„Czy podoba nam się pomysł finansowania z publicznych pieniędzy przejmowania zagranicznych firm, żeby zapewnić ekspansję rodzimego przemysłu i polskich marek? Oczywiście, że nie, ale polskie przedsiębiorstwa muszą grać tak, jak pozwala przeciwnik” – piszą autorzy raportu „Bariery i utrudnienia dla polskich firm w Unii Europejskiej” przygotowanego przez Warsaw Enterprise Institute (WEI).

– Musimy pozbyć się romantycznego spojrzenia na Unię Europejską. Trzeba zdać sobie sprawę, że to też ciągła walka, czujność i w razie rażących naruszeń urzędniczych kierowanie spraw do sądów, tak, aby druga strona zrozumiała, że są granice restrykcji i musi liczyć się z ostrą odpowiedzią – mówi Tomasz Wróblewski, prezes WEI.

Przedstawiciele WEI oraz Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu podkreślają, że na protekcjonizm wobec polskich produktów powinny reagować polskie służby dyplomatyczne. Powinny też pilnować legislacji w krajach UE i informować przedsiębiorców o utrudnieniach w określonych branżach.

Sami przedsiębiorcy mogą zaś rozważać broń ostateczną, jaką jest przejęcie zagranicznego konkurenta albo jego marki.

„Polskie meble, turbiny, części samochodowe, rodzime przetwory, czy elektronika cieszą się popularnością w Europie Zachodniej tak długo, jak długo godzą się występować pod obcą marką i odstępować znaczną część marży obcym firmom. Bywa, że polskie okna w Niemczech czy polskie łóżka w Wielkiej Brytanii są w stanie konkurować z niemieckimi tylko dzięki temu, że występują pod marką dawno zbankrutowanej, lokalnej konkurencji” – czytamy w raporcie.

Jego autorzy podkreślają jednocześnie, że nie chodzi o „polskość” produktów, a o ich konkurencyjność. Spory często dotyczą polskich wyrobów, bo nasz eksport do UE wyraźnie się zwiększa i narusza coraz więcej interesów. W 2004 roku, gdy przystępowaliśmy do UE, wartość eksportu do tych krajów wynosiła 215,6 mld zł, w 2016 roku była już prawie trzy razy większa – 641,3 mld zł.

– Polskim firmom i ich produktom, usługom i technologiom brakuje przede wszystkim światowej rozpoznawalności. Zagraniczna metka i wysoka marża, z którymi zachodni sąsiedzi sprzedają u siebie polskie towary, to cenna wskazówka. Oni dostrzegli świetną jakość naszych produktów, więc i my bazujmy na niej, budując markę polskiego eksportu – radzi Tomasz Pisula, prezes Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.

Co do zasady jednolity rynek europejski ze swobodą przepływu towarów działa. To dzięki niemu możliwy był taki wzrost polskiego eksportu. Organizatorzy konferencji podkreślali jednak, że wyjątki od zasady wolnego rynku mnożą się wraz z kolejnymi sukcesami polskich firm.

„Większość nowych barier nie została nagle wdrożona czy uchwalona przez lokalne rządy i parlamenty, ale odnoszą się np. do lokalnych zwyczajów. Różnice interpretacyjne wynikają także z praktyki pracy administracji. Ramy tych interpretacji okazują się po prostu coraz bardziej elastyczne. Do tego stopnia, że trudno czasem zrozumieć, jak rozmaite zakazy czy protekcjonistyczne przepisy mogły wyrosnąć z jednego wolnościowego konceptu wspólnego rynku” – czytamy w raporcie.

Co ważne, protekcjonistyczne zachowania wcale nie dotyczą tylko krajów Europy Zachodniej, jak mogłoby się wydawać. Także krajów, które są w Polsce uznawane za bliskich partnerów. Głośna była historia sekowania polskiej żywności w Czechach. Pouczający jest też przykład blokowania sprzedaży polskiego alkoholu na Węgrzech. 

W 2015 roku istniejącym na Węgrzech podatkiem zdrowotnym nakładanym na fast-foody i słodycze objęto także alkohol. W taki jednak sposób, aby nie zaszkodzić tradycyjnym węgierskim wyrobom – Palince i likierowi Unicum (z podatku zwalniało wykazanie obecności ziół w napoju alkoholowym). Polscy eksporterzy szybko przystosowali się do tych wymogów, więc w 2017 roku wymagany stopień obecności ziół w alkoholu jeszcze zwiększono i zupełnie uchylono możliwość wyłączania wódki z wymogów podatkowych.

Co te wszystkie działania oznaczają dla polskich eksporterów najlepiej pokazują liczby. W 2016 roku sprzedali oni na Węgrzech rekordowe 5,3 mln litrów wyrobów alkoholowych, a przez 11 miesięcy 2017 roku tylko 1,5 mln l.

Oddzielnym tematem jest eksport różnego rodzaju polskiej żywności na europejskie rynki. Polscy eksporterzy żywności szacują, że ponad 30 proc. produktów eksportowanych do państwa UE, stawiających bariery importowe, spotyka się z dyskryminacją.

Średnio na pokonanie tych problemów potrzeba cztery dni robocze, a dodatkowe koszty to ok. 4 proc. całkowitej wartości eksportu. Tu, obok złej woli urzędników, dochodzą też czarne kampanie PR-owe przeciwko polskiej żywności, za którymi stoją lokalni producenci.

Jeszcze bardziej dotkliwy może być faktyczny brak swobody przepływu nie tylko towarów, ale i osób. Szczególnie, jeśli chodzi o pracowników delegowanych. 24 października 2017 r. Rada UE przegłosowała propozycje, które zmieniają dotychczasowe zasady rozliczenia pracowników delegowanych. Po czterech latach okresu przejściowego pracownik może być delegowany tylko na 12 miesięcy, z możliwością przedłużenia o kolejne pół roku. Po tym czasie będzie musiał przejść na system zarobków obowiązujący w kraju, w którym będzie pracował.

To zmniejszy konkurencyjność polskich firm na zachodnich rynkach. W uproszczeniu chodzi o to, że polski budowlaniec albo kierowca wykonujący pracę np. na terenie Niemiec zarabia dziś na ogół minimalną stawkę obowiązującą w tym kraju, a nie wyższą jak jego miejscowy kolega po fachu. Dzięki temu polskie firmy mogą być konkurencyjne i wygrywać przetargi.

Według Komisji Europejskiej, na terenie wspólnoty pracuje około miliona pracowników delegowanych. Z tego około 230 tys. osób to Polacy, po 200 tys. Francuzi i Niemcy. Jeśli na pierwszej grupie wymusi się pracę, za średnie, a nie minimalne stawki obowiązujące w przyjmujących krajach, to liczba ta gwałtownie spadnie, bo żadna polska firma nie będzie już konkurencyjna cenowo.

Autor: Marek Pielach