"Wielu Amerykanów wykazuje dziwną fascynację koncepcją reformistycznego autokraty, silnego człowieka, który może +zmodernizować+ i wyprowadzić swój kraj z zacofanej i nieoświeconej przeszłości. Taką nadzieję wiązano saudyjskim następcą tronu, księciem Muhammedem bin Salmanem, nadzieję, która nieco przygasła w związku z uderzeniem, które jak się wydaje, nakazał zadać we współpracownika +Washington Post+ Dżamala Chaszodżdżiego" - pisze Kagan.

Kagan jest jednym z najbardziej znanych przedstawicieli neokonserwatystów, którzy byli ideologicznym zapleczem administracji prezydenta George'a W. Busha. W czasie kampanii prezydenckiej 2016 roku opuścił jednak szeregi Partii Republikańskiej w związku z nominacją prezydencką dla Donalda Trumpa.

"Trop nie jest nowy. W latach 20. i 30. XX wieku wielu Amerykanów postrzegało Benito Mussoliniego, Józefa Stalina, a nawet Adolfa Hitlera jako kogoś, kogo ich kraje potrzebowały, by się odbudować. Podczas zimnej wojny tacy przywódcy jak Ferdinand Marcos na Filipinach, Mohammad Reza Pahlavi w Iranie, Park Czung Hi w Korei Południowej czy Augusto Pinochet w Chile stali się dla Waszyngtonu ulubionymi +modernizującymi+ dyktatorami. W czasach postzimnowojennych chińska dyktatura zyskała uznanie wielu Amerykanów za gładką obsługę gospodarki kraju" - kontynuuje publicysta.

Jak pisze Kagan, w ramach uzasadnienia tego poparcia twierdzono m.in., że społeczeństwa rozwijające się muszą przejść przez fazę autorytaryzmu zanim przejdą do demokracji, bo nie mają wykształconych podstawowych instytucji, na których miałaby się oprzeć demokracja, że tylko autorytarne władze mogą podejmować właściwe decyzje gospodarcze nie musząc obawiać presji społecznej, czy wreszcie, że wycofanie poparcia dla zaprzyjaźnionych prawicowych dyktatorów będzie otwarciem drzwi dla objęcia rządów przez komunistów.

"To niezwykłe, jak dużą siłę zachowały te argumenty, mimo że w większości okazały się nonsensem. (...) Jeśli chodzi o +liberalizującego autokratę+, to okazał się on być nadzwyczaj rzadkim gatunkiem. Autokraci, jak się okazuje, nie mają tendencji do kładzenia fundamentów pod własną zagładę. Nie tworzą niezależnych politycznych instytucji, nie wzmacniają rządów prawa ani nie budują społeczeństwa obywatelskiego, bo to zagroziłoby ich władzy. Zamiast tego próbują dążyć do zniszczenia instytucji i sił opozycji, które pewnego dnia mogłyby zagrozić ich władzy. Dlaczego mielibyśmy się spodziewać czegoś innego?" - pyta retorycznie Kagan. 

Zwraca uwagę, że tak samo jak w czasie zimnej wojny USA szukały sojuszników przeciwko Związkowi Sowieckiemu, pomimo zastrzeżeń do wielu z nich, tak teraz Waszyngton szuka sojuszników przeciwko Iranowi. Ale tak samo jak wówczas, tak i teraz może się okazać, że ostateczny rezultat nie jest taki, jakiego chciałyby USA. Zarówno w Egipcie, jak i Arabii Saudyjskiej wspieranie dyktatur zwiększa prawdopodobieństwo rewolucji i w konsekwencji niezamierzonego osiągnięcia efektu dokładnie takiego, jakiego Waszyngton chciałby uniknąć.

"Dziś amerykańscy zwolennicy saudyjskiego następcy tronu pytają, jak on mógł być tak głupi, jeśli, jak się wydaje, zlecił morderstwo (dziennikarza Dżamala) Chaszodżdżiego. Ale kto tu jest głupcem? Dyktatorzy robią, to co zwykle robią dyktatorzy. To my jesteśmy tymi, którzy żyją w fantazjach własnych życzeń, które ostatecznie mogą w nas rykoszetem uderzyć" - konkluduje Kagan.

>>> Czytaj też: Bliski Wschód siedzi na beczce prochu. Wycofanie się USA spowoduje wybuch