, skrajnie prawicowa kandydatka w majowych wyborach prezydenckich we Francji, nie ukrywa, że jest przeciwko euro – wspólnej walucie wprowadzonej w 1999 r. Kilka dni temu w wywiadzie dla agencji Reuters zdradziła, jak wyobraża sobie to, czym należałoby zastąpić pieniądz Eurolandu. Zadeklarowała, że jeśli wygra wybory, to francuski dług narodowy będzie denominowany w lokalnej walucie. Opowiedziała się za powrotem do węża walutowego, który poprzedzał istnienie euro.
W ramach węża stworzonego pod koniec lat 70. waluty narodowe uczestników mechanizmu nie mogły się wahać o więcej niż 2,25 proc. w górę i w dół od centralnego parytetu – waluty rozliczeniowej ecu. Niektóre państwa okresowo zawieszały uczestnictwo w systemie. Tak było np. z Wielką Brytanią, gdy we wrześniu 1992 r. doszło do znaczącej deprecjacji funta. – Funkcjonowanie narodowej waluty obok wspólnej nie miałoby żadnych konsekwencji dla codziennego życia Francuzów – stwierdziła Le Pen. W ramach „węża” kursy poszczególnych walut tworzących dotychczas euro powinny być wobec siebie sztywne, ale dopuszczalne byłyby zmiany parytetów.
Pod koniec czerwca 2016 r. i wynosił 2,2 bln euro. Nominalnie był wyższy od zadłużenia Niemiec i o niespełna 80 mld euro mniejszy od długu Włoch. Zadłużenie Francji odpowiadało 98,2 proc. PKB. Wyższe miało pięć unijnych krajów. Posiadanie własnej waluty oznacza uniknięcie ryzyka niewypłacalności, z czym boryka się najbardziej zadłużony kraj Eurolandu – Grecja. Dewaluacja własnego pieniądza pozwala na zwiększenie konkurencyjności krajowych eksporterów. Krajowa waluta w miejsce euro mogłaby też oznaczać wyższe stopy procentowe
>>> Czytaj też: Morawski: Uwaga na franka, Szwajcarzy są odporni [FELIETON]
