Krótkie przemówienia mogą mieć bardzo długie dziedzictwo. Przemowa gettysburska Abrahama Lincolna została zapamiętana, ponieważ w zaledwie kilku zdaniach wyjaśniała, o co toczyła się wojna domowa i jakie stawiano sobie wówczas cele.

Niedawno minęła rocznica innego słynnego przemówienia, które charakteryzowało się niezwykłą zwięzłością. 5 czerwca 1947 roku ówczesny sekretarz stanu USA George Marshall wygłosił krótkie przemówienie na Uniwersytecie Harvarda, w którym przedstawił w kilku zdaniach cele i założenia Programu Odbudowy Europy, powszechnie znanego jako „plan Marshalla”. Okazało się, że był on jednym z największych osiągnięć w historii amerykańskiej dyplomacji. Jest to tym ważniejsze, że dziś zdajemy się zapominać o ideach i tradycjach, które przyczyniły się do efektywności planu Marshalla.

W następstwie II wojny światowej Europa, która przez wieki dominowała na świecie, została zredukowana do „kupy gruzów, kostnicy, żyznej ziemi dla zarazy i nienawiści” – jak określił to Winston Churchill. Czas wojennej destrukcji dopełnił nędzy Wielkiego Kryzysu, sprowadzając na Europę gospodarczą klęskę.

Gospodarczy chaos i ludzkie cierpienie były pożywką dla politycznego radykalizmu, z dobrze zorganizowanymi partiami komunistycznymi, walczącymi o władzę we Francji, Włoszech i w innych krajach. Jeśli partie te przejęłyby władzę na drodze zamachu stanu lub wygrywając wybory, ZSRR mógłby przejąć kontrolę nad znaczną częścią Europy Zachodniej i osiągnąć wymarzoną pozycję geostrategiczną.

“Rozwija się bardzo poważna sytuacja, a to nie wróży nic dobrego dla świata” – ostrzegał Marshall. Gdyby Ameryka nie przyspieszyła „odbudowy struktury gospodarczej w Europie”, mogłaby przegrać pierwszą fazę zimnej wojny bez ani jednego wystrzału.

Reklama

Tym, co George Marshall zaproponował w czasie przemówienia na Harvardzie, oraz co ciągu kolejnych miesięcy przybrało realne kształty, był program mający na celu uniknięcie katastroficznej wizji. USA ostatecznie zapewniły zastrzyk pieniędzy wraz z technologicznym i dyplomatycznym wsparciem oraz innymi formami pomocy, aby dzięki temu umożliwić wcielenie wspólnego programu odbudowy.

Słowo „wspólny” jest tu kluczowe. Marshall nalegał, że „program powinien być połączony i zaakceptowany przez wiele, jeśli nie przez wszystkie narody Europy”; oraz że to Europejczycy, a nie Amerykanie, określą swoje potrzeby, problemy i propozycje, jak je rozwiązać. Odbudowa Europy mogła być przeprowadzona tylko w skali całego kontynentu, uważał Marshall, zatem rolą USA było ułatwianie współpracy, asysta przy planowaniu i dostarczenie zasobów, dzięki którym owa współpraca byłaby możliwa.

Stany Zjednoczone ostatecznie przeznaczyły 12 mld dol. na plan Marshalla dla Europy Zachodniej (Moskwa zabroniła państwom satelickim z Europy Wschodniej udziału w Planie). W 1948 roku stanowiło to zawrotną sumę, i jeśli połączy się ją z wartością amerykańskiej pomocy udzielonej Japonii, to była ona równa prawie 5 proc. amerykańskiego PKB.

Amerykańskie pieniądze były równie ważne dla odbudowy Europy, co wpływ psychologiczny i polityczny tego programu. Poprzez zasygnalizowanie, że USA nie wycofają się z Europy, tak jak stało się to po I wojnie światowej, że USA nie będą stać z boku, gdy Europa będzie staczać się w kryzys i radykalizację nastrojów, udało się pobudzić zaufanie konieczne do rozpoczęcia gospodarczej odbudowy.

Co więcej, Amerykanie nalegając, aby Europejczycy działali jako jedność, odsunęli niebezpieczeństwo protekcjonizmu i pchnęli Europę na tory prosperity oraz integracji, które charakteryzowały kolejne dekady. W efekcie demokracje Europy Zachodniej nie załamały się pod wpływem działań Kremla, a zamiast tego stały się bastionem gospodarczej, politycznej i wojskowej siły Zachodu. Plan Marshalla był zatem jednym z przejawów triumfu i globalnej dominacji USA na świecie.

Warto dziś o tym pamiętać, tym bardziej, że plan Marshalla przypomina o trzech kluczowych cechach amerykańskiej polityki zagranicznej, o których w ostatnim czasie Waszyngton zapomniał.

Po pierwsze, plan Marshalla nie był wyrazem wąskiego, opartego na grze o sumie zerowej myślenia o własnym interesie, ale był przejawem światłego, szerokiego postrzegania własnego interesu. Często się dziś zapomina o tym, że Plan początkowo nie był popularny w Kongresie, ponieważ wymagał masowych wydatków z amerykańskich zasobów, które w przyszłości nie zostaną bezpośrednio spłacone. Było to – literalnie – przekazanie amerykańskiego bogactwa innym krajom. George Marshall oraz inni członkowie administracji Trumana rozumieli, że Waszyngton musiał nastawiać się na długi, a nie krótki horyzont czasowy, zaś Ameryka sama stanie się bezpieczniejsza i bogatsza, jeśli pomoże innym podobnie myślącym krajom stać się bezpieczniejszymi i bogatszymi.

Podejście to było jakościowym zwrotem względem unilateralizmu i polityki pogarszania losu sąsiadów dla własnych celów, charakterystycznej dla lat 30. XX wieku. Przypomina to dzisiejszą politykę opartą o hasło „America First”, powrót do protekcjonizmu, postrzeganie polityki międzynarodowej jako gry o sumie zerowej, gdzie nawet zyski przyjaznych krajów są postrzegane jako amerykańskie straty. Jest to bardzo przygnębiające.

Po drugie, plan Marshalla opiera się na zręcznym wykorzystaniu narzędzi ekonomicznych do osiągania geopolitycznych celów. Polityka ta była zakorzeniona w przekonaniu, że największa siła Ameryki, czyli jej bogactwo, może zostać wykorzystana do stabilizacji krytycznego regionu i przywiązania krajów Europy Zachodniej do USA. Marshall oraz jego współpracownicy wierzyli, że dyplomacja i środki gospodarcze mogą iść w parze.

Dziś, po ponad 70 latach, wydaje się, że amerykańscy urzędnicy zapominają i tę lekcję. USA bowiem wycofały się z TPP (Partnerstwa Transpacyficznego), które miało wiązać kraje Azji i Pacyfiku z USA w obliczu ekspansji Chin. Ameryka nałożyła także cła nawet na swoich najbliższych sojuszników, a także likwiduje siatkę pomocy gospodarczej i rozwojowej. Waszyngton w ten sposób oddaje pole walki Pekinowi oraz innym rywalom, którzy zdają sobie sprawę z możliwości, jakie daje dyplomacja ekonomiczna.

Po trzecie, plan Marshalla odzwierciedlał pewną tragiczną wrażliwość. Doświadczywszy Wielkiego Kryzysu i II wojny światowej, George Marshall wiedział, jak łatwo tkanka międzynarodowej cywilizacji może się rozpaść, a globalny porządek wykoleić. Marshall rozumiał, że tragedia często wisiała nad horyzontem i wierzył w to, że Ameryka musi podjąć wówczas wielkie, bezprecedensowe wysiłki, aby zapobiec urzeczywistnieniu się tej tragedii.

Tylko “przyjmując szeroką odpowiedzialność, którą historia nałożyła na nasz kraj” – uważał Marshall – „można pokonać trudności i problemy, o których mówiłem”.

Ten rodzaj wrażliwości leżał nie tylko w samym sercu planu Marshalla, ale także w całej polityce zaangażowania USA na świecie wiele dekad po II wojnie światowej. Wrażliwość ta dziś także znika.

Tak jak piszę w mojej książce "American Grand Strategy in the Age of Trump,", z sondaży wynika, że Amerykanie stają się coraz bardziej sceptyczni jeśli chodzi o potrzebę globalnego aktywizmu w imię zachowania wspólnego porządku.

Co gorsza, USA mają dziś prezydenta, który wielokrotnie powtarzał, że tego typu aktywizm był przejawem głupoty i beztroską oraz z pogardą traktuje relacje, sojusze i instytucje, które przez wiele pokoleń pomogły uniknąć tragedii.

Prezydent Trump nie zdaje sobie sprawy z tego, co George Marshall i jego pokolenie wiedziało instynktownie – że porządek może się szybko zawalić, jeśli USA nie użyją swojej siły i kreatywności do stworzenia bezpiecznego i dostatniego świata.

W czasie, gdy powraca rywalizacja wielkich mocarstw, porządek się załamuje, a międzynarodowy krajobraz jest coraz ciemniejszy, uświadomienie sobie tragizmu sytuacji i krytycznej roli USA, jest tym elementem dziedzictwa planu Marshalla, który Ameryka musi dziś sobie przypomnieć.

>>> Czytaj też: Opinie po szczycie G7: Trump podczas spotkania zwiększył izolację USA