Jednocześnie apelowali do Polaków, aby się szczepili. Eksperci zwracają uwagę: potrzebne są zmiany w prawie. Choćby te dotyczące szczepień pracowników służby zdrowia. Badania prof. Adama Antczaka z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi wykazały bowiem, że choć pracownicy medyczni ogólnie twierdzili, że są zwolennikami szczepień (81 proc. badanych), to tylko 39 proc. z nich szczepiło się regularnie w ciągu ostatnich pięciu lat. Dla porównania w USA szczepi się ponad połowa personelu, w krajach UE co czwarty lekarz.

Jak tłumaczy Tomasz Augustyniak, dyrektor Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Gdańsku, jest to grupa, która, co oczywiste, jest najbardziej narażona na kontakt z chorobami zakaźnymi, a także może bardzo szybko przenieść je na innych. Jego zdaniem w Polsce powinno zostać zastosowane centralne rozwiązanie regulujące tę kwestię, tak aby można było uruchomić zapasy sanepidu i wykorzystać je do szczepień lekarzy i pielęgniarek. Obecnie pracodawcy medyczni muszą kupować je na własną rękę. Niektórzy to robią, niektórzy nie.

Podobnie uważa Maciej Hamankiewicz, były prezes Naczelnej Izby Lekarskiej: – Obowiązkowymi szczepieniami na choroby zakaźne powinni zostać objęci lekarze i pielęgniarki. To żołnierze pierwszego frontu, grupa osób najbardziej narażona na infekcje. Jeśli zachorują, nie udzielą pomocy medycznej innym. Dlatego państwo powinno zadbać o to, by pomoc medyczna była zagwarantowana wszystkim – mówi Hamankiewicz. Na razie samorząd lekarski podejmuje działania mające na celu rozpropagowanie szczepień nie tylko wśród zwykłych obywateli, ale też wśród lekarzy i pielęgniarek.

Jak wylicza Hamankiewicz, powodów niskiej liczby szczepień wśród personelu medycznego jest kilka. Po pierwsze, za dodatkową ochronę przeciwko grypie, WZW typu A czy pneumokokom lekarz musi zapłacić z własnej kieszeni. – Poza grypą są to wysokie koszty. Szczególnie że część trzeba powtórzyć – dodaje ekspert. Po drugie, problemem jest też niska świadomość na temat ryzyka i ogólna ignorancja.

– Jeszcze za poprzednich rządów zwróciłem się do Ministerstwa Zdrowia o wprowadzenie nieodpłatnych szczepień dla lekarzy na grypę. Usłyszałem, że to powinno leżeć po stronie dyrektorów szpitali. Tymczasem wiadomo, że sytuacja placówek zdrowia jest niezbyt dobra – dodaje Hamankiewicz.

Jak to wygląda w praktyce, przekonała się wicedyrektor szpitala zakaźnego w Warszawie Agnieszka Kujawska-Misiąg. W związku z rosnącym zagrożeniem WZW typu A (żółtaczką pokarmową), na którą w zeszłym roku zapadło niemal 2 tys. osób, a rok wcześniej jedynie ok. 30, w zeszłym roku do jej placówki trafiło pół tysiąca chorych. W związku z tym dyrekcja lecznicy postanowiła zaszczepić pracowników. Decyzję podjęto po naradzie z konsultantem krajowym w dziedzinie chorób zakaźnych. Co ciekawe, Kujawska-Misiąg w sanepidzie usłyszała, że nie otrzyma finansowania, a pracownicy będą musieli zapłacić za szczepienie podatek (bo zostanie ono potraktowane jako dodatkowy przychód).

Problem jest o tyle poważny, że właśnie pojawiło się kolejne ognisko odry. W zeszłym tygodniu odkryto je w jednej z pruszkowskich szkół. Uczy się w niej 450 uczniów, pracuje 69 nauczycieli. W efekcie zachorowała m.in. sześcioosobowa rodzina. Żaden z jej członków nie był wcześniej szczepiony. W piątek zanotowano 11 chorych. W sobotę liczba ta wzrosła do 17. Choroba rozprzestrzeniła się bowiem na powiat piastowski. Podjęto interwencję w ramach Programu Obowiązkowych Szczepień Ochronnych. – Wygląda na to, że sytuacja została opanowana. Od soboty liczba chorych nie zmienia się – mówi Jarosław Pinkas, główny inspektor sanitarny. – Ta sytuacja pokazuje jednak, jak odra jest niebezpieczna. Chory może zarazić w swoim otoczeniu od 12 do 19 osób – mówi dr Iwona Paradowska-Stankiewicz, krajowy konsultant w dziedzinie epidemiologii. Minister zdrowia Łukasz Szumowski podkreśla, że w przypadku jednej osoby na tysiąc zachorowanie kończy się śmiercią.

Jak wynika z wyliczeń ekspertów, narażonych na odrę jest około 5,5–6 mln Polaków. Chodzi o osoby urodzone między 1975 r. a 1990 r., zaszczepione jedną dawką szczepionki przeciwko odrze, dzieci do 13. miesiąca życia, które nie przyjęły jeszcze szczepienia, osoby urodzone w latach 50. i 60., które w ogóle nie były szczepione z powodu braku szczepień w tamtym czasie, a także chorujący na nowotwory.

Jak podaje GIS, na terenie naszego kraju w okresie od 1 stycznia do 15 października 2018 r. zarejestrowano 128 zachorowań. W analogicznym okresie roku 2017 zgłoszono ich 58. Według inspektoratu odra dotarła do Polski z Ukrainy. Problem jest jednak w całej Europie. Do 5 października 2018 r. na terenie UE najwięcej zachorowań zarejestrowano w Rumunii (5,1 tys.) i Francji (2,7 tys.).

>>> Czytaj też: "Mamy odrę zawleczoną z zagranicy". GIS zapowiada regulacje dot. cudzoziemców przebywających w Polsce