na szefa KNF wyjaśniło sytuację.

Według relacji medialnych Chrzanowski został szefem KNF z poręczenia prezesa NBP Adama Glapińskiego, który jeszcze przed wyborem na prezesa banku centralnego mówił publicznie, że jest zwolennikiem powrotu przynajmniej nadzoru bankowego z KNF do NBP. Później zaczął dopuszczać nawet podporządkowanie całego nadzoru finansowego bankowi centralnemu. Z tego punktu widzenia kierowanie komisją przez człowieka bliskiego Glapińskiemu, jak można było przeczytać w mediach, było okolicznością istotną.

Niespodziewanie jednak na niedawnym październikowym posiedzeniu sejmowej komisji finansów te pomysły NBP skrytykował poseł PiS i wiceszef komisji finansów Jan Szewczak. Pytał on m.in., czy NBP nie zaczyna ostatnio zastępować rządu w kierowaniu polityką finansową państwa i oddziaływaniu na rynek finansowy.

Jednym z przejawów - jak mówił - jest właśnie pomysł na przejęcie przez bank centralny nadzoru nad KNF, więc m.in. nad rynkiem ubezpieczeniowym. Wątpliwym posunięciem NBP było też - jego zdaniem - "wzięcie odpowiedzialności za tzw. kredyty frankowe" poprzez udzielenie poparcia przez prezesa NBP prezydenckiemu projektowi ustawy o zwrocie spreadów frankowiczom. "Kto dużo obejmuje, ten mało ściska" - komentował Szewczak.

Prezes NBP nie odniósł się jeszcze do tych uwag, choć niewykluczone jest jego spotkanie z sejmową komisją finansów m.in. w tych kwestiach.