Suski: Poezja to lek na ustawowy bełkot. Muszę czytać coś pięknego, inaczej bym zwariował

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
12 lipca 2018, 18:00
Marek Suski Fot. Darek Golik
Marek Suski Fot. Darek Golik/Dziennik Gazeta Prawna
Dla mnie poezja to ucieczka od tego strasznego, technokratycznego, prawniczego języka. Zamiast ciągu paragrafów mam zestawienia słów, które wywołują w człowieku wzruszenie, zadumę, emocje. I to się po prostu nazywa poezja. To lek na ustawowy bełkot, muszę przeczytać coś pięknego, bo bym zwariował! - mówi w wywiadzie z Robertem Mazurkiem szef Gabinetu Politycznego Prezesa Rady Ministrów Marek Suski.

Nieszczęście ludzkie, ale i wielka miłość.

Też.

Nie przyznam się panu. Wstydzę się.

Żona się ze mnie śmieje, że płaczę w kinie. Ale absolutnie nie wolno panu tego nigdy i nigdzie napisać! Jak pan to wszystko opublikuje, to mnie żona z domu wyrzuci, obrazi się na mnie i się ze mną rozwiedzie.

Przecież ja stąpam po ziemi, jestem bardzo rzeczowy. Oboje mieliśmy trudne dzieciństwo, to nas zahartowało. Nie może pan tego napisać, zniszczy pan mój wizerunek "krwawego Susłowa". O, żona dzwoni, naprawdę! Muszę odebrać.

Wzrusza mnie muzyka, literatura, ale do łez tylko film.

Bo będą się ze mnie śmiali, że się wzruszałem na takim filmie.

Oscara nie dostał. Ale kiedy widzę grę aktora, czy to w kinie, czy w teatrze, to mnie się to udziela. I jeśli ktoś gra postać tragiczną, która przeżywa wielkie cierpienie, to ja przeżywam je wraz z nim. Może to i śmieszne, ale tak jest.

Rzadko. Chodzę do Teatru Narodowego, jeśli uda mi się załatwić bilety, bywam w teatrze w Radomiu, niedawno byłem w operze. Oczywiście do Teatru Wielkiego mnie ciągnie bardziej, bo tam pracowałem. Przyznać się panu do czegoś?

Bardzo polubiłem operę, choć na początku wydawała mi się czymś sztucznym, bo to i śpiewają, i grają. Wszystko wydawało mi się strasznie poważne i nudne, ale kiedy się wciągnąłem, to całkowicie zmieniłem zdanie, spodobało mi się.

Trzeba przełamać pierwsze wrażenie, jak człowiek zaczyna to rozumieć, to się spodoba. Przynajmniej ja złapałem bakcyla.

Oczywiście. Po całym dniu czytania ustaw, rozporządzeń, gdzie same artykuły i paragrafy wieczorem włączam muzykę i czytam.

Oj, to różnie, od wieszczów przez Szekspira i nie mówię tu tylko o dramatach, ale o sonetach, wierszach po poezję współczesną. Ale fraszki też.

Ale właśnie nie! Chociaż piwo też lubię, ale dla mnie poezja to ucieczka od tego strasznego, technokratycznego, prawniczego języka. Zamiast ciągu paragrafów mam zestawienia słów, które wywołują w człowieku wzruszenie, zadumę, emocje. I to się po prostu nazywa poezja. To lek na ustawowy bełkot, muszę przeczytać coś pięknego, bo bym zwariował!

Po całym dniu w Sejmie, w pracy, nie jestem w stanie namalować niczego.

Siadam i ni cholery. Wtedy tylko mogę robić karykatury. Żeby malować coś innego, muszę pochodzić po podwórku, tu zerwać pokrzywę, tam coś popielić, przyciąć suchą gałąź, posadzić kwiatki i tak odstresowany następnego dnia mogę zacząć myśleć o malowaniu.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj