Pisałem już w tym miejscu wiele razy, że problemem naszych czasów jest to, że mniej więcej od 30 lat (tzw. epoka neoliberalna) we wszystkich rozwiniętych gospodarkach coraz mniejszy kawałek tego ciastka przypada na wynagrodzenie pracy. To wielki problem społeczny, bo większość ludzi w krajach rozwiniętych utrzymuje się właśnie z pracy. Owszem, ciastko rośnie (wzrost gospodarczy), ale nie w takim tempie, by zniwelować negatywne skutki zmniejszającego się udziału pracy w PKB. Niektórzy twierdzą (i ja też się do nich zaliczam), że to jest główna przyczyna zarówno kryzysu z 2008 r., jak i trwającej od tamtej pory ekonomicznej stagnacji zachodniego świata.

Tu pytanie: jeśli ciastko rośnie, a jednocześnie coraz mniejsza jego część trafia do pracowników, to co się dzieje z resztą wypieku? Kto je u licha konsumuje? Ekonomiczna lewica ma na to pytanie prostą odpowiedź. Oczywiście kapitał! Zgodnie z nieformalną regułą kapitalistycznego świata, że kto już ma, temu jeszcze będzie dodane.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Niektórzy jednak nie zadowalają się taką odpowiedzią i pytają dalej. A cóż to jest ten kapitał? Takie pytanie postawił ekonomista z Uniwersytetu Chicagowskiego Simcha Barkai. Z jego rachunków wyszło, że udział zysków kapitałowych w PKB (przynajmniej w USA) też w ostatnich latach spada. No więc jak to jest? Ciastko rośnie? Rośnie! Kawałek (oczywiście patrząc w relacji do wielkości ciastka, nie w liczbach bezwzględnych), którym mają się podzielić pracownicy, maleje? Maleje. Kawałek dla tych, którzy wyłożyli kapitał na rozwój przedsiębiorstwa (akcjonariusze), maleje? Maleje! No to kto u licha zjada ciastko?

Barkai wskazuje, że tą częścią ciastka, która rośnie, są zyski firm (ang. profits). Czyli ta część, która zostaje po opłaceniu kluczowych czynników produkcji: pracy i kapitału. Udział zysków w amerykańskim PKB z 2 proc. w 1984 r. skoczył do 16 proc. w 2014 r. Jak to możliwe? Opiekun naukowy Barkaia Luigi Zingales (notabene najciekawszy obecnie ekonomista z Chicago) sugeruje, że składa się na to kilka czynników. Choćby to, że największe korporacje nauczyły się obchodzić ograniczenia antytrustowe. Głównie poprzez ciągłe połykanie konkurentów (fuzje i przejęcia). To sprawia, że nie muszą właściwie ani inwestować, ani pozyskiwać nowego kapitału, by zabezpieczyć swoją pozycję na rynku. I tak zarabiają dzięki odpowiedniej polityce cenowej i wysokich barierach wejścia na rynek dla konkurentów. Do tego można dorzucić jeszcze wycofywanie się państw (takich jak USA) ze swojej roli inwestora wysokiego ryzyka (to teza ekonomistki Mariany Mazzucato). Którego nie stać już dziś (powodem choćby coraz niższe podatki dla najbogatszych) na wspieranie przełomowych wynalazków oraz technologii. Takich jak kiedyś internet czy telefonia komórkowa.

Wróćmy jednak do frapujących wniosków Barkaia. Otóż wygląda na to, że w samym sercu słynnej wolnorynkowej szkoły chicagowskiej ekonomiści zaczynają dochodzić do podobnych wniosków co wiele lat temu przedstawiciele lewicującego środowiska „Monthly Review” Paul Baran i Paul Sweezy. Oni też uważali, że kapitalizm w naturalny sposób sprzyja powstawaniu monopoli. Czym zaczyna działać na własną niekorzyść. W tym wypadku na niekorzyść niektórych posiadaczy kapitału.

Na pocieszenie tym ostatnim dodać należy, że obliczenia Barkaia dotyczą tylko sektora pozafinansowego. Co w czasach finansjalizacji (a więc coraz większego znaczenia rynków finansowych względem realnej gospodarki) ma spore znaczenie. Podsumowując: kapitał wciąż ma więc parę miejsc, gdzie może sobie powetować straty spowodowane dążeniem firm do monopolizacji oraz wzrostem zysków, które zostają w firmie (ewentualnie są dzielone pomiędzy najważniejszych akcjonariuszy). Praca niestety ma takich miejsc coraz mniej. ⒸⓅ

>>> Czytaj też: Kapitalizm nas wyzwolił? Pracujemy dziś dłużej niż w średniowieczu