Na naszą prośbę ZUS sporządził zestawienie liczby osób, które pracowały tylko na umowach-zleceniach (albo agencyjnej lub cywilnoprawnej) i odprowadzały od nich składki emerytalno-rentowe. W ubiegłym roku przeciętnie w miesiącu było takich osób 1 mln 16 tys. To tylko niewiele mniej niż w 2016 r. Wtedy przeciętnie w miesiącu składki od takich umów odprowadzało 1 mln 30 tys. osób.

W zamyśle autorów pomysłu ozusowanie umów-zleceń miało być pierwszym krokiem w walce z umowami śmieciowymi – czyli taką formą zatrudnienia, która jest opłacalna dla pracodawcy (ze względu na oszczędności na składkach), ale niekoniecznie dla pracownika (ze względu na gorszą ochronę prawną i brak kapitału emerytalnego). Ale umowy śmieciowe na rynku pracownika mają się całkiem nieźle. Oskładkowanie wszystkich umów-zleceń w 2016 r. nie przełożyło się na wyraźny spadek popularności tej formy zatrudnienia. Mimo dużego popytu na pracę (w pierwszych trzech kwartałach ub.r. utworzono ponad pół miliona nowych miejsc pracy, a w końcu września prawie 28 tys. nie było jeszcze obsadzonych) ta formuła świadczenia pracy nie traci na atrakcyjności.

Unikanie trudniejsze

– Skoro nie ma spadku ich liczby, to trudno mówić, że maleje zainteresowanie tego typu umowami. Przy obecnym wzroście zatrudnienia nie spadła liczba umów cywilnoprawnych, a w segmencie umów o dzieło być może nawet wzrosła. Ponieważ mamy rynek pracownika, to na pewno możemy zaobserwować presję na wzrost wynagrodzeń, stąd większy przypis składek na Fundusz Ubezpieczeń Społecznych. Ale trudno stwierdzić skłonność pracodawców do zawierania umów o pracę, jaka powinna wynikać z presji ze strony pracowników – mówi Paweł Wojciechowski, główny ekonomista ZUS.

Podkreśla jednak, że trudno o ostateczne i twarde oceny. Nie ma bowiem jeszcze pełnych danych o umowach o dzieło za 2017 r.

– Nie mamy informacji o tym, ile ich się zawiera i jakiej są wartości. Od nich nie płaci się składek. Nie można wykluczyć, że od początku 2016 r. takie umowy zyskały na atrakcyjności – dodaje Wojciechowski. Zaznacza, że unikanie składek, które polega na zamianie jednego rodzaju umowy innym (np. zlecenia umową o dzieło), jest coraz trudniejsze, bo obarczone dużym ryzykiem zakwestionowania tego przez ZUS.

Forma wciąż atrakcyjna

Także na podstawie dostępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego trudno o stawianie twardych tez. Niemniej liczba zatrudnionych w gospodarce na podstawie stosunku pracy (to pojęcie nie obejmuje umów śmieciowych) w ciągu trzech kwartałów 2017 r. wzrosła o 3,3 proc. Liczba zatrudnionych w ten sposób zwiększyła się do ponad 8,7 mln. Na tym tle to, że liczba umów-zleceń nie rośnie, można też potraktować jako sukces.

Z danych ZUS wynika, że choć liczba ubezpieczonych niemal się nie zmieniła, to kwota składek, jakie wpłacano od umów-zleceń, już tak. Średni miesięczny przypis składki z tego tytułu w 2016 r. wynosił nieco ponad 305 mln zł. A w 2017 r. – już prawie 364 mln zł. Prawie 20-proc. wzrost to efekt decyzji rządu, by w ubiegłym roku radykalnie podnieść płacę minimalną i minimalną stawkę godzinową. Trzeba bowiem wiedzieć, że składek ZUS nie płaci się od całości umowy-zlecenia, tylko do wartości minimalnego wynagrodzenia. Dlatego też ta forma zatrudnienia w porównaniu z umowami o pracę wciąż jest z punktu widzenia pracodawcy atrakcyjna.

– Ponieważ podstawą wymiaru jest wysokość płacy minimalnej, to z punktu widzenia pracodawcy nadal taka umowa jest mniej kosztowna niż umowa o pracę. Gdyby podstawa ta była wyższa, to również wpływy ze składek byłyby wyższe – mówi Paweł Wojciechowski.

>>> Czytaj też: Wynagrodzenia w Polsce. Kto zarabia najwięcej i czyje płace wzrosły najmocniej w ciągu dekady?