Sprawa przejęcia zakładów Autosan przez PGE jest już zaawansowana, ma to służyć rozpoczęciu supernowoczesnej produkcji autobusów elektrycznych i pojazdów służących energetyce – stwierdził w minioną sobotę szef PiS Jarosław Kaczyński podczas spotkania wyborczego w Sanoku. Dla osób z branży energetycznej to spore zaskoczenie. Polska Grupa Energetyczna nigdy nie publikowała raportów o trwających rozmowach, a przecież jest spółką giełdową. Ale słowo się rzekło, kobyłka u płotu – prezes nawarzył piwa, PGE będzie musiała je wypić. Podobnie jak cała Polska musi przełknąć deklarację Mateusza Morawieckiego z 2016 r. o milionie aut elektrycznych w ciągu dekady. Trzeba zarazem przyznać, że równie chętnie (i gołosłownie) składają deklaracje i żonglują liczbami przedstawiciele opozycji. W końcu Rafał Trzaskowski, nowy prezydent stolicy, obiecał milion nowych drzew do 2020 r. To przecież „tylko” 20 tys. miesięcznie.

Śmiemy twierdzić, że z drzewami pójdzie łatwiej niż z elektrykami, przede wszystkim dlatego, że Polska – mimo niechlubnego epizodu wycinki Puszczy Białowieskiej – ma w drzewach większe doświadczenie… Ale wróćmy do elektromobilności.

Jak nam odjeżdża polski samochód elektryczny

Kuriozalna sytuacja z Autosanem zakupionym wcześniej przez Polską Grupę Zbrojeniową (to już za jej kadencji firma spóźniła się z ofertą w przetargu dla wojska o 20 minut) to tylko jeden z przykładów ilustrujących, w jak głębokim chaosie pogrążony jest projekt wprowadzenia na rynek pierwszego modelu narodowego elektryka. W tym miejscu warto przypomnieć, że wychwalany na międzynarodowych targach technologicznych Hannover Messe w 2017 r. projekt rozwoju e-autobusu Ursusa stoi pod znakiem zapytania, bo spółka matka ma potężne problemy finansowe i głośno mówi o konieczności sprzedaży Ursus Busa. Na dodatek giełdowe notowania spółki tąpnęły o 10 proc. po deklaracji Jarosława Kaczyńskiego, że jej konkurent trafi pod skrzydła PGE.

>>> CAŁY TEKST PRZECZYTASZ W MAGAZYNIE DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ