Swoich ludzi wysłały m.in. Węgry, Czechy, Austria, Rumunia, Ukraina. Europę reprezentowali również dyplomaci z Serbii, Macedonii i Albanii. Dla Izraela najważniejsi byli jednak ci z Unii Europejskiej. Co prawda nie przyszedł przedstawiciel przewodzącej pracom Wspólnoty Bułgarii, który miał kluczyć i ostatecznie wykpić się niezbyt spójnym uzasadnieniem. Mimo to władze w Jerozolimie mogą mówić o sporym sukcesie.

Zaproszenie wystosowano też do dyplomatów polskich. Nikt jednak na uroczystości się nie pojawił. Jak podaje „Haaretz”, Polska znalazła się w grupie tych, którzy jako powód nieobecności podali kwestie techniczne lub pryncypialne.

Z tych, na pierwszy rzut oka, ledwie protokolarnych informacji można wiele wyczytać. Wyraźnie widać, że Izrael ma szansę dokonać rozłamu w czymś, co prasa mocno na wyrost określa mianem jedności europejskiej wobec decyzji USA. Gdy zimą ubiegłego roku w ONZ głosowano rezolucję potępiającą plan Trumpa, z podniesieniem ręki wstrzymały się Łotwa, Czechy, Chorwacja, Węgry, Rumunia i Polska. Szeroko pojęte Międzymorze (w tym pozostająca poza UE i NATO Ukraina) co jakiś czas daje sygnały, że nie w pełni podziela mainstreamową wizję uregulowania procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie. Powody są różne. Od zupełnie prozaicznych, takich jak wojna rumuńsko-rumuńska między rządem a prezydentem o zakres kompetencji w polityce zagranicznej. Do „antycypujących”, takich jak obawa władz w Kijowie, że rozliczenia z historią Szoa – na wzór tych polskich – są kwestią czasu (o ile udział części Polaków w zbrodniach na Żydach był potępiany przez rząd londyński, Państwo Podziemne i często karany wyrokami śmierci, o tyle nacjonaliści w ramach Ukraińskiej Rewolucji Narodowej niemal systemowo brali udział w eksterminacji Żydów).

Niezależnie od tego, jaka jest natura motywacji poszczególnych rządów, Izrael doskonale zdaje sobie sprawę, że pozyskanie części z nich jest realne, a gra na nową i starą Europę – podobnie jak w czasach George’a W. Busha – ma sens. Gabinet Benjamina Netanjahu i każdy inny – niezależnie od barw politycznych – jest w stanie uczynić wiele, aby uregulować międzynarodowy status Jerozolimy poprzez fakty dokonane. Miasto z ambasadami jest równie ważne jak kontrola nad zawojowanymi i stanowiącymi głębię strategiczną Wzgórzami Golan czy Zachodnim Brzegiem, na którym są żydowskie osiedla. Bez Wzgórz Golan nie ma skutecznej obrony przed operującym z terenu Libanu i Syrii Hezbollahem i Iranem. Bez ambasad nie ma mowy o hegemonii w procesie pokojowym.

Polska, która pozostaje z Izraelem w sporze na tle ustawy o IPN, znalazła się w trudnym położeniu. Rozpoczęte właśnie przewodnictwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ było sformatowane na promocję prymatu prawa międzynarodowego. Przypominanie o nim miało pomóc w wywieraniu presji na Rosję, która anektując Krym, dała do zrozumienia, że respektowanie porozumień międzynarodowych i granic nie jest dla niej – najdelikatniej mówiąc – wartością absolutną. Problem w tym, że decyzja Trumpa o przeniesieniu ambasady USA – niezależnie od jej oceny – w retorykę prymatu prawa nad faktami dokonanymi zupełnie się nie wpisuje. Teoretycznie można sobie wyobrazić podjęcie przez Warszawę gry wokół przeniesienia placówki, której celem mogłoby być zmniejszenie napięcia na tle ustawy o IPN. W grze o ambasady od początku wiadomo, że nie obowiązują jedynie kolory czarny i biały. Dominuje szarość, w której sprawna dyplomacja znajdzie dla siebie wiele miejsca. Frazesy o tym, że przeniesienie placówki USA utrudni proces pokojowy, można włożyć między bajki, bo co najmniej od operacji Pierścień Ochronny jest on nierozwiązywalną fikcją. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie podejrzewam jednak instytucji państwa polskiego o nadmiar wirtuozerii, która pozwoliłaby maksymalnie wykorzystać „moment jerozolimski”.

>>> Polecamy: UE pokazuje nieudolność ws. praworządności. Tak samo było w przypadku Węgier [OPINIA]