Nowy kodeks wyborczy, zmieniający definicję znaku „X” i dopuszczający dopiski na kartach wyborczych, budzi zakłopotanie sędziów. PKW jest zasypywana prośbami o wyjaśnienie, kiedy należy uznać głos za ważny.

Analizowano np. sytuację, w której „X” przy jednym kandydacie został zamazany i dostawiony przy innym nazwisku. Część sędziów stała na stanowisku, że tak oddany głos trzeba uznać (liczy się „X”, a zamazanie traktujemy jako nieznaczący dopisek). Inni byli zdania, że taki głos lepiej odrzucić, bo także zamazaną kratkę można kwalifikować jako „X” (bo to też co najmniej dwie przecinające się linie). Dziś, jak nieoficjalnie słyszymy, bardziej prawdopodobny jest drugi wariant, bo niesie ze sobą mniejsze ryzyko fałszowania głosów.

Rozważano też przypadek, gdy ktoś zamaluje całą kratkę jednym pociągnięciem markera. Tu również doszło do tarć. Część sędziów chciała traktować to jako postawienie więcej niż dwóch linii przecinających się w obrębie kratki i uznać taki głos za ważny, inni – przeciwnie. A co, jeśli ktoś zamiast zagłosować napisze jakieś słowa, np. „lenie”? Może się okazać, że jego głos będzie… ważny, jeśli w obrębie którejś kratki akurat przetną się dwie linie z napisu „lenie”. Niektórzy rozmówcy wskazują, że można to uznać za „X” w myśl kodeksu wyborczego. Dla innych to absurd.

Do wyborów PKW nie da rady wyjaśnić wszystkich wątpliwości. – Może się okazać, że komisje wyborcze będą musiały głosować, czy dany głos jest ważny. Wtedy rolę mogą odegrać sympatie polityczne członków komisji – ostrzega Anna Godzwon, była rzeczniczka PKW.

Do otwarcia lokali wyborczych zostało zaledwie pięć dni. Za przygotowanie elekcji odpowiada Państwowa Komisja Wyborcza (PKW), a praktycznie jej sekretariat, czyli Krajowe Biuro Wyborcze (KBW). Sprawdziliśmy, na jakim etapie są przygotowania i czy grożą nam podobne komplikacje, jak cztery lata temu.

Komisje wyborcze

To największe wyzwanie tegorocznych wyborów organizowanych w myśl nowego kodeksu wyborczego. Przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy będą funkcjonować podwójne obwodowe komisje wyborcze, jedne do przeprowadzenia głosowania, a drugie do przeliczenia głosów. Docelowo ich składy powinny być dziewięcioosobowe, a minimum to pięć osób. To oznacza, że przy niemal 27 tys. obwodów wyborczych trzeba zrekrutować od 270 tys. do ponad 480 tys. ludzi. Z naszych ustaleń wynika, że według stanu sprzed kilku dni udało się skompletować pełne składy w 61 proc. komisji ds. przeprowadzenia głosowania i 54 proc. komisji przeliczających głosy.

Minimalnego pięcioosobowego składu nie udało się skompletować w 185 komisjach obu typów. – To niezły wynik, choć może częściowo wynikać z pewnego nagięcia kodeksu wyborczego, który w niektórych sytuacjach dopuszcza, by w komisjach zasiadały rodziny kandydatów – ocenia była rzeczniczka PKW Anna Godzwon. W KBW słyszymy, że składy komisji to najmniej pewny element organizacyjnej układanki przedwyborczej. Ich składy mogą się ciągle zmieniać, chociażby wskutek nagłych rezygnacji członków. W związku z tym komisarze wyborczy dostali polecenie, by do ostatniej chwili szukać chętnych do pracy i wpisywać ich na listy rezerwowe.
Pieniądze

Z naszych ustaleń wynika, że KBW przejęło już wszystkie pieniądze z rezerwy budżetowej, z której finansowane są wybory i referenda w danym roku. Do niedawna była tam kwota ok. 454 mln zł (pierwotnie 457 mln, ale część wykorzystano już wcześniej). – Zgodnie z regułami budżetowymi wniosek musieliśmy złożyć do 15 października. Nie wiemy, ile wybory ostatecznie będą kosztowały. Wiele zależy od tego, gdzie będzie konieczna II tura. Ale woleliśmy przejąć wszystkie pieniądze i potem zwrócić ewentualną nadwyżkę, niż mieć za mało środków – mówi nam jeden z urzędników zaangażowanych w wyborcze przygotowania.

Szacuje się, że na potrzeby I tury KBW wyda ponad 300 mln zł. Koszty II tury są szacowane na ponad 100 mln zł. Już dziś wiadomo, że będą to najdroższe wybory lokalne w historii, mimo że PiS zrezygnował z transmisji internetowej z lokali wyborczych. Problem może pojawić się, gdy KBW wyda całą pulę pieniędzy lub jej większość, a jeszcze w tym roku pojawi się np. potrzeba zorganizowania wyborów uzupełniających do Senatu, finansowanych z tej samej rezerwy.

System informatyczny

Cztery lata temu oprogramowanie zawiodło, co spowodowało, że na oficjalne wyniki czekaliśmy ponad tydzień, a to tylko wzmogło podejrzenia części prawicy o sfałszowanie wyborów. Różnica jest taka, że w 2014 r. ówczesny szef KBW Kazimierz Czaplicki jeszcze na chwilę przed zarządzeniem ciszy wyborczej nie ukrywał, że „są problemy” z systemem informatycznym. Wynikały one najprawdopodobniej z tego, że firma Nabino, mająca przygotować system, miała zaledwie trzy miesiące na przygotowanie oprogramowania. Tymczasem wybory samorządowe należą do najtrudniejszych elekcji w kraju.

Dziś takich niepokojących sygnałów nie ma. Co prawda pierwsze testy obciążeniowe systemu przeprowadzone na początku października wyszły słabo, ale te zeszłotygodniowe już ponoć dużo lepiej. – Problemem nie był sam system, lecz sieć i jej przepustowość. Informatycy naprawili to. Jesteśmy gotowi – zapewnia nas osoba z KBW.

Samorządowcy nie są już tacy pewni. – Z doświadczenia wiem, że do tego typu deklaracji trzeba podchodzić ostrożnie. Podobne zapewnienia, że wszystko jest doskonale przygotowane, słyszeliśmy w przypadku uruchomienia nowego CEPiK, a kończyło się potężnymi utrudnieniami dla urzędów i kierowców – mówi Jan Czajkowski zasiadający w zespole ds. społeczeństwa informacyjnego w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego.

Karty wyborcze

Choć PKW dopuściła formę broszurową kart do głosowania (jeśli gdzieś będzie więcej niż 20 zarejestrowanych list), to nigdzie nie ma potrzeby wydrukowania kart w takim formacie. To oznacza, że w całym kraju głosować będziemy na płachtach. Ich wielkości będą różne, a ponieważ w żadnym okręgu nie zarejestrowano więcej niż 15 list, nie pojawi się też największy format karty, czyli A2. W konsekwencji największe będą karty w formacie A3, a najczęstsze w A4.

Samorządy zleciły już drukarniom ich produkcję. Do naszej redakcji dochodzą jednak sygnały o pojawiających się problemach z drukiem. Chodzi np. o przypadki, gdy kolory poszczególnych kart nie odpowiadają prawnym standardom. Bywają też problemy z dopasowaniem oznaczeń Braille’em do kart. W takich sytuacjach konieczne jest naniesienie poprawek lub druk nowych kart. KBW bagatelizuje, że tego typu problemy nie zdarzają się na pewno na masową skalę.

Urzędnicy wyborczy

To grupa ok. 2500 osób – rozpoczęli oni pracę w gminach z momentem zarządzenia wyborów przez premiera Mateusza Morawieckiego. Teoretycznie mają być łącznikiem między KBW a samorządami. W praktyce bywa to różnie i władze lokalne często narzekają, że są to osoby bez doświadczenia, a większość obowiązków, tak samo jak do tej pory, nadal spoczywa na gminnych urzędnikach. Początkowo przewidywano, że będzie 5–6 tys. urzędników wyborczych, ale brakowało chętnych. Dlatego PKW dwukrotnie obniżyła ich liczbę i poluzowała kryteria wobec kandydatów.

Mimo to są miejsca, gdzie urzędników brakuje. Jeszcze kilka dni temu w Warszawie brakowało sześciu na 19 urzędników. Braki były też w Radomiu (powinno być trzech, a nie było żadnego). Przy czym fluktuacje kadr również były na porządku dziennym. Część urzędników zrezygnowała np. po pierwszych szkoleniach (za które dostali ponad 2300 zł na rękę). Innych przeraziła skala odpowiedzialności czy fakt, że stanowisko mieli objąć nie tylko na tegoroczne wybory, ale na sześć lat. Obecnie urzędnicy prowadzą szkolenia dla członków komisji wyborczych.

Mobilizacja wyborców

Z dotychczasowych badań CBOS wynika, że udział w tegorocznych wyborach samorządowych deklaruje ok. 3/4 ankietowanych. Choć taka frekwencja w praktyce jest mało realna, to jednak jest szansa, że w niedzielę do lokali wyborczych uda się więcej obywateli niż cztery lata temu (wtedy frekwencja wyniosła 47 proc.). Dziś mija termin na składanie przez wyborców wniosków o dopisanie ich do spisu wyborców w wybranym obwodzie. W sumie ponad 30 mln obywateli będzie wybierało spośród niemal 192 tys. kandydatów ubiegających się o różne stanowiska w samorządzie. ©℗

ROZMOWA

Magdalena Pietrzak szefowa Krajowego Biura Wyborczego: martwi mnie brak aktywności komitetów wyborczych

Jesteśmy gotowi do wyborów samorządowych?

Organizacyjnie przygotowania przebiegają zgodnie z planem. Wszystkie czynności, które wynikają z kalendarza wyborczego, wykonujemy na bieżąco. W tej chwili kończy się ustalanie formatu i treści kart do głosowania oraz ich druk. Wiemy już, że nigdzie nie będzie broszur, tylko jedno stronne karty. I to w mniejszym formacie: największe A3, ale przeważać będą karty A4.

Kiedy poznamy oficjalne wyniki?

Na pewno szybciej niż w 2014 r., kiedy czekaliśmy prawie tydzień. Wtedy wystąpiły nie tylko problemy techniczne, ale i decyzyjne. My natomiast opracowaliśmy plany awaryjne i z pewnością nie czekalibyśmy tak długo z decyzją, że liczenie powinno się odbywać tylko ręcznie. Z kodeksu wyborczego wynika zresztą, że liczenie ręczne i protokoły papierowe są podstawą, zaś system informatyczny ma tylko wspomagać ten proces. Przygotowaliśmy też aplikację, w której obwodowe komisje wyborcze będą wprowadzać dane dotyczące głosowania w danym obwodzie i drukować protokoły. Tak więc nawet jeśli nie zadziała system albo zabraknie połączenia z internetem, komisje będą mogły zgrywać dane na pendrive’y i pojechać z nimi do komisji wyższego stopnia lub delegatur KBW.

Nie martwi pani brak chętnych do prac w komisjach wyborczych?

Martwi mnie przede wszystkim brak aktywności komitetów wyborczych, które zrzucają swoje obowiązki na KBW, komisarzy wyborczych i urzędy gmin. Z przepisów wynika, że kandydatów do prac w komisjach zgłaszają tylko pełnomocnicy komitetów wyborczych. W sytuacji gdy ich nie zgłaszają, problem leży po naszej stronie i to my musimy ich szukać. To spowodowało powołanie części komisji w minimalnych składach, gdyż zgodnie z przepisami komisarz spośród osób wskazanych przez siebie może dokonywać uzupełnień składu tylko do minimum. Tymczasem rotacje kadrowe w takich komisjach są bezustanne. W tych warunkach uzupełnianie wakatów jest sporym wyzwaniem i dodatkową pracą, której nie planowaliśmy.

Odbiera pani telefony np. od ministra Joachima Brudzińskiego? Interesują go przygotowania do wyborów?

Nie ma żadnych nacisków natury politycznej, jeśli o to panu chodzi. Co miesiąc jestem na Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego i tam spotykam się z wiceministrem Pawłem Szefernakerem z MSWiA, który odpowiada m.in. za współpracę rządu z samorządami. Interesuje się przygotowaniami. Gdy rekrutowaliśmy urzędników wyborczych, resort pomógł nam tę informację rozpropagować.

Wiadomo, że będą to najdroższe wybory samorządowe w historii.

Z pewnością. Zresztą nie tylko te, ale i każde kolejne. Wpływa na to wzrost cen produktów czy usług. Dlatego samorządy musiały otrzymać wyższe dotacje na przygotowania. Do tego doszły zmiany w kodeksie wyborczym, czyli m.in. konieczność powołania 2,5 tys. urzędników wyborczych oraz dwóch osobnych komisji wyborczych do przeprowadzenia głosowania i ustalenia jego wyników.

Co jeśli jeszcze w tym roku zajdzie konieczność przeprowadzenia uzupełniających wyborów do Senatu? Będą na to pieniądze?

Zależy, ile zostanie środków po wyborach samorządowych. Z pewnością nie wykorzystamy pełnej rezerwy, czyli 457 mln zł. Chociażby dlatego, że mniej wydamy na diety dla członków komisji. Przy wszystkich akcjach wyborczych musimy planować środki w pełnej wysokości, ale pełne składy komisji nigdy nie są powoływane, dlatego oszczędności są tu duże. A nawet jeśli środków zabraknie, Ministerstwo Finansów obiecało, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to je otrzymamy. ©℗

Rozmawiał Tomasz Żółciak

Beata Tokaj, była szefowa Krajowego Biura Wyborczego: Mam nadzieję, że PKW ma jakiś plan B

Zbliżają się wybory, czy coś panią niepokoi w związku z tym?

Brak prostej definicji znaku „X” z pewnością zaburzy pracę komisji wyborczych. A już mówienie o tym, by w razie wątpliwości nie dzwonić do komisarza wyborczego czy delegatury KBW – jak wynika z materiałów szkoleniowych KBW dla członków komisji – wydaje się nie w porządku. To komisarze pełnią nadzór nad wyborami i powinni służyć radą w takich sytuacjach. Wiele zamieszania wprowadziła też nowa instytucja urzędnika wyborczego. Nie kwestionuję tych zmian, ale fakt, że wprowadzono je na ostatnią chwilę. W tym pośpiechu wielokrotnie rekrutowane są osoby z przypadku, bez większego doświadczenia, o czym głośno mówią władze samorządowe. Takich zmian nie powinno się wprowadzać na kilka miesięcy przed najtrudniejszymi organizacyjnie wyborami samorządowymi. Reforma powinna być wdrażana stopniowo. Tymczasem mamy do czynienia z dużą nerwowością.

Wyborcy się w tym wszystkim nie pogubią?

Mam nadzieję, że w głowach wyborców zostało to, że znak „X” to po prostu dwie przecinające się linie, tak jak edukowaliśmy przez wiele lat. Nie można oczywiście wykluczyć, że wiele osób zagłosuje inaczej: postawi znak „X”, a potem zamaluje kratkę itd. I wtedy mogą się pojawić problemy z interpretacją intencji wyborcy. Obawiam się, że możemy mieć do czynienia z dużą liczbą głosów nieważnych, a później – dużą liczbą protestów wyborczych składanych do sądów.

Większość komisji wyborczych ma już zapewnione pełne dziewięcioosobowe składy. Choć w niektórych miejscach chętnych wciąż brakuje.

Już wcześniej pojawiały się problemy ze znalezieniem chętnych. Moim pomysłem jako szefowej KBW było zwiększenie składu komisji z 9 do 12 osób i podniesienie diet jej członkom. Obecna władza zdecydowała się na inny wariant, czyli dwie komisje po 9 osób, co jest dość dużym wyzwaniem.

Kwota 454 mln zł z rezerwy budżetowej wystarczy na te wybory?

Myślę, że tak. My szacowaliśmy te koszty na dużo więcej, ale te wyliczenia uwzględniały konieczność instalacji kamer do transmisji internetowej czy ponaddwukrotnie większą liczbę urzędników wyborczych.

Z powodu braku chętnych do prac w komisjach Państwowa Komisja Wyborcza zdecydowała się w pewnych sytuacjach dopuścić do prac w tych organach rodziny kandydatów. Czy to może być groźne dla transparentności wyborów?

To działanie „okołokodeksowe”, ale rozumiem, że zaważyło nadrzędne dobro, jakim jest niezakłócona realizacja procesu wyborczego. Szczerze mówiąc, podejrzewałam, że w pewnym momencie tak to się skończy. Proszę też zauważyć, co stało się z liczbą urzędników wyborczych. Pierwotnie miało ich być ok. 5,5 tys. w całym kraju, ostatecznie ma ich być ok. 2,5 tys., a w dalszym ciągu występują wakaty.

System informatyczny tym razem podobno jest lepiej przygotowany niż cztery lata temu.

Wtedy program informatyczny był źle napisany. Testów wydajnościowych w ogóle nie przeprowadzono, bo przy źle napisanym systemie nie było nawet jak ich zrobić. Później program informatyczny był tworzony od początku do końca bezpośrednio w KBW. Odchodząc z tej instytucji, zostawiłam sprawnie działający system, natomiast nie wiem, co działo się z nim od tamtej pory. Mam nadzieję, że PKW ma jakiś plan B. ©℗

Rozmawiał Tomasz Żółciak

>>> Czytaj także: Przedsiębiorcy stracą na sprzedaży auta