„W tym roku już na planowe leczenie nie przyjmujemy” – informuje szpital Jonschera w Poznaniu. W Warszawie i Gdańsku jest tak samo. – Mamy 22 łóżka, wszystkie zajęte. 11 dzieci przyjęliśmy na oddziały dla dorosłych i tam czekają, aż zwolni się miejsce – mówi Joanna Pleskot-Kaczmarek z wojewódzkiego szpitala psychiatrycznego w Gdańsku. W warszawskim Instytucie Psychiatrii na oddziale dziecięcym na 28 miejsc jest 40 pacjentów. Część leży na korytarzu. W dziecięcym szpitalu klinicznym w stolicy ostatnio przyjęto 11 chorych ponad limit 30. Jedną osobę położono na podłodze. To wszystko przypadki pilne, dzieciaki, u których jest zagrożenie życia. Profesor Tomasz Wolańczyk, kierownik oddziału, daje przykład: jeżeli ktoś ma zaburzenia obsesyjno-kompulsywne i np. przez sześć godzin potrafi myć ręce, nie jest w stanie chodzić d o szkoły, ale przyjmuje pokarmy i nie próbował popełnić samobójstwa – czeka w kolejce. Od roku nie zdarzyło się, by na oddziale było wolne miejsce. Z danych podawanych przez dr hab. Barbarę Remberk, konsultant krajową w dziedzinie psychiatrii dziecięcej, obłożenie w szpitalach wynosi 150–160 proc.
Z badań przeprowadzonych wśród warszawskich gimnazjalistów wynika, że . Według policji . Międzynarodowe porównania nie pozostawiają wątpliwości, że jest źle, szczególnie jeśli chodzi o polskie dziewczęta. Ich ocena zadowolenia z życia jest najgorsza ze wszystkich uczestników badania przeprowadzonego w 42 krajach. Według wiedzy DGP od 2019 r. może wystartować program, który ma zmienić sytuację. Psycholog w każdej szkole, terapeutyczne zespoły mobilne i szybko dostępna terapia rodzinna – to elementy projektu stworzonego przez zespół ds. zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży.
Eksperci przygotowują plan zmian. Zespół działający przy resorcie zdrowia lada moment przedstawi projekt rozwiązań mających zacząć działać od przyszłego roku. Podstawą ma być . – Tak jak w przypadku dorosłych, ważny jest rozwój opieki środowiskowej. Model musi się jednak różnić od tego dla dorosłych, ponieważ dzieci mają inne potrzeby – tłumaczy dr hab. Barbara Remberk, konsultant w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży. W założeniu ma to być trójstopniowy model opieki: będzie się zaczynał od różnych, niemedycznych form pomocy w środowisku dziecka (dom rodzinny, szkoła), drugim stopniem będzie leczenie ambulatoryjne – w poradniach, a dopiero ostatnim – szpital.
Sytuacja w psychiatrii dziecięcej wymaga szybkiej zmiany. NFZ i Ministerstwo Zdrowia zwiększyły w tym roku o 10 proc. wycenę w pomocy psychiatrycznej w placówkach ambulatoryjnych (poza szpitalem). To nie wystarczy. Opieka w środowisku dziecka prawie nie istnieje. Czasem jest pedagog w szkole, czasem pomoże poradnia psychologiczno-pedagogiczna, działają też poradnie zdrowia psychicznego. Ale każda osobno, w wielu miejscach kolejki do specjalistów są wielomiesięczne. Dramatycznie też brakuje terapii rodzinnej. – To trzeba zmienić w pierwszej kolejności: rozwinąć sieć pomocy ambulatoryjnej, poszerzając ofertę terapii rodzinnej – mówi konsultantka.
Jak tłumaczy dr Tomasz Rowiński z Instytutu Psychologii UKSW, członek zespołu przy MZ, wsparcie ma zaczynać się od poziomu bazowego, którym miałoby być poradnictwo psychologiczno-pedagogiczne, obecnie funkcjonujące w ramach systemu edukacji. Jeśli szkoła sobie nie radzi z problemami, kieruje dalej: na poziom pierwszy, w którym funkcjonują zespoły terapeutyczne. Na kolejnym etapie, w którym działałyby m.in. oddziały dzienne, dochodziłaby opieka lekarza psychiatry. Trzeci poziom to ośrodki dyżurujące całodobowo. Miałyby móc przyjąć wszystkich pacjentów w stanie zagrożenia życia. Sprawowałyby kluczową funkcję w systemie: wspólnie z ośrodkami pierwszego i drugiego poziomu w terenie ustalałyby najlepszą formę pomocy dla pacjenta oraz prowadziły szkolenia dla specjalistów.
– Jako pierwsze powinny powstać ośrodki o najwyższej referencyjności. Chcemy, żeby były uruchomione już styczniu 2019. Bez nich nie ruszą szkolenia – zauważa dr Rowiński.
A jest to konieczne, bo plan zakłada też wprowadzenie nowego zawodu: terapeuty środowiskowego dzieci i młodzieży. Do jego zadań należeć będą m.in. koordynacja, wsparcie i współpraca ze specjalistami ze szkoły. – To taka osoba, której teraz brakuje w systemie – podkreśla ekspert.
– Chodzi nam o to, żeby pacjenci mieli łatwiejszy dostęp do poradnictwa, a nie musieli od razu kierować się do poradni zdrowia psychicznego czy na izbę przyjęć placówki, w której jest zlokalizowany oddział całodobowy psychiatrii dzieci i młodzieży – dodaje prof. Małgorzata Janas-Kozik, również pracująca w ministerialnym zespole. Nowy plan wymaga będzie pełnej współpracy różnych ministerstw – głównie edukacji, zdrowia i rodziny. W finansowaniu pomóc miałoby Ministerstwo Rozwoju.
Ale to przyszłość, a kłopot mamy tu i teraz. Dyrektorzy szpitali przekonują, że należałoby zwiększyć finansowanie, co może by zachęciło do pracy w publicznych placówkach. Stawki są w nich tak niskie, stres tak duży, że specjaliści nie chcą pracować w publicznych szpitalach. Albo przyjmują prywatnie, albo wyjeżdżają – popularny kierunek to kraje skandynawskie, które nawet fundują naukę języka. Niektórzy w ogóle odchodzą z zawodu. W szpitalu dziecięcym w Warszawie odeszła pod koniec zeszłego roku połowa – z sześciorga lekarzy zostało troje. Ktoś przyjął awans w innej placówce, ktoś zmienił pracę. – Nie ma ich kim zastąpić – ubolewa prof. Wolańczyk z warszawskiego klinicznego szpitala dziecięcego. Brakuje też wsparcia rezydentów. – Na Mazowszu od półtora roku nie było nowych rezydentów, w Krakowie od kilku lat – wylicza prof. Tomasz Wolańczyk.
Aby spełnić standardy WHO – powinno być 10 psychiatrów na 100 tys. populacji dzieci i młodzieży. Obecnie jest czterech. Ale to tylko dane z rejestrów. Tych faktycznie leczących dzieci jest jeszcze mniej.
>>> Czytaj też: W Polsce mamy epidemię samobójstw. Obowiązuje model leminga pędzącego do przepaści [CAŁY WYWIAD]
