Jak podaje „Wall Street Journal”, jest skłonny pozostawić swój program atomowy w zamrażarce pod warunkiem, że ... wyrówna mu straty finansowe związane z odnowieniem przez sankcji. Uznawany w Europie za groteskowego i niekojarzony z wizerunkiem intelektualisty prezydent Stanów Zjednoczonych ograł jajogłowych od Londynu przez Paryż, Brukselę i Berlin po Moskwę. Bilans jest taki, że jego bliskowschodnia transakcja jest kosztowna przede wszystkim dla naiwnie wierzącej w porzucenie ambicji nuklearnych przez Iran i zafascynowanej samą sobą Unii. Sam Trump zyskał. Pozostał lojalny wobec i rywalizującej z Iranem . Utarł też nosa rozpychającej się w regionie . Możliwe, że prezydent USA to nie tylko ogień i furia, ale i kalkulacja powołanego w bólach „gabinetu wojennego” złożonego z – w sumie – zupełnie doświadczonych ludzi wywodzących się z aparatu państwowego: zawodowego dyplomaty i doradcy ds. bezpieczeństwa , eksdyrektora CIA, a obecnie szefa dyplomacjioraz pracującej od zawsze w Langley .
Z punktu widzenia – prowadzącej ograniczone interesy z Iranem – Polski mogłaby to być nawet optymistyczna informacja, gdyby nie to, że w tej mniej lub bardziej logicznej dyplomacji Trumpa ktoś wcześniej czy później powie „sprawdzam”. Rozjazd między Europą i USA staje się faktem. I nie dotyczy tylko Bliskiego Wschodu. Punktów spornych jest tyle, że rozbrat w niczym nie przypomina roku 2003, gdy USA dokonały inwazji na Irak, George W. Bush przekonywał, że działa w porozumieniu z sojusznikami (jego słynne memotwórcze „You forgot Poland”), a przyjaciel Polski Jacques Chirac – jak to przyjaciel – przypominał władzom w Warszawie, że straciły okazję, by siedzieć cicho. O ile w 2003 r. mieliśmy do czynienia z niewinnym sporem w rodzinie, o tyle dziś bez przesady można cytować opinię niemieckiego „Spiegla”, który pisze o .
Dla Polski to oznacza mniej bezpieczeństwa, konieczność opowiedzenia się po którejś ze stron (USA czy UE) albo przyjęcie własnej wersji , która będzie polegała na lawirowaniu między Brukselą i Waszyngtonem. Trzeba też powoli zacząć się przyzwyczajać, że w tym lawirowaniu obie stolice zaczną występować w różnych rolach. Raz jako sojusznik, innym razem jako balast. Ameryka – niezależnie od Trumpa czy demokratów – będzie sojusznikiem w batalii przeciw kolejnym nitkom czy w promocji handlu poprzez gazoport w . I przeciwnikiem w wojnie celnej, która uderzy głównie w Niemcy, z którymi związana jest nasza gospodarka. Możliwy jest również wariant, w którym zarówno Bruksela, jak i Waszyngton wystąpią w roli źródła ryzyka dla bezpieczeństwa. To np. sytuacja, w której szeroko pojęta stara Europa i USA zdecydują się na reset z Władimirem Putinem. Wraz ze zmierzchem transatlantyzmu do lamusa przechodzi tradycyjny podział ról. Nie było żadnego końca historii. Raczej kilka krótkich lat względnej stabilności i dobrobytu, po których wróciła geopolityka.
>>> Czytaj też: To będzie dobry rok dla krajów Grupy Wyszehradzkiej
